31.03.2014

Ulubieńcy marca / CLARISONIC; REAL TECHNIQUES; BENEFIT; L'OREAL



W ostatnim poście prezentowałam kosmetyki, których nie polecam. Dzisiaj dla równowagi będzie kilka słów o ulubieńcach :) W marcu pojawiło się u mnie sporo nowości. Niektóre produkty czekają jeszcze na otwarcie, ale część od razu poszła w ruch!


Clarisonic szczoteczka soniczna do twarzy
Używam jej codziennie zamiast tradycyjnego peelingu. Pozwala mi to ograniczyć kosmetyki, które nie zawsze działają właściwie na moją cerę. Przy pomocy Clarisonica nie tylko oczyszczam skórę, ale też masuję i poprawiam krążenie. W tym celu używam balsamów: ostatnio Clinique Take the day off, wcześniej Emma Hardie Cleansing Balm. Dzięki szczoteczce moja cera odżyła na nowo, widzę znaczną poprawę w jej wyglądzie oraz zmniejszenie zaskórników. Kosmetyki których używam po jej użyciu lepiej się wchłaniają i pielęgnują skórę. Wydatek nie był mały, ale po miesiącu regularnego używania widzę, że się opłacał. 

Przez niego popadłam w minimalizm makijażowy. Wszystkie paletki poszły w odstawkę, bo sięgam tylko po No pressure. Dla utrwalenia oprószam go cieniem MAC Satin Taupe lub Inglot 402 i gotowe. Szybko, łatwo i przyjemnie, a do tego świetny efekt oraz trwałość. Pod koniec dnia coś tam zaczyna się rolować, ale podczas godzin spędzonych w pracy trzyma się nienagannie. 

B-Lens Krople do oczu
Do tej pory sięgałam po tradycyjne krople ze świetlikiem, ale ostatnie opakowanie gdzieś mi się zapodziało i potrzebowałam na gwałt czegoś nowego. Te kupiłam w Rossmannie i są co prawda dwa razy droższe, ale też sprawdzają się o wiele lepiej. Dużo czasu spędzam przed komputerem w pracy oraz w domu, więc potrzebuję natychmiastowego działania. Krople nie tylko nawilżają, ale pozostawiają też bardzo komfortowe uczucie. W mgnieniu oka jakość patrzenia się poprawia ;) 

Mam ochotę napisać: nie wiem jak mogłam bez niego żyć! Może i jest to oklepany frazes, ale w tym przypadku bardzo trafny. Odświeża spojrzenie i nie widać po mnie zmęczenia, kiedy spędzam cały dzień przed komputerem. Ma bardzo lekką konsystencję, która idealnie stapia się ze skórą i nie zbiera w załamaniach. Nie posiada drobinek rozświetlających, więc pozostawia bardzo naturalny efekt. 

Najlepsze z najlepszych! Chodzi mi tu głównie o dwa pędzle, czyli Contour Brush oraz Buffing Brush. Idealnie sprawdzają się do nakładania pudru, podkładu, różu, rozświetlacza itd. Jednym słowem są bardzo uniwersalne, a przy tym świetnie wykonane. Dobrze się domywają oraz nie gubią włosia. Używam ich codziennie, więc to to chyba dobra rekomendacja ;)

_________________________________________

29.03.2014

Buble vol 1 // LIRENE, KINETICS


Generalnie nie jestem zwolenniczką określania czegoś mianem bubla. Wiadomo, że skoro u mnie się nie sprawdziło, to nie znaczy że ktoś inny będzie niezadowolony. Teraz wyobraźcie sobie moje rozgoryczenie skoro postanowiłam napisać tego posta. Dobrze nie jest... Czy zauważyliście, że od dłuższego czasu na blogu nie pojawiają się żadne wpisy z prezentacją lakierów? Zdradzę Wam tajemnicę: odpowiedzialna jest za to odżywka do paznokci Kinetics Rhino



Miała odżywiać oraz wzmacniać miękkie i rozdwajające się paznokcie. Producent zaleca stosowanie jej jako bazy lub nakładanie co 2-3 dni. Ja stosowałam ten pierwszy sposób i bardzo szybko stan mojej płytki się pogorszył. Początkowo obwiniałam migdałowy zmywacz Isany, bo nie przypuszczałam że problem może leżeć po stronie odżywki. Kiedy go odstawiłam szybko się zorientowałam, że to ona ma negatywne działanie. Wysuszała, powodowała kruchość płytki oraz rozdwajanie i łamanie. Doszłam do takiego etapu, że wstyd było pokazywać dłonie, już nie wspominając o używaniu lakierów. Zastosowałam najlepszą terapię jaką mogłam, czyli odstawiłam wszystko i używałam tylko masełka Burts Bees oraz pierwszego lepszego olejku. Nic ponad to i dzięki temu przywróciłam swoje paznokcie do należytej formy. 


Innym bublem okazał się łagodzący płyn do demakijażu Lirene. Podchodziłam do niego kilka razy, aby utwierdzić się o jego szkodliwym działaniu. Nie szczypał i nie podrażniał, jednak przy regularnym stosowaniu po jego użyciu kleiły mi się oczy. Brzmi to dziwacznie, ale nie potrafię tego w inny sposób opisać. Nie było to typowe łzawienie i przytrafiło mi się pierwszy raz. Żaden płyn nie wywołał u mnie takiego skutku, dlatego zanim zrezygnowałam z niego, zużyłam ponad połowę aby się  w tym upewnić. Nie było to trudne, ponieważ płyn nie należy  do wydajnych. Do tego kiepsko radzi sobie z demakijażem. Musiałam dłużej przykładać nasączony płatek na powiece w celu rozpuszczenia makijażu, bo inaczej kończyło rozmazaniem tuszu oraz linera. Było to bardzo uciążliwe, więc według mnie nie wywiązuje się z głównego zadania. Dodatkowo musiałam zakupić krople do oczu, żeby je oczyścić. Szczerze nie polecam.

