21.12.2010

Duble lakierowe

Ostatnio robiąc sprawunki przedświąteczne, wypuściłam się do troszkę większego  i lepiej zaopatrzonego Rossmana. W moim niestety nie ma w ogóle szafy Lovely, więc to na nią jako pierwszą przypuściłam atak. Oczywiście miałam na celu obejrzenie lakierów z serii Color Mania.
I jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam ten sam kolor lakieru, który już posiadam z Wibo Extreme Nails. Tak tak! Wiem, że to ta sama firma produkuje, ale żeby posunąć się do czegoś takiego?
Sami zobaczcie :

Lakiery mają nawet te same numery. Pierwszy to numerek 70, a drugi 291. Zdjęcia nie oddają koloru lakierów, ponieważ były robione telefonem. Dla waszej informacji te z Lovely są troszkę tańsze ;)  Ostatecznie jeden trafił do mojego koszyka.
Lovely Color Mania nr 291 to bardziej brokat, niż lakier z dodatkiem drobinek. Aby uzyskać intensywny, kryjący efekt nałożyłam 4-5 warstw, mimo tego w świetle widać prześwity. Pędzelek bardzo dobrze współpracował i  równomiernie rozprowadzał lakier. Nie wypowiem się na temat jakości, ponieważ po dwóch dniach mi się znudził i go zmyłam- troszkę mnie rozczarował. Myślałam, że lakier będzie bardziej kryjący. Świetnie natomiast się sprawdzi do ciemnych lakierów, jako sam brokat.

Buziaki :*

12.12.2010

I to jest już koniec...

Nie ma już nic :D Nareszcie udało mi się zużyć kilka zalegających mi produktów. I bardzo się z tego powodu cieszę. Przedstawię Wam wszystkie kosmetyki, które udało mi się zużyć w przeciągu listopada.

 Olay Gentle Cleansers -Odświeżający żel do mycia twarzy do cery normalnej lub mieszanej. Konsystencję ma przezroczystą, typowo żelową, nie zawiera żadnych drobinek. Bardzo ładnie pachnie- owocowo, tak samo z resztą jak inne kosmetyki z tej serii. Bardzo dobrze się pieni i rozprowadza na skórze. Niewielka ilość produktu wystarczy, aby umyć całą twarz, jednak dawał mi uczucie niedomycia. Wynikało to chyba z tego, że jest bardzo delikatny. Nie zauważyłam po nim rewolucyjnych zmian matowienia czy oczyszczenia twarzy, dlatego go już nie kupię ;)





 


Ziaja Tonik nagietkowy- do cery normalnej i suchej. Tonik jak tonik, tani i sprawdzony. Ogólnie często wracam do tych produktów z tej firmy, oprócz wersji ogórkowej, która mi się "przejadła". Mój ulubiony to różany. Dobrze nawilża i tonizuje, nie mam żadnych zastrzeżeń :D









DAX COSMETICS Perfecta Peeling enzymatyczny- z minerałami morskimi i enzymem z papai do cery bardzo suchej, wrażliwej i naczynkowej. Nie jest przeznaczony dla mojego typu cery (mieszana), ale bardzo spodobała mi się koncepcja tego produktu, tzn po wieczornym oczyszczeniu twarzy nakładamy go zamiast zwykłego kremu. Dzięki temu rano powinnyśmy otrzymać wygładzoną skórę, bez żadnych niedoskonałości, a martwe komórki naskórka powinny zostać usunięte. Bardzo dobrze się rozprowadzał i wchłaniał, dzięki konsystencji lekkiego, bezzapachowego kremu. Rano przy myciu twarzy czuć było, że zmywamy jego pozostałości. Nie zauważyłam dużego oczyszczenia mojej twarzy, ale za to bardzo fajnie wyrównywał koloryt. Jest to dla mnie zbawienne, bo często mam problem z zaczerwieniami na policzkach, a dzięki temu kremikowi mogłam się z nimi uporać. Jednak nie gwarantuję, że sprawdzi się przy cerze naczynkowej. Na pewno jeszcze do niego wrócę, szczególnie, że nie należy do drogich produktów. A teraz zastanawiam się nad peelingiem z Ziaji, więc jeżeli miałyście-dajcie znać!
 

Soraya mleczko do demakijażu Kolagen + Elastyna- do każdego rodzaju skóry. Kupiłam je na promocji w Rossmanie, jak dobrze pamiętam za 6,50. Zdziwiła mnie jego gęsta konsystencja i trochę źle mi się rozprowadzało na twarzy. Zapach subtelny, nie jest dominujący, przypomina mi typowy morsko-algowy aromat. Mleczko dobrze oczyszczało skórę z makijażu, tak samo dobrze nawilżało. Nie podrażniło mi twarzy i powinnam ogólnie być zadowolona, ale mam dla niego mieszane uczucia. Dlatego napiszę dyplomatycznie: jak za tę cenę jest OK ;)


Yves Rocher woda toaletowa malinowa- tego produktu używam już od 10 lat i zawsze do niego wracam. Ma lekki malinowy zapach, ale zupełnie nieprzesłodzony. Idealny na wiosenne lub letnie dni. Jak wiadomo odczucia estetyczne jeżeli chodzi o zapachy są  indywidualne, więc nie będę się dłużej rozwodzić ;) Niestety nie utrzymuje się długo na skórze, a szkoda bo nie jestem zwolenniczką psikania się perfumami w przeciągu dnia.
Jak wiecie firma Yves Rocher, ma z tej serii jeszcze kilka produktów, ale miałam przyjemność używać tylko balsamu do ust w słoiczku. Dla mnie to była duża pomyłka, więc nie polecam.



