30.08.2011

Nowy klasyk // ART DECO Baza pod cienie

Nie ukrywam, że dużym odkryciem było dla mnie dowiedzenie się o istnieniu czegoś takiego jak baza pod cienie. Miało to miejsce jakieś dwa lata temu i oczywiście podpatrzone było na amerykańskim You Tubie. Tam też ktoś mi podpowiedział o istnieniu bazy Art Deco, którą bez problemu można dostać w Douglasie.
Słoiczek zawiera 5ml produktu i w zależności od promocji kosztuje od 20 do 30 złotych. Myślę, że jest to bardzo przystępna cena za kosmetyk, który jest ważny przez dwa lata od otwarcia. Wiadomo - koszty się amortyzują ;D


Konsystencja bazy jest stała, ale bardzo miękka, wręcz jedwabista, dzięki czemu łatwo się aplikuje przy pomocy palca. Bardzo dobrze też się ją nabiera, mimo tego że przez opakowanie jest to trochę utrudnione. Co mnie zadziwiło to jej zapach- przywodzi mi na myśl męską piankę do golenia. Jednak po nałożeniu jej na powiekę aromat całkowicie zanika. Nie podrażnia ani nie wysuszya delikatnej skóry powieki.


Łatwo stapia się ze skórą , pozostawiając lekko rozświetloną powiekę. Może to być dla niektórych minusem, ponieważ zawiera małe drobinki. Według mnie nie ma to większego wpływu na makijaż, bo nie przebijają nawet spod matowych cieni. Trzeba tylko pamiętać, aby nakładać ją cienką warstwą, w innym razie mogą zrobić się smugi i nieestetyczne suche placki.


Świetnie współgra z cieniami, bez problemu możemy je nakładać i rozcierać. Według mnie nie podbija ich koloru, ale wiem że większość jej faworytów tak uważa. Jeżeli chodzi o trwałość, to z tym bywa różnie. Ja borykam się z tłustą powieką i utrzymanie cienia przez cały dzień to nie lada wyzwanie. Powiedzmy, że Art Deco spisała się połowicznie. Są dni (i jest ich znaczna przewaga), kiedy makijaż trzyma się cały dzień, ale są też takie gdzie wszystko zbiera się w załamaniu.

Na plus doliczę także wydajność, ponieważ przy codziennym użytkowaniu spokojnie wystarczy na rok, a nawet dłużej. Poza tym nie zauważyłam, aby po tak długim okresie zmieniła swoją konsystencję. Cały czas jest miękka i delikatna, czego nie da się powiedzieć o gumie z Joko ;P

Baza Art Deco nie stoi na moim piedestale, ale mam do niej sentyment i uważam, że każdy powinien ją wypróbować. Według mnie staje się nowym klasykiem w kosmetyczkach wielu kobiet i grzechem byłoby nie spróbować jej na własnej skórze.

A Wy miałyście już tą przyjemność? A możecie macie innego faworyta?

29.08.2011

Sierpniowy haul

W tym miesiącu kupiłam kilka produktów nadliczbowych. Niestety, nie jestem w stanie się oprzeć jeżeli widzę coś w atrakcyjnej cenie. Przede wszystkim dopadło mnie szaleństwo Biedronkowe ;D Skusiłam się na pudry do kąpieli, masła oraz peelingi.

To są zakupy z pierwszej rundy po Biedronie ;D Druga zaowocowała masłem Brazylia oraz peelingiem borówkowym. Do tej pory użyłam tylko masła Azja, ponieważ reszta czeka na swoją kolej. Jeżeli chodzi o Azję to jestem zadowolona. Szybko się wchłania, dobrze nawilża i ma intensywny kwiatowy zapach, który czuć następnego dnia. Za 8zł więcej nie potrzebuję.


W końcu udało mi się też dotrzeć do Drogerii Natura. Nie byłam tam już dobrych kilka miesięcy! Z ręką na sercu ;D Wizyta skończyła się zakupem zapasu mojego dwufazowego faworyta z Delii, zmywacza do paznokci z dozownikiem marki Sensique, fioletowego eyelinera w żelu z Essence oraz cienia Kobo w odcieniu Aubergine. Ogólnie wszystkie produkty miałam już na celowniku od dłuższego czasu. Pozytywnie zaskoczył mnie liner Essence, chociaż jego konsystencja jest dla mnie za miękka. Myślę, że jak podeschnie będzie świetnym kosmetykiem.
Dodatkowo zrobiłam jeszcze zdjęcia limitek z Catrice i Essence. Szczerze mówiąc nic mnie nie kusiło ;)


Uległam także maseczce The Face Shop Black head ex nose clay mask. Zaplaciłam za nią na ebayu 2,7 USD, natomiast za wysyłkę 2 USD, sumarycznie wyszło około 15zł.  Zastanawiałam się przez cały czas czy do mnie dotrze, bo jeszcze nie zdarzyło mi się tak mało zapłacić za przesyłkę. Paczka była bardzo dobrze zapakowana i jak widzicie maska dotarła cała!