Mieliście któregoś z nich? Na jakiego bubla ostatnio trafiliście?
_________________________________________

27.03.2014

Serum nawadniające / DERMEDIC Hydrain 3 Hialuro



Od kiedy zaczęłam stosować regularnie krem La Roche Posay Effaclar DUO, potrzebowałam dodatkowego nawilżenia. Szczególnie suche partie na policzkach stały się bardziej wymagające i tu z pomocą przyszło mi serum firmy Dermedic. Dedykowane jest do cery bardzo suchej w każdym wieku. Można je stosować rano i wieczorem na twarz, szyję oraz dekolt. Pachnie nienachalnie i świeżo, wręcz orzeźwiająco. Wiecie, że nie lubię dominujących zapachów w kosmetykach, więc ma ode mnie wielkiego plusa. Do tego estetyczne opakowanie, które od razu przykuwa uwagę. Pięknie prezentuje się na toaletce i jest funkcjonalne. Nie miałam z nim większych problemów, a pipeta za każdym razem spisuje się bardzo dobrze, nabierając dostateczną ilość kosmetyku.

Serum ma bardzo lekką, lejącą konsystencję. Przypomina płynne mleczko, więc bardzo spływa i trzeba poświęcić mu więcej uwagi przy aplikacji. Zaletą jest szybkie wchłanianie. Pozostawia świecącą warstwę, więc aplikowałam je tylko przed snem z obawy, że nie będę w stanie zakryć tego makijażem. Przy mojej mieszanej cerze różnie z tym bywa, więc wolałam nie ryzykować. Najważniejsze, że pozostały film nie jest klejący i nie przyprawia o dyskomfort. Hydrain bardzo dobrze dogaduje się z DUO i świetnie sprawdza się jako baza.  Nie nastąpiło żadne uczulenie lub inne podrażnienie skóry. 


Z działania jestem bardzo zadowolona. Serum utrzymało odpowiedni poziom nawilżenia, pomimo używania wysuszających kosmetyków. Stosowałam je na całą twarz i nie przeciążyło strefy T, ponadto dobrze regenerowało suche partie. Skóra nie produkowała nadmiaru sebum i nie pojawił się wysyp niedoskonałości. Sądzę, że pod tym względem posiadaczki cery tłustej oraz mieszanej będą z niego bardzo zadowolone. Czy poradzi sobie z suchą? Sądzę, że w duecie z nawilżającym kremem powinno stanąć na wysokości zadania. 

Wydajność jest przyzwoita, ale wiadomo, że jest to kwestia indywidualna. Opakowanie zawiera 30 ml kosmetyku i wystarczyło mi na ponad miesiąc wieczornego smarowania. Używałam go codziennie, bez wyjątku, aplikując na całą twarz oraz szyję. Nie żałowałam sobie, więc uważam to za dobry wynik. Swój egzemplarz otrzymałam w ramach współpracy, ale widziałam też w Super-Pharm oraz innych aptekach, więc na pewno będę czyhać na okazję. Kosztuje około 40 zł.


Na koniec jeszcze małe porównanie do koncentratu nawilżającego Hydra Vegetal z Yves Rocher /klik/. Jeśli byliście z niego zadowoleni, to będziecie tak samo z serum Hydrain 3. Oba kosmetyki charakteryzują się lekką konsystencją, takim samym działaniem oraz przyjemnym zapachem. Regularna cena Yves Rocher jest dwa razy wyższa, więc Dermedic może być ciekawą alternatywą. Osobiście mam zamiar stosować je na przemian, zawsze kiedy moja cera będzie wymagać większej dawki nawilżenia. 

Co sądzicie, sprawdzi się u Was?
_________________________________________

26.03.2014

Jak czytać blogi? / FEEDLY, BLOGLOVIN



Robiłam dzisiaj porządki w subskrypcjach i natchnęło mnie na mały offtop. Pomyślałam, że dla niektórych może być pomocny. Na samym początku, kiedy założyłam swojego bloga, korzystałam z listy czytelniczej Bloggera. Do dzisiaj wspominam to jako największy koszmar. Często nie pojawiały się nowe wpisy, nowo dodane blogi znikały, a sama forma przeglądania była nieprzejrzysta. Poza tym nie można było dodać linku spoza blogspota. Odkąd przeniosłam się na własną domenę mam z nim duży problem. Większości blogów nie mogę dodać do obserwowanych i nie jestem w stanie  modyfikować zawartości, według własnych potrzeb. Ogólnie korzystanie z niego stało się bardzo uciążliwe.

Wtedy z pomocą przyszedł mi czytnik kanałów RSS Google. To było prawdziwe ułatwienie. Mogłam obserwować wszystko co chciałam, nawet strony internetowe. Umożliwiał dodawanie tagów, więc mogłam dowolnie grupować ulubione linki i wracać do nich ponownie. Czytanie za jego pomocą było bardzo wygodne. Niestety czytnik został zlikwidowany. Wszyscy na pewno o tym pamiętacie, bo przy okazji toczyła się dyskusja czy zniknie też gadżet Google Friends (btw możecie się tego spodziewać w najbliższym czasie).