Oriflame woda toaletowa Cherrie- pojawiły się w sprzedaży w okresie letnim 2009. Raczej nie będzie ich ponownie w sprzedaży, czego żałuję bo zapach przypadł mi do gustu (jak na zakupy w ciemno). Słodki, delikatny, nie utrzymujący się długo.
Zapach składał się z trzech mini flakoników w kształcie czereśni, co wyglądało ładnie, ale było zupełnie niepraktyczne. Dlatego świetnie sprawdziła się tutaj perfumetka, którą kupiłam na Allegro za grosze ;)


Ziaja krem do rąk Kozie Mleko- jeden z moich ulubionych kremów do rąk. Odkrył go mój mężczyzna i też stał się szybko jego ulubieńcem. Bardzo dobrze się wchłania, ładnie pachnie, ma przyjemną konsystencję, dobrze się rozprowadza. Spotkałam się z opinią, że niektórym po nałożeniu pomaga tylko na chwilę, tzn po 5 minutach znowu mają suchą skórę.
Ja zupełnie tego nie zaobserwowałam. według mnie świetnie nawilża i pielęgnuje skórę dłoni.
Jedynym minusem i to dosyć poważnym jest opakowanie. Mimo tego, że kremik nie chce już nam lecieć z tubki, cały czas zostaje go bardzo dużo w środku. Także pamiętajcie, aby zawsze rozcinać opakowanie kosmetyków, bo często zostaje jeszcze sporo w środeczku.





Soraya Odświeżający płyn do higieny intymnej- z ekstraktem z białej herbaty oraz minerałami morskimi.
Konsystencja płynnego żelu o niebieskawym odcieniu. Zapach zdecydowanie morski, herbata w ogóle nie wyczuwalna. Bardzo delikatny, oczyszczał i odświeżał. Nie mam żadnych zastrzeżeń.








Rexona Antyperspirant w kulce- niewypał totalny, bardzo się męczyłam z jego zużyciem. Nie chodzi tu zupełnie o działanie, ponieważ używam blokera, ale o zapach.
Kupiłam go w ciemno, ponieważ nie było testera, a nie mam tendencji do otwierania kosmetyków należących do normalnej sprzedaży. Zapach zleżałego pudru, nie było w nim żadnej ładnej nuty. Nie przypuszczałam po prostu, że można wyprodukować antyperspirant o beznadziejnym zapachu.
Powinnam była go po prostu wyrzucić, ale się uparłam.
I mi się udało, więc ten produkt to moje największe osiągnięcie!





Eveline krem do depilacji- O tym produkcie już pisałam TUTAJ











I to już wszystkie produkty, których udało mi się pozbyć z półki w listopadzie. Nie ukrywam, że większość bardzo mi zalegała i nareszcie zrobiło się trochę miejsca. Ale spokojnie, nie mam zamiaru tak do razu go zapełniać, bo jeszcze długa droga przede mną. Mam nadzieję, że w końcu uda mi się coś zużyć z kolorówki. Mogę tylko zdradzić, że moją zmorą kolorystyczną jest obecnie korektor z Miss Sporty, puder MAC i brązowa kredka z Inglota ;)
Buziaki :*

09.12.2010

Kosmy mikołajkowe

Taaaak, byłam grzeczna!
I dostałam prezenciki :D


Oczywiście kosmetyczny tylko jeden, bo moja rodzina twierdzi, że i tak mam ich za dużo..pffff! Nic nie wiedzą i się nie znają! Bo otrzymywanie kosmetyków przynosi mi wiele radości i nie przejmuję się jeżeli jest to kolejny żel, balsam, mydło czy kolorówka.
A tych kosmetyków z Sephory jeszcze nie miałam przyjemności używać. Zawsze będąc na zakupach w tej drogerii skupiałam się na produktach do makijażu. Teraz szczerze żałuję!
Zostałam obdarowana zestawem o zapachu Cranberry & Litchi, czyli żelem pod prysznic, balsamem i myjką do ciała, a wszystko zapakowane w przezroczystą kosmetyczkę.
Kosmetyczka niestety nie jest pięknie wykonana, ale zawsze na coś się przyda. Myjka jak myjka-nigdy za mało, szczególnie że nie umiem się bez niej umyć.
(fajne myjki są w Ikei- 3 szt za 10 zl, w różnych kolorach!)
Ale zapach kosmetyków przepiękny, słodki, otulający! Idealny na zimowe poranki i wieczory!


  Opakowanie żelu pod prysznic wydaje mi się bardzo niepraktyczne. Już się zastanawiam jak wydobędę produkt, kiedy będzie się kończył. Na pewno nie wycisnę, bo butelka jest zrobiona z twardszego tworzywa. Liczę tylko na to, że tak jak mydełka z Ziaji, samo spłynie do ostatniej kropelki.
Żelik dobrze się pieni, przyjemnie myje ciało (nie odczuwam ściągnięcia skóry), nie pielęgnuje nadzwyczajnie i nie zostawia intensywnego zapachu na skórze. Dla mnie bomba!
Balsam natomiast pachnie długo i intensywnie! Po wklepaniu w ciało czuć go w całym pokoju, nie tylko na skórze ;) Ma lekką i przyjemną konsystencję, więc błyskawicznie się wchłania. Nie zostawia żadnego filtru na skórze i się nie lepi. Dla mnie bomba!

Jestem całkowicie zadowolona!
 Ten zestaw zachęcił mnie do wypróbowania kolejnych kosmów pielęgnacyjnych, więc napiszcie proszę co polecacie jako następne z tej firmy!