W Rossmanie natomiast zaopatrzyłam się w podkład Bourjois Healthy Mix i lakier w boskim- asfaltowym odcieniu.

Na koniec moje ostatnie zdobycze z Sephory :) Jak widzicie udało mi się bez problemu wymienić mój starczy tusz na miniaturkę Clinique High Impact Mascara. Muszę przyznać, że się opłacało. Może cudów nie czyni, ale jest to klasyczny tusz, który sprawdzi się u każdej kobiety.

Trafiłam też na przecenę kremu rozświetlającego firmy Clarins. Od dawna chciałam go wypróbować, dlatego bez większego namysłu trafił do koszyka.

Wy miałyście już coś z tych produktów?

26.08.2011

Yes! I'm bad girl -.-

Angielskiej firmy Sleek nikomu już nie trzeba przedstawiać. Każdy wie, każdy zna, każdy się zachwyca.
Ja też! Szczególnie paletą Bad girl, kolorystycznie stworzoną dla mnie. Same perłowe cienie, zimna tonacja, mocne wrażenie. Jeżeli chcemy, nie ma większego problemu żeby stworzyć z niej dzienny, subtelny makijaż. I za to ją lubię!







Z niecierpliwością czekam już na kolekcję Nude! Bo co jak co, ale Sleeka ciągle mi mało XD

25.08.2011

Po opalaniu

Tak! Miałam to szczęście zaznać kilu słonecznych dni podczas swojego lipcowego urlopu! Mało tego! Udało mi się nawet spalić na słońcu ;) Jak zwykle był winny temu wiatr nad morzem (przynoszący ożywczą bryzę) oraz czytanie książki (sama czynność, bo lektura nie była ostatecznie zbyt ciekawa). W ten oto sposób od kolan w dół zostałam mocno przypieczona (pomimo wysokiego filtru).
Jako, że nie zdarzyło mi się jeszcze normalnie i zdrowo opalić, tym razem także byłam przygotowana na taką ewentualność :)

Balsam w niebieskiej tubie na pewno kojarzycie z mojego czerwcowego haulu. Jest to produkt marki Sephora, typowy balsam po opalaniu do twarzy i ciała. Co mnie zdziwiło pachnie przy aplikacji pieczarkami (nie jest to subiektywna opinia- pomagało mi kilu wąchaczy ;). Wydaje mi się, że zapach miał przypominać mango, bo zawiera mango butter, niestety to się producentowi nie udało.
Jeżeli chodzi o konsystencję, to nie mam zarzutów: świetnie się rozprowadza, dobrze wchłania nie pozostawiając lepkiej czy świecącej warstwy. Jednak nałożony zbyt grubą warstwą roluje się i ściera!


Nie jest tłusty, tylko lekko nawilżający, co niestety przy opalonej skórze według mnie jest niewystarczające. Równie dobrze, możemy użyć każdego innego balsamu do ciała czy masła. Niby zawiera łagodzącą alantoinę i witaminę E, ale poważnym zarzutem jest brak panthenolu. Żeby go pogrążyć jeszcze bardziej- nie nadaje się do stosowania na twarz, ponieważ zawiera minera oil, który jest ogólnie przyjętym składnikiem komadogennym.
Jak widzicie moja opinia na temat Sephora Sun jest dosyć negatywna. Miał pomóc po opalaniu, a nie zrobił nic. Skóra była dalej czerwona, przesuszona i spuchnięta! Na pewno nie kupię ponownie, szczególnie że przez zapach już teraz mam problem z jego zużyciem.

Natomiast Chłodzący żel po opalaniu z serii Sun Care, marki Eveline Cosmetics okazał się objawieniem wszechczasów. Po powrocie do domu przegrzebałam swoją szafkę łazienkową w poszukiwaniu ratunku. I znalazłam ten produkt, który niespełna rok wcześniej kupiłam z jakąś gazetą ( jest to miniaturka dużego opakowania, o czym możecie przekonać się zaglądając TU ).
Ma przyjemny zapach, który ciężko mi zakwalifikować. Mimo zawartości mentholu, w ogóle go nie czuć, ale aromat jest miły i orzeźwiający. Poza tym nie chłodzi! Nie wiem dlaczego producent tak uznał, ale według mnie on w ogóle nie daje tego uczucia.