Później zaczęłam używać Feedly, który działa bardzo podobnie. Szybko i sprawnie importuje obserwowane blogi z Bloggera. Można też ustawić automatyczną aktualizację, żeby sam dodawał te subskrybowane  przez Google Friends.
W tym czytniku przegląda się treść zawartą na blogach. Aby zamieścić komentarz muszę kliknąć tytuł posta, który mnie przekierowuje w oddzielnej karcie na bloga. Jest to trochę uciążliwe i zajmuje więcej czasu, ale też pozwala na szybkie przeglądanie wpisów i wybieranie tych najbardziej interesujących. Posiada też dogodne ustawienia odnośnie samej formy przeglądania (cała treść lub tylko fragment). Przy jego pomocy mogę udostępniać wpisy za pomocą mediów społecznościowych, dodawać tagi oraz katalogować np. moda, kulinaria, uroda. Dzięki temu szybko przechodzę do tych najbardziej interesujących. 
Dostępna jest też aplikacja Feedly, która działa na Androidzie, na przeglądarce Chrome (co prawda sporadycznie, bo co jakiś czas sama się wyłącza) oraz na iOS (Apple). Nie jest doskonała, bo często mam problem żeby za pomocą apki zostawić po sobie komentarz. Na dodatek kiedy jej używam wpisy nie trafiają do przeczytanych. To są małe niuanse, bo i tak rzadko z niej korzystam,  ale w oczywisty sposób przeszkadzają.

Ogólnie z Feedly jestem zadowolona, ale zaczęłam korzystać też z Bloglovin. Co mnie przekonało? Bloglovin jest dla mnie kolejną siecią społecznościową skupiającą czytelników oraz blogerów. Pozwala odkrywać nowe miejsca w internecie, a także obserwować upodobania samych autorów, dodawać posty do ulubionych lub katalogować je według własnych potrzeb.
Dostaję dodatkowo maila z informacją o nowych czytelnikach; o polecanych blogach, które mogą mnie zainteresować oraz wykaz postów z danego dnia. Ten ostatni pozwala na przeglądanie nowych wpisów za pomocą skrzynki pocztowej. Jest to pomocne, kiedy nie możemy skorzystać z aplikacji. Przy jego pomocy można też przeglądać strony bezpośrednio, a nie tak jak w przypadku Feedly przeglądać tylko ich zawartość udostępnioną przez czytnik. Ma to znaczenie przy podnoszeniu statystyk, czyli liczby wejść ;)
Bloglovin ma też swoje minusy, bo nie można np dodać linku zewnętrznego. Poza tym jeśli ktoś obserwuje tylko profil autora, widzi wyłącznie jego aktywność na innych stronach, nie widzi natomiast nowych wpisów.

Uważam, że oba są funkcjonalne i przejrzyste. Lubię z nich korzystać, chociaż nie są jeszcze idealne. A może znacie inny czytnik? Z czego korzystacie?
_________________________________________

25.03.2014

Zakupy / CLINIQUE




Wiadomość o nowo otwartym sklepie internetowym Clinique bardzo mnie ucieszyła. Od dłuższego czasu usiłowałam bezskutecznie kupić ich balsam do demakijażu Take the day off. Zużyłam właśnie Emmę Hardie, więc potrzeba była ogromna. Dlatego dwa razy się nie zastanawiałam i złożyłam zamówienie. Zniżek żadnych nie było, ale oferowali darmową wysyłkę kurierem.

Strona wywarła na mnie dobre wrażenie. Layout jest przejrzysty oraz intuicyjny, więc bez problemu można się w nim odnaleźć. Szukanie kosmetyków jest łatwe, a jeśli nastręcza większych problemów, zawsze można po prostu wpisać daną frazę w okienku "szukaj". Do każdego zakupu jako gratis wybiera się dwie miniaturki kosmetyków. Bardzo mi to odpowiada! Wybrałam krem po oczy All About Eyes oraz peeling do twarzy 7 day scrub. Otrzymałam jeszcze próbkę zapachu Calyx.

Formy płatności są dwie, czyli za pomocą karty lub przy odbiorze (dodatkowo 3 zł). Standardowo wysyłka kurierem kosztuje 10 zł, więc kwota nie jest wygórowana. Czas realizacji zamówienia trwa od 3 do 5 dni. Moje trwało tydzień. Złożyłam zamówienie w piątek, w poniedziałek dostałam informację, że zostało wysłane. Jednak numer trackingowy podany w mailu nie działał. Zadzwoniłam więc do nich w czwartek, aby dowiedzieć się jaka jest tego przyczyna. Osoba z którą rozmawiałam powiedziała, że zajmie się całą sprawą i do mnie oddzwoni. Telefonu się nie doczekałam, ale już następnego dnia otrzymałam przesyłkę. 
Okazało się, że nie wpisali mojego numeru mieszkania i wnioskuję, że z tego powodu nie mogłam sprawdzić jaki jest status paczki. Małe niedopatrzenie, ale bardzo istotne.

Pierwsze zakupy niestety nie poszły tak gładko, jakbym sobie tego życzyła. Z drugiej strony nie mam co narzekać, bo strona dopiero co wystartowała i pewnie trochę im zajmie za nim wszystko będzie chodziło jak w szwajcarskim zegarku. Tego im życzę :)
_________________________________________

23.03.2014

Podwójny agent /AA ECO Peeling do twarzy



Wspominałam już w innym poście, że zmieniłam trochę podejście do swojej pielęgnacji. Zrezygnowałam z niektórych kosmetyków dedykowanych cerom tłustym oraz mieszanym. Zbyt intensywne oczyszczanie okazało się w moim przypadku złym kierunkiem, dlatego sięgnęłam po peeling AA Eco firmy Oceanic. Przez producenta dedykowany jest dla cery suchej, wrażliwej oraz skłonnej do alergii. Zawiera składniki pochodzenia naturalnego, jak na przykład olej ze śliwki, wyciąg z pestek dyni, masło shea, a drobinki ścierające zrobione są z pestek wiśni. Nie zawiera natomiast olejków eterycznych, parabenów, pochodnych ropy naftowej, alkoholu, glikolu propylenowego, barwników i sztucznych substancji zapachowych. Całe opakowanie może zostać poddane recyklingowi. Podoba mi się takie podejście do sprawy, ale wiadomo że najważniejsze jest działanie.