Na koniec rudy przeszkadzacz zwabiony szelestem ;D


07.12.2010

Zimowi umilacze :)

Gdy za oknem śnieżek pada, wije wicher, noc zapada,
masz ochotę na relaksik i klimacik,
weź zapałkę i zanurz się w waniliowy aromacik :D


Waniliowy może niekoniecznie, ale ten kojący, uspokajający, który Wam najbardziej odpowiada :)
Bo czyż nie ma nic przyjemniejszego, niż blask ognia czy świecy?
Na mnie zawsze wpływał kojąco, dlatego ostatnio po powrocie do domu lubię przygasić światło, rozsiąść się wygodnie i zapalić aromatyczną świeczkę :)

Odkryłam ostatnio tanie źródło, dlatego podzielę się z Wami moimi zdobyczami!
Najbardziej lubię świeczki z Ikei, które pięknie pachną i intensywnie. Nie są drogie i zdecydowanie lepsze od podgrzewaczy, dodatkowo bardzo wydajne. Obecnie ostała mi się jedna o egzotycznym aromacie:


Poza tym polecam Wam świeczki w takiej samej formie, produkowane dla Biedronki. Zapach może jest mniej intensywny, ale jednak wyczuwalny w całym pokoju i kosztuje tylko 4 złote. Z tej serii są trzy zapachy, Ja wybrałam owoce leśne i jabłko z cynamonem:

Skusiłam się także na waniliowe i pomarańczowe podgrzewacze (obawiam się, że innych wersji zapachowych nie ma). W opakowaniu jest 18 szt, a kosztują nie więcej niż 6 zł :) Jeszcze ich nie używałam, ale wydaje mi się , że taką kwotę można śmiało zaryzykować.

A Wam co poprawia nastrój w zimowe wieczory ?

P.S. Nie przejmujcie się nędznym rymem na początku, ale nie mogłam się powstrzymać XD

19.11.2010

Kremy do depilacji- Eveline kontra Bielenda oraz balsam łagodzący z Oriflame

Kremami do depilacji wspomagam się jak nie chce mi się używać depilatora. Dlaczego nie maszynką do golenia? Ponieważ po długim okresie przerwy w ich używaniu, zawsze się skaleczę! Dlatego bezpieczniej dla mnie jeżeli trzymam je z daleka od ciała (dodam jeszcze, że na mojej skórze wszystkie skaleczenia są widoczne przez minimum pół roku). Stąd wzięła się u mnie przypadłość używania kremów.
Ostatnio miałam przyjemność używać dwóch i to naraz! Otóż resztka kremu Eveline starczyła na jedną nogę, więc drugą wysmarowałam Bielendą. Porównanie obu produktów jak widzicie będzie bardzo rzetelne ;) Oba kremy kupiłam za niecałe 10 zł w drogerii Rossman.

Dla tych którzy nie wiedzą jak tego produktu używać, krótka informacja:
*ZAWSZE przed nałożeniem nowo zakupionego kremu, należy wykonać test, czyli na małą powierzchnię skóry nałożyć niewielką ilość i pozostawić na 10 minut; jeżeli nie nastąpiło żadne podrażnienie w przeciągu 24 godzin, możemy  używać i przystępujemy do punktu następnego, to znaczy: 
*za pomocą szpatułki równomiernie rozprowadzamy krem na osuszonej i umytej skórze, bez wcierania;
*pozostawiamy na 5 minut (w międzyczasie możemy zacząć nakładać go na inną część ciała);
*przy pomocy szpatułki dołączonej do opakowania usuwamy krem z włoskami-Ja to robię w ten sposób, że biorę kawałek papieru toaletowego i w niego wcieram zdjętą ze skóry warstwę kremu
*po usunięciu kremu myjemy skórę ciepłą wodą bez dodatków kosmetyków i osuszamy ręcznikiem.

Tubka kremu Eveline liczy sobie 125 ml, z czego 25 to gratis ;) Ma standardowy zapach dla tego typu kremów. Nie jest on bardzo intensywny (w porównaniu do moich pierwszych specyfików tego typu z przed 12 lat), ale mimo wszystko wyczuwalny. Przypuszczam, że dla początkujących będzie po prostu śmierdział. Ja wybrałam wersję Ultradelikatną do pach, rąk i okolic bikini, ale używałam go tylko do nóg. Bardzo dobrze rozprowadza się na ciele, mimo gęstej konsystencji, a po 5 minutach bez problemu usuwamy włoski. Mnie oczywiście nie podrażnił i przyznam się, że jeszcze nie trafiłam na krem który by to zrobił. Producent chwali się, że w skład wchodzi ekstrakt z Larrea divaricata, który spowalnia odrastanie włosków. Mi one odrosły tak samo szybko co po Bielendzie, ale może lepszy efekt jest widoczny przy regularnym stosowaniu.

Jeżeli chodzi o Bielendę, wybrałam "krem do bezpiecznej depilacji skóry suchej- ciało, twarz, bikini, regenerujący z czarną oliwką", a jego pojemność wynosi 100 ml. O ile krem z Eveline pachniał typowo, to tutaj ten zapach jest ledwo wyczuwalny. Dla mnie bardzo przyjemny i szczerze mówiąc byłam tym faktem zdziwiona, bo do tej pory tak ładnie pachnącego nie miałam. Zdecydowanie to jest duży plus. Konsystencja natomiast też jest trochę lżejsza i zdecydowanie łatwiej się go rozprowadza, bez problemu po 5 minutach ściągamy warstwę kremu z włoskami.
Po obu produktach skóra moja nie była podrażniona i przesuszona, ale jak wiemy jest to kwestia indywidualna. W aplikacji łatwiejszy był jednak ten z Bielendy (mimo tego, że ciężej wyciskało się go z tubki, bo ma mniejszą średnicę otworu). Dużym ułatwieniem był też kształt samej szpatułki (różowa) do ściągania i nakładania kremu. Ta z Eveline (biała) niestety była bardzo nieporęczna i jest wykonana z twardszego plastiku, przez co doznawałam nieprzyjemnego uczucia drapania.