Dzięki żelowej konsystencji szybko się wchłania, dając natychmiastowy efekt nawilżonej i złagodzonej skóry. Poza tym w krótkim czasie likwiduje opuchliznę,pieczenie i zaczerwienie, pozostawiając ukojoną skórę. Tak samo jak balsam Sephory zawiera alantoinę, ale dodatkowo wzbogacony jest o Panthenol oraz likopen, zapobiegający przedwczesnemu starczeniu się skóry. Całość wspomagają jeszcze kolagen i elastyna w celu zapobieganiu nadmiernemu łuszczeniu  i utrzymaniu odpowiedniego poziomu elastyczności.
W moim mniemaniu sprawdził się w 100% i już dawno nie używałam tak dobrego kosmetyku po opalaniu. Na pewno sięgnę po niego w przyszłym roku, a nawet już teraz zastanawiam się czy nie kupić pełnowymiarowego opakowania, bo przecież można go używać także na co dzień ;)


A Wam udało się w tym roku opalić ? A może macie jakiś swój sprawdzony sposób na złagodzenie skóry po kąpieli słonecznej?

22.08.2011

Wyniki rozdania :)

Nie ukrywam, że było ciężko przebrnąć przez wszystkie Wasze komentarze, ale cieszę się bardzo że tak dużo osób było chętnych wziąć udział w moim rozdaniu.



Kosmetyki powędrują do :

Katalina :D
Gratuluję Ci serdecznie!!!

A pozostałym osobom, serdecznie dziękuję za udział :* :* :*
Buziaki dla Was :*  I nie martwcie się ! Wkrótce znowu będziemy mieli co świętować!
Tylko może tym razem będzie kilka nagród, zamiast jednej. Co Wy na to?

20.08.2011

Sephora wymienia :D

Kolejny raz Sephora wymienia dowolny tusz do rzęs na miniaturkę maskary Cliniqua High Impact Mascara. Wymiana jest darmowa i trwa do wyczerpania zapasów, ważna od poniedziałku 22 sierpnia do 4 września! Jedna osoba może wymienić jeden tusz ;) I pamiętajcie! Nieważne jakiej marki, czy zużyty czy nowy- liczy się sztuka za sztukę!

KLIK!


I co wybierzecie się na wymiankę? Ja spróbuję! I jestem ciekawa czy mi się tym razem uda, bo podobna akcja już się kiedyś odbyła ;)

17.08.2011

STORMowy dzienniak

Paletka Storm ze Sleeka jest jedną z moich ulubionych. Cenię sobie bardzo jej pigmentację oraz zestawienie kolorystyczne. Na dodatek świetna jakość 12 cieni za niewielkie pieniądze. Jestem ciekawa kiedy polskie firmy wpadną na pomysł produkowania podobnych paletek?
Na razie Sleekowe szaleństwo trwa i nie ukrywam, że sama zaczynam się zastanawiać nad następną. Jeszcze nie wiem czy będzie to Oh so special czy może Au Naturel, ale wiem że na jednej nie poprzestanę ;D




A Wam która paletka Sleeka podoba się najbardziej?

16.08.2011

Antybzzz

W ostatni długi weekend miałam okazję wyruszyć poza miasto. Ze względu na panującą wilgoć i chmary krwiopijczych komarów, postanowiłam uzbroić się przed walką. Jak zwykle do mojego koszyka trafiły produkty Ziaji, tym razem spray przeciw insektom oraz żel łagodzący ukąszenia, gdyby któryś mnie jednak dopadł.

Cena obu produktów nie jest wygórowana, spray 100 ml około 10 zł, a żel 30 ml około 7zł. Przyznacie, że kwota niewielka jak za obietnicę spokojnego spędzania czasu na łonie natury, zamiast nerwowego machania rękoma. Co mnie zaskoczyło najbardziej to to, że spray jest też dostępny w wersji dla dzieci. I byłam bardzo zdziwiona kiedy porównałam ich składy- takie same! Czyli:
Aqua/ Polysorbate20/ Ethyl Butylacetylaminopropionate/ Panthenol/ Sodium Benzoate/ 2-Bromo-2-Nitropropane-1/ 3-Diol/ Citric Acid.