Peeling ma neutralny zapach i postać lekkiego kremu z niewielką ilością mikroziarenek. Są dosyć ostre, ale przez to, że jest ich mało, przyjemnie masują twarz. Krem natomiast gładko sunie, zmywając zanieczyszczenia. Dosyć szybko wnika w skórę, dzięki czemu dodatkowo ją zmiękcza, regeneruje oraz koi podrażnienia. Początkowo sądziłam, że taka forma będzie zbyt bogata dla mojej cery, która jest skłonna do zanieczyszczeń. Po kilkukrotnym użyciu zorientowałam się, że nic złego się nie dzieje i zaczęłam stosować go regularnie. Sprawdza się doskonale! Ściera martwy naskórek odświeżając strefę T, a przy okazji pielęgnuję suche policzki. Najczęściej używam go rano, aby pozbyć się pozostałości kosmetyków nakładanych przed snem.
Opakowanie niestety jest trochę uciążliwe w obsłudze, ponieważ ma zakrętkę. Wolałabym wieczko, bo szybciej się otwiera, a jak wiadomo rano liczy się każda sekunda ;)


Trafiłam na produkt bardzo wszechstronny, który świetnie sprawdza się przy mojej mieszanej skórze. Sądzę, że każdy będzie z niego zadowolony. Można stosować go codziennie albo tylko kilka razy w tygodniu. Wszystko zależy od potrzeb skóry, bo to ona dyktuje warunki. Teraz wiem, że w mojej pielęgnacji musi być równowaga, między oczyszczaniem a nawilżaniem i właśnie ten kosmetyk mi to zapewnia. 
Z tej serii miałam jeszcze płyn micelarny, który zupełnie się nie sprawdził. Jeśli jesteście ciekawi dlaczego, zajrzyjcie do recenzji /klik/
_________________________________________

22.03.2014

Cienie w kremie / BENEFIT Creaseless Cream Shadow



Markę Benefit znam dosyć wybiórczo. Spróbowałam kilku produktów i nie zachwyciły mnie na tyle, żebym miała oszaleć na ich punkcie. Jakiś czas temu twittowałyśmy sobie z Karoliną z bloga My Vanity Case i tak od słowa do słowa zaproponowała, że wyśle mi miniaturki cieni w kremie. Miała na ich temat bardzo pochlebną opinię, więc zgodziłam się bez wahania.


Otrzymałam bardzo naturalne odcienie. Bikini-tini to jasny perłowy beż ze złotą poświatą. Natomiast No pressure jest neutralnym jasnym brązem. Oba mają lekko metaliczne wykończenie i są niesamowicie kremowe! Przez to podchodziłam do nich bardzo sceptycznie. Mam tłuste powieki i tego typu konsystencje nie utrzymują się u mnie zbyt długo. Na szczęście moje obawy się nie sprawdziły. Cienie okazały się lekkie, a dzięki temu można budować intensywność koloru. Od razu muszę zaznaczyć, że nie nosiłam ich solo. Zawsze utrwalałam dodatkowo cieniem w podobnym kolorze. Przy No Pressure świetnie sprawdza się MAC Satin Taupe, Inglot 402, Kiko 228 Taupe. Bikini-tini jest bardziej uniwersalny, ponieważ świetnie sprawdza się pod każdy kolor. Dzięki temu mój makijaż utrzymuje się przez cały dzień. Idealnie nie jest, bo przy intensywnej pracy zbierają się delikatnie w załamaniu, ale są to jednostkowe przypadki. Najważniejsze, że nie wymagają żadnych dodatkowych zabiegów, jak na przykład używania bazy pod cienie. Same doskonale spisują się w tej roli i za to polubiłam je najbardziej.


Zawsze aplikuję je przy pomocy pędzla. Używam typowego puchacza jak na przykład MAC 217, Zoeva 227 czy Hakuro H79. Dzięki temu uzyskuję bardzo naturalny efekt, bo cień równomiernie pokrywa powiekę oraz aplikuję minimalną ilość, co wpływa na  trwałość. Szybko zastygają, bez ściągnięcia czy efektu skorupki.
Mają lżejszą formułę od Maybelline Color Tattoo i są przyjemniejsze w aplikacji niż Rimmel Scandaleyes. Do tego duży wybór kolorów, więc na tych dwóch na pewno nie poprzestanę. Czyham teraz tylko na dobrą okazję, ponieważ sztuka kosztuje około 89 zł. Dużo, ale sądzę że warto mieć jeden lub dwa egzemplarze, które dają całkowitą satysfakcję z używania oraz jakości.