Biała szpatułka- Eveline / Różowa szpatułka- Bielenda

Chyba już wiecie co wybiorę następnym razem :) Zdecydowanie Bielendę: za zapach, szpatułkę i konsystencję. Dodam jeszcze, że firma oferuje nam do kupienia taki kremik w saszetce. Świetnie sprawdza się na wyjazdy/podróże albo jako pierwszy krok do zapoznania się z tego typu metodą depilacji. Na pewno jest tańsza od całej tubki i jeżeli nam się nie sprawdzi, lub okaże się, że nas podrażnia-nie będziemy miały wyrzutów sumienia jak będziemy ją wyrzucać do kosza. I dodatkowo dostajemy jeszcze mleczko łagodzące po depilacji, a to się zawsze przyda.

A skoro już jesteśmy przy kojących balsamach, to wspomnę o swoim obecnym z firmy Oriflame z serii Silk&Smooth. Nie pamiętam ile kosztował, ale opakowanie jest stosunkowo małe jak na balsam, ponieważ tylko 100ml. Pachnie kremowo, czyli przyjemnie i lekko, zapach nie jest dominujący, zawiera mentol którego Ja nie czuję.  Konsystencja jest bardzo wodnista i wcale dzięki temu szybko się nie wchłania jak można by przypuszczać- trzeba go niestety długo wcierać. Faktycznie nawilża skórę,ale efektu łagodzącego, w szczególności po depilacji depilatorem nie zauważyłam niestety.
Według mnie jest to lżejsza wersja zwykłego balsamu do ciała i nic więcej. Obecnie wylądował w projekcie denko i próbuję go zużyć, aby zapomnieć o wyrzuconych pieniądzach w błoto;)

A Wy macie jakiś swój ulubiony kremik kojący i do depilacji, który możecie mi polecić (lub nie)? A może stronicie od takich produktów, bo są Wam zbędne ? Dajcie znać co sądzicie ;)
Buziaki :*

18.11.2010

Mikołajkowe cuda od Cammie :)


Pozwoliłam sobie tak zatytułować tego posta, ponieważ losowanie odbędzie się w Mikołajki  :)
Jak się domyślacie, przy  odrobinie szczęścia można wygrać kilka kosmetyków :D Generalnie są to same cudowności z firmy Inglot. To co mi najbardziej wpadło w oko, to cienie i grzebyczek do rzęs.
Zapraszam was serdecznie do odwiedzenia bloga Cammie:

NO TO PIĘKNIE


I wzięcia udziału w rozdaniu :)

Buziaki :*

(nie)zwykłe mydło Isana

Lubicie spędzać czas w kuchni ? Gotować, smażyć, piec? Ja lubię, ale nie cierpię zmywania. Marzy mi się wielka, wypasiona zmywarka, do której mogłabym wpakować wszystko, zamknąć i zapomnieć. Może kiedyś spełni się moje marzenie (mój mężczyzna jest o nim informowany na bieżąco), a na dzień dzisiejszy znalazłam inne "ułatwienie" do kuchni. Jest to mydło w żelu, ale magiczne, bo po jednym myciu znikają nam wszystkie nieprzyjemne zapachy. Na pewno żadna z nas nie lubi wynosić z kuchni aromatów na swoich dłoniach, takich jak zapach ryby, czosnku, cebuli czy zmywaka.
Dzięki mydełku z Rossmana z serii Isana, mamy ten problem z głowy. Jest to standardowa pojemność 300ml dostępna za niecałe 5 zł, czasami można je trafić nawet za 3,50. Przyjemny ożywczy zapach zawdzięcza olejkowi z czerwonego grejpfruta. Nie jest on bardzo nachalny, jak moglibyśmy sądzić, przy preparacie który ma neutralizować przykre zapachy-wręcz odwrotnie. Dodatkowo ma działanie antybakteryjne. Poważnym minusem dla niektórych przyszłych użytkowników, może być zawartość SLS już na drugim miejscu w składzie. Na obronę dodam, że jest bardzo wydajne i niewielka ilość jest potrzebna, aby zaczęło działać. A dla czystego sumienia po wyjściu z kuchni możemy zastosować swój ulubiony krem do rąk.
Polecam każdemu :)
Buziaki :*

01.11.2010

Maska WAX Rainforest - AZ Medica

To moja pierwsza maseczka z henną, którą miałam przyjemność stosować. Trafiłam na nią w aptece i kosztowała około 15-20 zł. Wybrałam oczywiście wersję dla włosów ciemnych, a na rynku dostępne są jeszcze do włosów blond i siwych oraz do włosów zniszczonych. Mały cytacik o produkcie :
 
"Maseczka odżywcza Rainforest Wax do włosów ciemnych skomponowana jest głównie w oparciu o naturalne składniki roślinne pochodzące z lasów Amazonii. Wyciąg z orzecha brazylijskiego zapobiega nadmiernej utracie wilgoci oraz zwiększa o ponad 30% ochronę włosów przed utratą koloru. Wyciąg z drzewa sangre de drago zawiera szereg substancji odpowiedzialnych za wzrost cebulek i odbudowę kolagenu, wykazując skuteczne działanie naprawcze. Henna głęboko penetruje struktury włosów, powodując ich naturalną pigmentację, odtworzenie i utrzymanie naturalnej barwy. Ekstrakt z miodu wygładza i nawilża skórę głowy i włosy, wykazując również silne działanie odżywcze. Dodatki kondycjonujące zapewniają włosom miękkość, lepsze układanie oraz łatwiejsze rozczesywanie, co zmniejsza narażenie na uszkodzenie w trakcie zabiegów fryzjerskich."