Wietrzę tu jakąś chęć zysku, mimo tego, że cena obu produktów jest taka sama.
Nieładnie...


Ogólnie płyn ma odstraszać nie tylko komary, ale także kleszcze, meszki, osy i pszczoły. Mało tego powinien działać przez 4 godziny od aplikacji, jednak tego nie robi! Możemy psikać się do woli i wierzcie mi, że i tak zostaniecie po 15 minutach ukąszone. Dobrze, że chociaż nie ma uciążliwego zapachu i szybko się wchłania. Moje uczucia są naprawdę mieszane,a moje zaufanie zostało zachwiane.



Żel natomiast, powinien pomóc nam złagodzić podrażnienie skóry już po ukąszeniu. Jego działanie polega na zredukowaniu zaczerwienia i pieczenia oraz przyspieszeniu regeneracji skóry. Dodatkowo ma za zadanie działać kojąco i chłodząco na naskórek.
I znowu moje odczucia są zupełnie inne od obiecywanych przez producenta. Na pewno ten produkt nie przyniósł ulgi w swędzeniu, tak samo łagodzeniu. I mimo tego, że każde ukąszenie pieczołowicie smarowałam, następnego dnia cały czas miałam bolesne, czerwone bąble.


Także mój trzydniowy pobyt poza miastem, niestety był uprzykrzony przez komary. Ogólnie bardzo miło spędziłam czas, ale byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie ciągłe opędzanie się.
Nasuwa mi się taka konkluzja, że zamiast smarować i psikać siebie, może powinnam była celować w komara?

A Wy macie jakiś swój sprawdzony produkt w walce z owadami?

09.08.2011

Szczerbata -_-!

Pech to pech! Nie zdążyłam Wam jeszcze polecić mojej ulubionej szczoteczki do rzęs z Inglota, zanim wypadło jej kilka szpilek. Najśmieszniejsze jest to, że dzień wcześniej zachwalałam ją na Twitterze i nie wierzyłam w jej wady, czyli kiepskie wykonanie.

KLIK! 
Ogólnie byłam z niej bardzo zadowolona, świetnie rozczesywała rzęsy. Nareszcie pozbyłam się zbędnych grudek, a poza tym były idealnie rozdzielone. Szczoteczka jest dosyć ostra i trzeba uważać przy jej użytkowaniu, ale nie nastręcza to dodatkowych problemów przy wykonywaniu makijażu. Porównałabym to do ostrożności przy malowaniu rzęs, gdzie też nie chcemy włożyć sobie szczoteczki do oka ;)


Nie miałam też większych problemów przy czyszczeniu- wystarczył płyn dwufazowy i wacik. Wszystkie resztki tuszu ładnie się rozpuszczały, dodatkowo dezynfekowałam ją alkoholem.
I właśnie pewnego pięknego dnia, podczas oczyszczania, moja szczoteczka straciła zęby. Dociekliwe zaczęłam się jej przyglądać i znalazłam przyczynę:

KLIK!
Pękła! Wnioskuję z tego, że nie Ja się przyczyniłam do jej destrukcji, tylko sama szczoteczka była tak kiepsko wykonana. Nie muszę dodawać, że następne szpilki zaczęły same wychodzić, dlatego całość wylądowała w koszu.
I teraz zastanawiam się, czy kupić sobie drugą. Z tego co pamiętam to kosztuje około 15 zł (można też ją dostać za 8 zł przy większych zakupach w Inglocie). Ale czy jest sens wydawać na coś co jest średniej jakości? Może lepiej poszukać czegoś nowego?
Jestem ciekawa Waszej opinii! A może uważacie, że taka szczoteczka to zbędny gadżet?
Używałyście podobnej kiedyś?

04.08.2011

Czas start!

Od tego posta mam zamiar pokazać Wam wszystkie 10 lakierów Marizy, które jakiś czas temu wygrałam na Facebooku. W dzisiejszej odsłonie numer 50, czyli szarość złamana ciepłymi tonami. Wydaje mi się, że ma w sobie domieszkę różu, ale ciężko mi ocenić czy tak jest na pewno.


Do tej pory nie miałam przyjemności używać produktów tej marki, więc byłam pozytywnie zaskoczona kiedy lakier okazał się być dobrym jakościowo. Przede wszystkim aplikacja była bezproblemowa, pomimo małego pędzelka. Poza tym świetne krycie, jedna warstwa zupełnie wystarczyła do pokrycia płytki. Zdaję sobie sprawę, że nakładałam go na krótkie paznokcie, ale lakiery z innych firm nawet na takich nie dają sobie rady i trzeba powtarzać aplikację.
A co najbardziej mnie zdumiało, to błyszczący efekt- niczym tafla wody oraz szybkie wysychanie!