Stały się moimi ulubieńcami i cieszę się, że mogłam je przetestować. Warto czasami się przemóc i odpuścić uprzedzenia do kosmetyków w takiej formie. A Wy co o nich sądzicie?
_________________________________________

21.03.2014

Kryjący filtr mineralny/ SVR 50 ECRAN MINERAL TEINTE



Sądziłam, że krycie nie idzie w parze z wysoką ochroną przeciwsłoneczną, dopóki nie odkryłam kosmetyku SVR. Do tej pory zawsze stosowałam oddzielnie krem oraz fluid. Jednak z doświadczenia wiem, że im mniej kosmetyków używam, tym moja cera ma się lepiej. Dlatego połączenie tych dwóch cech w jednym produkcie miało dla mnie ogromne znaczenie. Tak wysokiej ochrony używam tylko przy stosowaniu kremów z kwasami. Z reguły wystarcza mi SPF 15-20, które ma większość podkładów.


Filtr SVR kupiłam w Super-Pharm podczas promocji zapłaciłam za niego 37zł, jego regularna cena oscyluje w granicach 53 zł (chociaż widziałam nawet kwotę 70 zł). Dedykowany jest dla skóry normalnej oraz mieszanej, nie tolerującej filtrów chemicznych. Nie jest perfumowany, ale przy aplikacji da się wyczuć chemiczną nutkę. Opakowanie to typowa miękka tubka. Bez problemu można z niej wydobyć kosmetyk. Problem może pojawić się pod koniec używania, ale osobiście się o tym nie przekonałam. Filtr jest ważny przez pół roku od otwarcia i nie udało mi się go zużyć w całości. Świadczy to o jego wydajności, ponieważ stosowałam go praktycznie codziennie. Z tym że aplikowałam go tylko rano jak typowy podkład, natomiast producent zaleca robić to co dwie godziny (czyli tak jak powinno się stosować filtry mineralne).


Dostępny jest tylko jeden odcień, który określiłabym jako jasny beż z różowymi tonami. Bardzo dobrze dopasował się do mojego kolorytu. Kupowałam go w ciemno, ale radzę wcześniej sprawdzić czy będzie odpowiedni. Stopień krycia jest bardzo wysoki. Zawdzięcza to gęstej, kremowej konsystencji. Zakrywał wszystkie moje przebarwienia oraz inne niedoskonałości. Radził sobie doskonale z pryszczami.
Pozostawiał na twarzy świecące wykończenie, jak po kremie nawilżającym, czyli całkiem naturalne. Po oprószeniu pudrem ten efekt znikał. SVR wymaga dodatkowego utrwalenia, ponieważ bardzo się ściera. Do tego celu używałam pudru bambusowego z Biochemii Urody lub MAC Prep+Prime, który jest na bazie skrobi kukurydzianej, więc oba nie destabilizują filtrów chemicznych.


Mimo tych małych niedogodności byłam z niego bardzo zadowolona. Nareszcie znalazłam kosmetyk, który spełnił większość moich oczekiwań, czyli chronił, nie zapychał, dobrze krył i miał odpowiedni odcień. Wcześniej stosowałam Photoderm AR marki Bioderma i to było zupełne przeciwieństwo oraz wielkie rozczarowanie. Dlatego moja radość jest duża, bo nareszcie mam sprawdzony filtr. Bez większego wahania do niego wrócę, chociaż kusi mnie jeszcze wypróbowanie matującego Vichy Capital Soleil.

Jak jest z Wami? Filtrujecie? Macie swojego faworyta?
_________________________________________

19.03.2014

Szczotka z naturalnym włosiem / DENMAN



Sprawa wydaje się być banalna, bo chcę dzisiaj napisać o szczotce. Jak wiadomo w tej kategorii nic nowego nie wymyślono. Oczywiście są elektryczne z bajerami (o jednej nawet już pisałam, czyli BaByliss /klik/), ale dzisiejszy post będzie dotyczył tej tradycyjnej. Na pierwszy rzut oka wydaje się zwykła, ale cały szkopuł tkwi w wykonaniu. Jak wiecie od dłuższego czasu jestem wierna szczotkom z naturalnym włosiem. Moją pierwszą była For Your Beauty z Rossmanna /klik/. Niestety dokończyła swojego żywota i zaczęłam rozglądać się za nową. Padło na firmę Denman, która dostępna jest w Bootsie (i zdobyta dzięki Hexxanie :*). 


W ofercie dostępnych jest wiele modeli. Ja wybrałam podobny do poprzedniego, czyli D81M z dodatkowymi nylonowymi wypustkami. Szczotka ma średnią wielkość i kosztowała około 50 zł. Przyznaję, nie była tania. Jednak kiedy zaczęłam jej używać, to jakbym się przesiadła z malucha na mercedesa. Ta z Rossmanna całkowicie spełniała się w swojej roli, ale była ciężka, drewniana, kiepsko leżała w dłoni... jednym słowem taki drewniak. Denman przy niej to idealnie dopasowany pantofelek. Całość jest lekka, o finezyjnym kształcie, nie ciąży w dłoni i dobrze się do niej dopasowuje. Rozczesywanie przy jej pomocy włosów to czysta przyjemność. Poza tym posiada wszystkie inne zalety naturalnej szczotki. Wyczesuje doskonale, usuwając kurz i inne zanieczyszczenia. Nie powoduje elektryzowania, nie ciągnie i nie podrażnia skóry głowy. Jest bardzo delikatna i nawet przy lekkim skołtunieniu radzi sobie bardzo dobrze. Włosy są dzięki niej błyszczące, miękkie i wygładzone. 