Składniki:
Aqua demi., Caprylic/Capric Triglyceride, Cetrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, Bertholletia Excelsa, Amodimethicone (and) C11-15 Pareth-7 (and) Laureth-9 (and) Glycerin (and) Trideceth- 12, Lawsonia Intermis Extract, Propylene Glycol;Mel Extract, Cetearyl Alcohol (and) Ceteareth 20, Croton Lechleri Extract, Panthenol, DMDM Hydantoin Iodopropynyl Butylcarbamate, Fragrances (D-Limonene Dipentene, Linalool).
 

Przyznaję się bez bicia, że gdyby nie Projekt Denko maska stałaby w szafce łazienkowej do dzisiaj ;) Dużym utrudnieniem dla mnie była mobilizacja do jej aplikacji. Maskę powinno się nakładać na 15-30 minut i robić ciepły kompres. Jako że ze mnie leniwa baba, to oczywiste że maska stała praktycznie nietknięta, dopóki nie stwierdziłam że skoro już kupiłam to trzeba zużyć. Bardzo pomocny przy tym okazał się czepek zakupiony w Rossmanie za niecałe 4 zł. Ja oczywiście wybrałam różowy z białą koronką dookoła gumki. taaaa...
Do tej pory używałam zwykłych reklamówek (najlepiej sprawdzały się te z marketów do pakowania warzyw ;)), co nie dość że było nieekonomiczne, nieekologiczne to jeszcze czasochłonne, bo jako posiadaczka dłuższych włosów, trochę się musiałam nagimnastykować ze schowaniem wszystkich niegrzecznych kosmyków. Przy okazji musiałam się też opędzać od mojego kota, który kocha ten szeleszczący dżwięk.
  Z tego powodu czepek stał się objawieniem i bardzo pomocnym produktem przy aplikacji maseczki. Dodam jeszcze, że jest bardzo łatwy w konserwacji, czyli myciu i dosyć trwały (to jest mój pierwszy i jeszcze nie pojawiła się żadna dziurka, mimo cienkiego materiału z którego jest wykonany).
Ale wróćmy do początku, czyli do samej aplikacji. Na średniej długości włosów, czyli takich ja moje, do jednorazowej aplikacji wystarczy 20 ml produktu, czyli opakowanie powinno starczyć na około 12 kuracji. Maskę powinno się stosować co 3 - 5 dni, aż do widocznej poprawy. Zaznaczę tutaj, że moje włosy ogólnie są w dobrej kondycji, ponieważ przestałam je farbować i katuje je wyłącznie codziennym myciem, suszeniem i czasami prostowaniem.

Zapach maski jest średni- mi nie przeszkadzał, ale fiołkami też nie pachniał, ciężko mi go opisać, może to był zapach henny- nie wiem, bo nigdy jej nie robiłam. Konsystencja dosyć gęsta, trochę ciężka w nakładaniu i miałam wrażenie, że nie docierała do skóry głowy,ale ważniejsze były same włosy. Jak już wspomniałam, robiłam sobie ciepły kompres, czyli na włosy z maseczką, nakładam czepek, na to ręcznik i później podgrzewałam go suszarką. W okresie grzewczym dobrym sposobem, jest wcześniejsze położenie ręcznika na kaloryfer (znowu dodam, że też bardziej ekonomicznym i ekologicznym :))

Ja trzymałam maskę bardzo długo, bo nawet czasami i godzinę- tak miło było trzymać ciepełko na głowie, że się zapominałam. Zawsze stosowałam ją wieczorem, ponieważ jako właścicielka włosów przetłuszczających się, były one zawsze obciążone po masce i przetłuszczone. Natomiast ten efekt mijał po dwóch myciach. Ja włosy myję codziennie, więc nie było to dla mnie dużym problemem.
Szczególnie, że na pozytywne efekty przy systematycznym używaniu nie trzeba było długo czekać.
Jak wspomniałam na przetłuszczanie nie wiele pomagała, ale włosy stawały się coraz bardziej lśniące, błyszczące, mocne, odżywione i nawilżone. Przede wszystkim zaczęły się lepiej układać i nie wymagały już wielu porannych zabiegów, były naturalnie uniesione u nasady i luźno opadały na ramiona, bez zawijania, podkręcania czy puszenia się. Dodatkowo bardziej poddawały się prostownicy, tzn efekt był długotrwały i w przeciągu dnia nie tworzyły się strąki. Bardzo dobrze się rozczesywały, co dla mnie jest ogromnym plusem, ponieważ moje włosy mają tendencję do kołtunienia się. Końcówki włosów były mniej rozdwojone i nie sterczały jak suche siano, tylko płynnie spływały (według mnie ma to duże znaczenie przy włosach cieniowanych, na których przy włosach suchych widać każde cięcie). Jednak nie zauważyłam, żeby moje włosy były po niej przyciemnione, ale wiecie jak to jest: jeżeli kolor stopniowo się przyciemnia, a patrzymy w lustro codziennie to ciężko dostrzec różnicę.