Jak widzicie moje wrażenia są bardzo pozytywne i sama się ich nie spodziewałam. Mam nadzieję, że reszta lakierów tak samo przypadnie mi do gustu, o czym przekonamy się już wkrótce ;)

A to ,co bardzo spodobało mi się ostatnio ,to efekt jaki daje wzorek wykonany lakierem typu Chrome. Typowego chrome niestety nie mogłam znaleźć, dlatego pocieszyłam się Lilac Zinc z Sally Hansen, którego wykończenie klasyfikowane jest jako foil.



Wzorek wykonany tego typu lakierem jest subtelny i widoczny w zależności od padającego światła. Ja pokusiłam się o zeberkę, wykonaną przy pomocy płytki Konad m57 :)
Ocencie sami czy podoba Wam się ten manicure:



Czekam na Wasze opinie i dajcie znać czy mieliście już lakiery tej firmy,

buziaki :*

02.08.2011

Poszukiwania zakończone?

Mam wrażenie, że dotarłam do celu. Jasne są minusy, jak  np zapach, ale nic mnie to nie obchodzi! Ważne, że moje włosy trzymają się w nienagannej czystości przez cały dzień! Ten kto boryka się z przetłuszczającą czupryną, ten wie co mam na myśli :)


Joanna mnie totalnie zaskoczyła, a zaczęło się przypadkowo, bo będąc w markecie i stojąc w kolejce przypomniałam sobie o szamponie. Pobiegłam szybko między regały i wiedziałam tylko jedno: ma być polski i tani! Zapłaciłam za niego około 5 zł (raczej mniej, niż więcej). 
Pierwsze użycie było niemiłe ze względu na wspomniany zapach, który przywodzi mi na myśl oponę /gumę ;P Na szczęście jest to chwilowe i  nie utrzymuje się długo na włosach. Dobrze się pieni i rozprowadza, konsystencja typowo żelowa. 
Najważniejsze jest jednak to, że włosy były świeże do samego wieczora. Uwierzcie mi, że po ostatnich szamponach, było to dla mnie objawieniem (recenzje TU). 
Ogólnie na Wizażu ten kosmetyk zebrał różne noty, ale wydaje mi się że za tę cenę warto spróbować swojego szczęścia. Kto wie, może i Wam pomoże? Ja natomiast kupiłam już drugą butelkę i zobaczymy czy moje poszukiwania zostały zwieńczone sukcesem.

Dla zainteresowanych skład:

Jednak zanim trafiłam na Joannę, swoje nadzieje pokładałam w szamponie Biosulfo z Ziaji. Niestety tutaj ocena nie będzie nawet pozytywna. Ogólnie skóra głowy przetłuszczała się jeszcze szybciej niż wcześniej, dodatkowo na głowie pojawiły mi się bolesne krosty.


Mój przypadek nie jest odosobniony, ponieważ mój narzeczony też miał okazję go używać i miał takie same doświadczenia.
Uwierzcie mi, że pierwszy raz mi się coś takiego przytrafiło i nie wiem czym było spowodowane. Szczególnie, że skład Biosulfo jest skromniejszy od Naturii z Joanny. 
Nie odpowiadała mi także jego konsystencja, która była dosyć lejąca. Przy ostrożniejszej aplikacji nie było problemu z nanoszeniem na głowę. Zapach natomiast był bardzo słodki i mdlący, ale włosy nim nie przechodziły. Poza tym jak wspomniałam, te cierpienia nie przyczyniły się nawet do utrzymania czystości włosów, dlatego miejcie na uwadze moje słowa, jeżeli będziecie chcieli po niego sięgnąć.



Jak zawsze jestem też ciekawa Waszej opinii, więc czekam na komentarze :D

Buziaki :*

.

JAKO AUTORKA BLOGA NIE WYRAŻAM ZGODY NA KOPIOWANIE, POWIELANIE LUB JAKIEKOLWIEK INNE WYKORZYSTYWANIE W CAŁOŚCI LUB WE FRAGMENTACH TEKSTÓW I ZDJĘĆ Z SERWISU INTERNETOWEGO www.iwetto.com BEZ MOJEJ WIEDZY I ZGODY (PODSTAWA PRAWNA: DZ. U. 94 NR 24 POZ. 83, SPROST.: DZ. U. 94 NR 43 POZ. 170).