Po tym jak zaczęłam używać szczotki Denmana wszystkie inne poszły w odstawkę. Mam wrażenie, że to jest mój numer jeden i będę jej wierna po wsze czasy. Do tego dobrze się ją oczyszcza i nie niszczy tak szybko jak For Your Beauty. Nie jest dostępna w Polsce, jednak jeśli będziecie mieć okazję, pamiętajcie że polecam. Wasze włosy są tego warte :)
_________________________________________

18.03.2014

Ideał pod oczy / L'OREAL LUMI MAGIQUE Korektor rozświetlający


Ciężko mi uwierzyć, że jeszcze rok temu stroniłam od korektorów pod oczy. Uważałam je po prostu za zbędny kosmetyk. Nie odczuwałam potrzeby ich używania, ponieważ nie zmagam się z dużymi cieniami ani przebarwieniami. Na dodatek mam zmarszczki mimiczne, więc ciężko mi było znaleźć produkt który nie będzie się zbierał w załamaniach. Objawienie przyszło wraz z zakupem rozświetlającego korektora L'Oreal Lumi Magique.


Z trzech dostępnych wariantów wybrałam odcień #1 Light. Okazał się nie tylko najjaśniejszy, ale też podbity różowym pigmentem. Nie zawiera żadnych widocznych drobinek, tylko lekką mieniącą poświatę. Jego cudowne działanie opiera się głównie na kolorze. Można go także stosować na inne partie twarzy. Dzięki temu makijaż nabiera nowego wymiaru, a twarz wygląda naturalnie i promiennie. Opakowanie w kolorze rose gold prezentuje się elegancko. Napisy są trwałe, całość wykonana solidnie i tradycyjnie. Dozownik działa bez zarzutu, kręci się z charakterystycznym kliknięciem. Mogę się przyczepić jedynie do samego pędzelka, który jest wykonany z syntetycznego włosia. Podczas aplikacji na delikatnej skórze pod oczami odczuwam nieprzyjemne kłucie. Według mnie jest zbyt twardy, mimo że na dłoni wydaje się być bardzo delikatny. 
Konsystencja jest lekka, łatwo się rozprowadza oraz blenduje. Zazwyczaj rozcieram go przy pomocy pędzla, ale można też opuszkami palców. Bardzo ładnie stapia się z pokładem, nie odcinając od reszty makijażu. Utrzymuje się przez cały dzień, ale zawsze utrwalam go pudrem. Dodatkowo ma niezły poziom krycia, więc jego pigmentację zaliczam do tych lepszych. Przypuszczam, że bardzo dużych cieni nie zakryje, ale poradzi sobie ze średnim przebarwieniem.


Jestem oczarowana tym produktem. Cena może nie należy do najniższych, bo kosztuje około 40 zł, ale od czego są promocje. Sama upolowałam go podczas -40% w Rossmannie za 25 zł. Przy następnej takiej okazji zdecyduję się na niego ponownie. Pięknie odbija światło, prezentuje się bardzo naturalnie i odświeża spojrzenie. Szczerze polecam spróbować :) 
_________________________________________

17.03.2014

Zakupy // YVES ROCHER

Zakupy YVES ROCHER, krem pod oczy intensywnie regenerujący Riche Creme Yves Rocher, kawowy żel pod prysznic Jardins du Monde, peeling Morelowy Yves Rocher, Odżywka do włosów suchych z wyciągiem z owsa, żel pod prysznic z olejkiem arganowym Bio,roll-on pod oczy Elixir 7.9, Woda Toaletowa Purple Lilac, Olejek odbudowujący do włosów Yves Rocher, kawowy żel pod prysznic Jardins du Monde

Uwielbiam oferty Yves Rocher, szczególnie te -50%. W zeszłym tygodniu skorzystałam z kodu, który obniżał cenę wszystkich kosmetyków, także tych z zielonym punktem (rzadko to się zdarza). Promocje się sumowały, więc żal było nie skorzystać. Szczególnie że ostatnie zakupy poczyniłam u nich w czerwcu zeszłego roku. Całym sprawcą zamówienia był krem pod oczy intensywnie regenerujący Riche Creme /recenzja/. Nasłuchałam się o nim wiele dobrego i musiałam w końcu spróbować. Jego regularna cena to prawie 90 zł, dlatego nie zwlekałam kiedy mogłam go dorwać za 1/3 kwoty. 


Oprócz tego wybrałam kawowy żel pod prysznic Jardins du Monde /recenzja/, który ubóstwiam za niesamowity zapach. Olejek odbudowujący do włosów wisiał już na mojej liście od dłuższego czasu. Obecnie mam go na włosach i spodobał mi się jego przyjemny zapach. Mam nadzieję, że utrzyma się dłużej. U mnie wszystko ostatnio kręci się wokół kokosa, więc zamówiłam też miniaturkę wody toaletowej

Poza tym na stronie widniała ciekawa oferta, czyli 3 kosmetyki z torbą na zakupy za 23zł. Po rabacie zapłaciłam niecałe 12zł, więc opłacało się jeszcze bardziej. Wybór był bardzo duży, ale zdecydowałam się na kosmetyki, które poniekąd znam. Peeling morelowy /recenzja/ to mój stały ulubieniec z ich oferty. Odżywka do włosów suchych z wyciągiem z owsa /recenzja/ oraz żel pod prysznic z olejkiem arganowym Bio /recenzja/, to dla mnie nowości. Jednak miałam inne kosmetyki z tych serii i byłam zadowolona. Mam nadzieję, że w tym przypadku będzie podobnie.


Na koniec gratisy. Yves Rocher zawsze pod tym względem rozpieszcza. Tym razem wybór był bardzo duży. Dostępne były na przykład trzy rodzaje kremów pod oczy. Zdecydowałam się na najdroższy, który też najbardziej mnie zainteresował, czyli roll-on pod oczy Elixir 7.9. Jego regularna cena to 73 zł. Poza tym przy większych zakupach można było wybrać wodę toaletową Purple Lilac. Wersja o zapachu bzu wydała mi się idealna na zbliżający się wiosenny okres.