Jak widzicie jestem bardzo zadowolona z tego produktu, jednak nie kupię go w najbliższym czasie, ponieważ w planach mam podobny kosmetyk z firmy L'biotica Biovax. Widziałam już u was ten produkt i postanowiłam też go przetestować. Zobaczymy czy będzie tak dobry jak ten z AZ Medica, bo z szamponu na razie nie jestem zadowolona, ale o tym wkrótce ;)
Dajcie znać jaka jest wasza ulubiona maska z henną i jakie były wasze odczucia?
Nie ukrywam, że do tej na pewno jeszcze wrócę  ;)

Buziaki :*

28.10.2010

Targi kosmetyczne SALON JESIEŃ 2010

Wstyd się przyznać jak długo zwlekałam z tą notką ;) Ale jest to nieuniknione , bo targi odbyły się 9-10 października w Warszawie w Hali Expo przy ulicy Prądzyńskiego 12/14. Bilet wstępu dla osób z poza branży kosztował 28 zł, ale warto było tyle za niego zapłacić, żeby mieć dostęp do tylu fantastycznych kosmetyków. Dodam, że wszystkie produkty jak i zabiegi kosmetyczne oferowane na targach były w promocyjnych-niższych cenach. Możecie sobie wyobrazić moje pozytywne oszołomienie spowodowane ogromem kosmetyków, mazideł, pachnideł, balsamów, pudrów, lakierów, ozdóbek, kokardek, błyszczyków itd. Uwierzcie mi, że jak tylko przekroczyłam bramkę biletową nie wiedziałam w którym ruszyć kierunku. Poczułam się trochę onieśmielona swoim brakiem przygotowania, nie miałam żadnej listy i żadnych skonkretyzowanych, potrzebnych zakupów. Można by rzec, że po prostu tam wpadłam! I stało się to dla mnie w pewnym sensie zgubą, bo biegałam jak obłąkana i wszystko chciałam obejrzeć, powąchać oraz kupić. Także dobra rada na przyszłość: na takie imprezy bierzcie mało pieniędzy i zróbcie odpowiednio wcześniej listę zakupów ;)
Może zacznę od skromnej wymiany firm, które gościły na targach i są mi dobrze znane (tudzież utkwiły mi w pamięci): Kryolan, Nail Design, Mary Kay, OPI, Essie, Eveline, Nail tek, Queen Helene, Bielenda, Ziaja, Organique, Ava, FlosLek i wiele innych.
Pierwsze co zrobiłam to rzuciłam się na stoisko Kryolanu, ale było tak oblegane że sobie darowałam zakupy. Nawet przy użyciu łokci nie byłabym w stanie dopchać się do kasy i ekspedientki- dziewczyny przy ladzie naprawdę były bardzo zdeterminowane ;) Zadziwiło mnie na ich wystawie, że mają w swojej ofercie Carmex. Jak widać nawet najlepsi go używają i polecają.

 Obok mieściło się stoisko firmy Nail Design, którą dobrze znałam dzięki Allegro. To od nich kupiłam swój zestaw firmy Konad i pierwszy lakier do wzorków. Niestety lakiery do stempelków już się skończyły, więc pocieszyłam się pięknym, jasnym fioletem z bardzo drobnym, srebrnym brokatem. Do tego dokupiłam preparat do zmiękczania skórek, sygnowany nazwą firmy oraz oliwkę w pisaku. Zmiękczacz sprawdza się rewelacyjnie, a olejek jest jeszcze fajniejszy. Dużym ułatwieniem w pielęgnacji paznokci jest właśnie forma 'pisaka'. Zmieści się w najmniejszej torebce czy kosmetyczce, jest poręczny i nic się nie wylewa bez potrzeby.Dodatkowo możemy go mieć cały czas przy sobie, aby kilkoma ruchami zadbać o nasze skórki skupione dookoła paznokcia. Dla mnie jest to kosmetyk fenomenalny i od dawien dawna poszukiwany.

 
Skoro już jesteśmy przy kosmetykach paznokciowych nie mogło zabraknąć moich odwiedzin przy stoisku OPI :D Zaskoczyły mnie ceny- standardowa pojemność lakieru kosztowała 30 zł, a miniaturka 10 zł. Zdecydowałam się na cudowny kolor lila w pełnym wymiarze, czyli Rumple's Wiggin z kolekcji Shreka. Przyznam, że dopiero raz miałam go na paznokciach i nie byłam zadowolona ani z jakości, ani z konsystencji, ani z trwałości. W zasadzie podobał mi się tylko kolor. Może miałam zbyt duże oczekiwania, dlatego dam mu jeszcze jedną szansę. Jednak musi trochę czasu upłynąć, aby zatrzeć złe- pierwsze wrażenie.
Miniaturek natomiast nie miałam jeszcze okazji 'nosić'. Ciemna buteleczka to jest czerń z brokatem, opalizującym na niebiesko-zielono- różowo. Efekt zewnętrzny niesamowity, tak samo jak czerwona siostrzyczka, która ma w sobie piękny różowy brokat. Jej też nie miałam jeszcze na paznokciach (sama się dziwię dlaczego),ale wydaje mi się, że będzie dawała piękny landrynkowy efekt, który tak bardzo lubię w czerwonych lakierach.
W moim zakupowym niezbędniku nie mogło też zabraknąć mięty z CM Professional. No niestety, wszyscy kupują szarako- błotniaki a Iwetto rzuca się na wakacyjnego miętusa i wcale się tego nie wstydzi. Lakier kosztował 7 zł i jestem pod wielkim wrażeniem jego jakości. Miałam dylemat związany z kolorem, ponieważ w buteleczce wyglądał jak typowy miętus, natomiast na paznokciach już nie. Doszłam do wniosku, że jest to kolor miętowej pistacji. Pigmentacja rewelacyjna, ale i tak na pazurkach wylądowały 3 warstwy. Konsystencja idealna- bardzo dobrze rozprowadza się na paznokciach, pędzelek też bardzo dobrze sobie radzi z rozprowadzaniem produktu. Dodam, że jest dosyć szeroki, więc szybko uwinęłam się przy malowaniu moich paznokciowych łopatek. Trwałość- rewelacyjna! Bez żadnych zabezpieczeń wytrzymał tydzień bez żadnego odprysku, za to z małym, minimalnym starciem na końcówkach paznokci. Jestem zachwycona! Tak bardzo, że zaczęłam tych lakierów szukać na Allegro i ogólnie w internecie. Jednak nie miałam szczęścia, więc ktokolwiek widział, ktokolwiek wie- niech melduje ;)

Obok lakieru widnieją dwie kosteczki aromatyczne, które mają za zadanie przygotować palce do manicuru. Mają piękny cytrusowy zapach i umilają chwilę zmiękczania skórek.