Jak widzicie otrzymałam dwie, mimo że przysługiwała mi tylko jedna. Otóż tym razem w Yves Rocher mieli duże problemy z zamówieniami. Z tego co słyszałam, większość w ogóle nie otrzymałam gratisowych upominków. Do mnie napisali maila z pytaniem jakie produkty wybrałam, mimo że wszystko było na potwierdzeniu zamówienia, które od nich otrzymałam. Podobnie było z kosmetykami "3 za 23". Musiałam podać jeszcze raz na co konkretnie się zdecydowałam. Napisałam też do nich wiadomość, że wysłali mi jedną wodę więcej. Odpowiedzieli mi, że wszystko się zgadza, bo tak było przyjęte zamówienie. Ok, dwa razy nie będę pytać ;)

Pierwszy raz mi się coś takiego przytrafiło przy zakupach online. Dobrze, że stanęli na wysokości zadania i wszystko udało się załatwić drogą elektroniczną. Przesyłka dotarła stosunkowo szybko, bo po kilku dniach była już u mnie. Kiedy policzyłam całość bez jakiegokolwiek rabatu wartość paczki oszacowałam na ponad 400 zł. Za wszytko zapłaciłam niecałe 70, więc mogę tylko rzec: takie promocje to ja lubię! 

Jestem ciekawa co zamówiliście dla siebie? Co sądzicie o tej firmie? Robicie zakupy wysyłkowo, stacjonarnie czy online? 
_________________________________________

15.03.2014

Najczęściej używane vol 1 // PHARMACERIS . MAC . BELL . LA ROCHE POSAY . OILLAN

Najczęściej używane kosmetyki, La Roche Posay Effaclar DUO, Oillan Hydro-aktywny żel pod oczy, Pharmaceris Delikatny fluid intensywnie kryjący,Bell korektor Perfect Cover, MAC Puder utrwalający makijaż Prep+Prime

Wczoraj wrzuciłam na Instragram zdjęcie z najczęściej używanymi kosmetykami. Doszłam do wniosku, że to może być ciekawa seria postów. Z reguły piszę pojedyncze recenzje, ale takie zestawienia dają większe wyobrażenie o tym co polecam, a co uważam za przeciętne. Nie chcę się też na ich temat rozwodzić, tylko po prostu opisać główne cechy produktu. Mam nadzieję, że ta propozycja Wam się spodoba :) 

Wróciłam do niego jesienią, kiedy miałam największy problem z cerą. Notorycznie pojawiające się wypryski, zanieczyszczona i wysuszona skóra to były moje największe bolączki. DUO pozwoliło mi się z tym wszystkim uporać i dojść do równowagi. Nie jest jeszcze idealnie, ale zmieniłam całkowicie swoją pielęgnację i czekam dopiero na rezultaty.  Stosuję go na wszelkie możliwe sposoby. Najczęściej na noc, ale też rewelacyjnie sprawdza się pod makijaż oraz nakładany punktowo na wypryski. Jeszcze żaden krem nie radził sobie tak dobrze, a przy tym nie podrażniał mojej skóry. Z tego powodu wracam do niego regularnie, a w planach mam spróbowanie i porównanie wersji DUO+.

Bardzo dobrze sprawdza się używany pod makijaż. Jako podstawa pielęgnacji skóry wokół oczu nie radzi sobie z odpowiednim nawilżeniem. Jednak stosowany pod korektor zabezpiecza ten delikatny obszar i nie powoduje nadmiernego ściągnięcia. Dzięki żelowej formule szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiej warstwy. Makijaż dobrze się na nim trzyma, nie ściera i nie roluje. 

Lubię go za higieniczne opakowanie, lekką i bardzo kryjącą konsystencję, całkiem wysoki filtr (SPF20) oraz niekomadogenność. Rzadko trafia się podkład, który tak dobrze kryje, a przy tym nie powoduje pogorszenia stanu cery. Nie każdemu może odpowiadać ze względu na wykończenie, ponieważ wymaga zmatowienia oraz utrwalenia. Poza tym najlepiej prezentuje się po aplikacji jajkiem Beauty Blender lub Real Techniques. Dzięki temu osiągam efekt jak z photoshopa, więc wracam do niego zawsze, kiedy mam coś więcej do ukrycia. 

Bell - korektor Perfect Cover
Od razu napiszę, że nie jest ideałem, ale staram się go zużyć. Stosuję na pojedyncze przebarwienia i w tym celu sprawdza się najlepiej. Trochę ciemnieje i nie trzyma się bez dodatkowego oprószenia pudrem. Kupiłam go za grosze w Biedronce, więc nie miałam zbyt dużych oczekiwań. Ogólnie jestem zadowolona co do koloru i krycia, ale powrotu na pewno nie będzie. 

Bardzo się z nim polubiłam, bo świetnie wywiązuje się ze swojej roli. Przedłuża trwałość makijażu i matuje strefę T. Pozostawia naturalne wykończenie (czego nie mogłam napisać o Vichy Dermablend),  bez podkreślenia porów czy innych niedoskonałości. Obecnie to mój ulubiony kosmetyk do wykańczania makijażu. Doskonale spisuje się przy podkładach, które lubią się ścierać. Nie zawiera talku, jego bazą jest skrobia kukurydziana, co dla mojej cery jest ogromną zaletą. 