Oczywiście nie mogło zabraknąć też kosmetyków do pielęgnacji twarzy, czyli maseczek. Jakoś nie mogłam się zdecydować na coś więcej niż saszetka. Nie chciałam też inwestować bardzo w serum czy kremy do twarzy. Powiem wam szczerze, że mam na razie co zużywać, a kupując choćby jeden nadliczbowy produkt, skończyłoby się to wylądowaniem w koszu innego. I po co? Wolę zbadać rynek i opinię innych osób, zanim kupię coś droższego. Ostatecznie zaopatrzyłam się w pokaźny zapas przy stoisku Afrodity oraz Avy .
Wspomnę, że wszystkie te maseczki można bez problemu dostać w sklepach, drogeriach, marketach czy typowych sieciówkach jak Rossman, Drogeria Natura czy Super Pharm. Ja dopiero teraz się na nie zdecydowałam, oczywiście ze względu na cenę.
Uczestnikiem targów była też marka Queen Helene, dobrze znana dzięki ich popularnemu produktowi, czyli miętowej maseczce. Zdziwiłam się bardzo, kiedy dowiedziałam się że firma istnieje na naszym rynku od kilku lat. Ich produkty możemy kupić bezpośrednio w Warszawie w sklepie przy ulicy KEN jak i w internecie na stronie:
www.queenhelene.pl


Przemykając między alejkami, poczułam subtelną woń, która zaprowadziła mnie do stoiska firmy Organique. Byłam tak oszołomiona, że nie mogłam się zdecydować co wybrać, a nie odeszłabym stamtąd z pustymi rękami! O nie! To byłoby niemożliwe! Z pomocą przyszedł mi mój mężczyzna, który wybrał dla nas kulę do kąpieli o zapachu Guavy. Muszę przyznać, że ma dwojakie zastosowanie. Owszem, możemy wrzucić ją do kąpieli, ale też świetnie sprawdza się jako odświeżacz powietrza! Pachnie tak pięknie i intensywnie, że szkoda jej zużywać. Na razie rozsiewa swój piękny aromat w mojej łazience, kusząc zapachem za każdym razem jak tylko tam wejdę. Poza tym zdecydowałam się jeszcze na olejek pomarańczowy do ciała. W okresie jesienno-zimowym moja skóra robi się bardzo wrażliwa i szybko się przesusza, stąd moje zapotrzebowanie na coś skutecznego. Mam zamiar dolewać ten specyfik do kąpieli, aby natłuścić odpowiednio skórę i nie bawić się juz później w balsamowanie. Aby zapoznać się lepiej z produktami firmy, dostaliśmy katalog. Napomknę, że już się zapoznałam z nim i mam pozakreślane interesujące mnie kosmetyki, tylko są one trochę trudno dostępne. Muszę cierpliwie poczekać do następnych targów.

I na koniec firma, którą KOCHAM, wielbię i ubóstwiam: ZIAJA :D Mogłabym ponarzekać, że nie mieli mojej poszukiwanej cały czas Plantici, ale wynagrodzili mi to czym innym. A mianowicie: nowym płynem micelarnym z serii Ziaja Med! Dostępny oczywiście tylko w aptekach, za to uniwersalna formuła do każdego rodzaju skóry i w każdym wieku. Jestem nim zachwycona i oczarowana. Niby woda, ale niezwykła za niecałe 8 zł. Dla mnie chyba już KWC ;)
I do tego nowy antyperspirant, z którym wchodzą dopiero na rynek (btw: okazało się, że mają też blokera- jak tylko zużyję swojego Antidrala będę na sto procent testować Ziajkę) oraz mleczko oczyszczające. Mleczko jest z serii PRO, czyli profesjonalnej niedostępnej w normalnej sprzedaży. Jest to duża pół litrowa butla, a kosztowała tylko 13 zł. Opłaca się?

I to byłoby na tyle albo aż tyle ;) Według mnie targi to super impreza, na której nie tylko możemy zakupić taniej nasze ulubione produkty, ale także odkryć nowe, uczestniczyć w wykładach i zabiegach, zapoznać się z nowymi technikami i sposobami pielęgnacji oraz skorzystać z fachowych konsultacji. Gorąco wam polecam i zachęcam do wzięcia czynnego udziału w następnych targach, które odbędą się już wiosną. Będę informować o terminach ;)

Buziaki :*

21.10.2010

Ulubiona dwufazówka

Miałam wiele płynów do demakijażu oczu, jednak moimi ulubieńcami zawsze były te dwufazowe. Przez długi czas faworytem był wszystkim dobrze znany Płyn Dwufazowy z firmy Ziaja. Jednak ostatnimi czasy na prowadzenie wysunął się produkt z Delii.

Zacznę od Ziaji, którą stosuję dłużej. Buteleczka zawiera 100 ml specyfiku i kosztuje około 6 złotych.
Pierwsze co zauważyłam przy jej stosowaniu to to, że ciężko uzyskać jednolitą konsystencję, czyli połączyć ze sobą oba składniki. Ile nie trzęsłabym buteleczką, często jednego składnika jest więcej od drugiego na płatku bawełnianym. Jeżeli chodzi o sam demakijaż, to u mnie sprawdza się rewelacyjnie i bez problemu zmywa wodoodporny makijaż. Do oczyszczenia oka spokojnie wystarczy jeden płatek nasączony płynem. Ziaja po demakijażu pozostawia tłusty filtr na powiece. Dla mnie nie jest to jakimś dużym minusem, bo uważam że dobrze jeżeli skóra w tym miejscu jest natłuszczana. Bardzo dużym plusem jest dla mnie fakt, że ten płyn nie podrażnia mi oczu i nie zacier kącików. Oczywiście jest to kwestia dyskusyjna, ponieważ doszły mnie słuchy, że przy regularnym stosowaniu ktoś dostał uczulenia lub podrażniania. U siebie nic takiego nie zaobserwowałam, ale moje oczy też nie należą do wrażliwych. Poza tym jako maniaczka nowinek kosmetycznych nie zdarzyło mi się używać tego produktu kilka razy pod rząd, to znaczy zużyć całe opakowanie i otwierać już następne.


Inaczej jest z Delią, ponieważ właśnie jestem w trakcie zużywania trzeciego opakowania. Swojego czasu była na nią promocja  w Drogerii Natura i zrobiłam zapas (też tak macie?). Pierwsza butla się u mnie sprawdziła, więc w atrakcyjnie cenie -4,50zł dokupiłam jeszcze dwie. Dodam, że za tak niską cenę mamy dwa razy więcej produktu, bo aż 200 ml! Nie pamiętam dokładnie, ale regularna to chyba 8 zł. Jeżeli chodzi o samą konsystencję, to w przeciwieństwie do Ziaji bardzo łatwo połączyć ze sobą dwa składniki i także wystarczy jeden nasączony płatek aby oczyścić powiekę. Jednak nie pozostawia tłustego filtru, nie rozciera makijażu po całej twarzy, tak samo nie uczulił mnie i nie zatarł kącików. Nie daje tępego uczucia ściągania makijażu.

Oba produkty są dla mnie porównywalne, z tym że bardziej opłaca się kupić Delię, chociaż wydaje mi się trudniej dostępna. Do tej pory spotkałam ją tylko w Drogerii Natura, natomiast Ziaja jest dostępna w każdym markecie i drogerii.
A jaki jest wasz ulubiony produkt do demakijażu oczu?

Buziaki :* :* :*

14.10.2010

Prasówka ;) Twój Styl listopad 2010

Postanowiłam podzielić się z wami informacją o dobrociach, które można znaleźć w nowym numerze Twojego Stylu. Jak większość z was wie, jest to miesięcznik- jeden z moich ulubionych z resztą ;) To wydanie jest dostępne z kalendarzem na przyszły rok i kosztuje 10,90. Nie wiem czy można go nabyć bez dodatku- pytajcie w swoich kioskach.
 Warto też na początku zajrzeć do środka gazety, czy te próbki są w niej zamieszczone. Niestety nie w każdym rejonie Polski są one dodawane :(

Pierwszym dodatkiem jest fluid firmy Lancome Teint Miracle w odcieniu 03 Beige Diaphane. Jest opisany jako kreator naturalnego światła  i ma nam dać efekt naturalnej i perfekcyjnej cery, czyli nieskazitelnej, nawilżonej, rozświetlonej oraz zmysłowo delikatnej. Produkt jest nietłusty i nie powoduje zatykania porów. Dodatkowo zawiera filtr SPF15.


Kolejna próbka to nowy podkład rodzimego Max Factora- Xperience Weightless Foundation w odcieniu Sandlewood 65. Na jego temat wyczytałam tylko tyle, że posiada SPF 10, ma lekką konsystencję i powinien dobrze kryć skórę.

Kobiety w wieku 40+ znajdą dla siebie skoncentrowany krem na dzień z Sorayi. Ma za zadanie przywrócić skórze gładkość i jędrność. Zawiera proteiny pszenicy oraz kwas hialuronowy, producent zapewnia natychmaistowy efekt liftingu już po 5 minutach ;)

Dużym zaskoczeniem dla mnie była próbka podkładu Chanel. Szczerze mówiąc rzadko trafiam na dodatki z tej firmy w gazetach. I znowu jest to podkład, odcień B30 Beige- Sable Vitalumiere Aqua, dodatkowo z SPF 15. Standardowo obiecują perfekcyjną cerę i efekt drugiej skóry ;)

Ciekawostką jest chusteczka, zwana "absorbetką", która służy do pochłaniania barwnika z prania. Wrzucamy owy produkt do pralki i mamy pewność, że nie będziemy mieć wszystkiego w jednym kolorze. Ale chyba nie będę sprawdzać jej rzeczywistego działania przez wrzucenie do białych rzeczy czerwonej skarpetki.
Pozostaje mi już tylko maziać się kremikami, włączyć pranie i relaksować się przy artykułach Twojego Stylu :D


Ściskam was mocno :*

12.10.2010

Sunny Giveaway :D

I kolejny link, do ciekawego bloga dla pazurkomaniaczek ;)

Sunny-Monday

A tutaj pokaźny giveaway :D Wiele ciekawych dobroci się znalazło i każdy będzie miał na czym zawiesić oko ;)


Link do giveawaya :

giveaway

Buziaki :*

.

JAKO AUTORKA BLOGA NIE WYRAŻAM ZGODY NA KOPIOWANIE, POWIELANIE LUB JAKIEKOLWIEK INNE WYKORZYSTYWANIE W CAŁOŚCI LUB WE FRAGMENTACH TEKSTÓW I ZDJĘĆ Z SERWISU INTERNETOWEGO www.iwetto.com BEZ MOJEJ WIEDZY I ZGODY (PODSTAWA PRAWNA: DZ. U. 94 NR 24 POZ. 83, SPROST.: DZ. U. 94 NR 43 POZ. 170).