Używaliście któregoś z tych kosmetyków?
_________________________________________

13.03.2014

Organizer akrylowy z Biedronki



Biedronka kolejny raz zaskoczyła mnie swoim asortymentem. Dzisiaj pojawiły się akrylowe organizery na kosmetyki. Dostępnych jest pięć rodzajów /klik/ i każdy kosztuje jedyne 10 zł. Cena jest bardzo konkurencyjna, bo sama do tej pory płaciłam o wiele więcej w Jysku, Muji czy w GlamShopie. Dla siebie wybrałam taki z największą ilością przegródek. Chciałam mieć miejsce na moje ulubione pomadki oraz kilka dodatkowych kosmetyków, po które codziennie sięgam. Wszystko ładnie się prezentuje oraz jest funkcjonalne. Znalezienie konkretnego produktu będzie znacznie łatwiejsze i szybsze. Dodatkowo pasuje do każdego miejsca, bo jest przezroczysty. Może stać w sypialni, łazience czy nawet na biurku.
Mimo tego że tani, jest solidnie wykonany. Jego jakość niczym nie odbiega od moich pozostałych organizerów. 


Skusicie się? A może już udało Wam się kupić? Na który model się zdecydowaliście? 
_________________________________________

12.03.2014

Ratunek dla rąk / LIRENE krem dla zniszczonych dłoni



W ubiegły weekend była piękna pogoda, więc postanowiłam wziąć się za większe sprzątanie. Tak mnie pochłonęło, że zapomniałam założyć rękawiczek. Nie używałam silnych detergentów, ale ciągły kontakt z wodą spowodował znaczne przesuszenie dłoni. Przyprawiło mnie to o duży dyskomfort, więc sięgnęłam po krem do zniszczonych dłoni "Ratunek" z serii Lirene Dermoprogram.


Tubka jest mała, bo zawiera raptem 50 ml, ale uwierzcie mi że więcej nie potrzeba. Ma typową kremową konsystencję, która gładko rozsmarowuje się na skórze. Nie maże się i wchłania dosyć szybko. Pozostawia ochronną warstewkę, która sama wsiąka po dłuższym czasie. Wnioskuję, że powstaje przez dużą zawartość masła shea, które znajduje się na drugim miejscu w składzie oraz parafiny. Najważniejsze że nie jest tłusta i lepka, bo odczuwałabym większy dyskomfort. Działanie jest natychmiastowe. Skóra w mgnieniu oka staje się nawilżona i elastyczna, a wszelkie uczucie ściągnięcia znika. Aby jeszcze bardziej ją zregenerować stosowałam "Ratunek" na noc w większej ilości. Dzięki temu zabiegowi nie potrzebowałam używać już żadnego kremu w ciągu dnia. Tutaj muszę zaznaczyć, że oprócz takich sytuacji nie mam większego problemu ze skórą rąk i zwykły krem użyty raz dziennie całkowicie pomaga mi utrzymać je w dobrej kondycji. Nie wiem jak krem Lirene spisałby się na bardziej wymagających dłoniach, ale sądzę że warto spróbować. Szczególnie, że nie jest bardzo drogi, bo kosztuje około 8 zł. Aplikację uprzyjemnia jeszcze jego zapach, który przypomina mi typowe kremy.

Was też uratował?
_________________________________________

11.03.2014

MAC Satin Taupe vs INGLOT #402



Przy okazji prezentacji mojej ulubionej dziesiątki cieni Inglota, wspomniałam, że jeden cień jest bardzo podobny do Satin Taupe z MACa. Mowa oczywiście o numerze 402. Na pierwszy rzut oka widać ogromną różnicę. Podobieństwo pojawia się dopiero przy swatchowaniu. 


Inglot 402 Pearl ma perłowe wykończenie, ale tylko z nazwy. Według mnie seria niektórych cieni tej firmy jest bardziej metaliczna, a ten zdecydowanie się do nich zalicza. Kolor jest intensywny, bardzo nasycony, a dodatkowo pięknie błyszczy. Ogólnie określiłabym go jako brąz z domieszką szarości, ale ze złotą poświatą. Jakość jest bardzo dobra, konsystencja lekko wilgotna, bez problemu nabiera się na pędzel i rozciera nie gubiąc koloru. Obecnie mój wkład wygląda trochę inaczej, bo niefortunnie wypadł mi z paletki i uległ uszkodzeniu. Musiałam go reanimować przy pomocy alkoholu, więc sprawia wrażenie bardzo zbitego. Jak wyglądał w oryginale możecie zobaczyć w poście o paletce Inglota /klik/


MAC Satin Taupe ma wykończenie Frost, które jest w sumie odpowiednikiem Pearl z Inglota. Tak samo intensywne z mocnym błyszczeniem, bez dodatku brokatu. Sam kolor to chłodny brąz z lekko bordowym odcieniem, ale w opakowaniu to typowy taupe, czyli brąz z domieszką szarości i fioletu. Generalnie jest ciężki do zdefiniowania, ponieważ w zależności od tonacji skóry będzie przybierał inny odcień. Właśnie z tego powodu jest taki wyjątkowy. Konsystencję ma bardzo zbitą, jednak łatwo się aplikuje i blenduje, nie tracąc koloru. 


Po roztarciu oba kolory niewiele się różnią, wyglądają niemal identycznie. Odmienność widać przy maksymalnym nasyceniu koloru, ale to też zależy od tonacji skóry. Satin Taupe chciałam od zawsze i udało mi się go wygrać w rozdaniu. Inglota natomiast miałam już wcześniej i gdybym wiedziała od tym podobieństwie, świadomie nie kupiłabym kolejnego, który różni się tylko nieznacznie. Uwielbiam cienie, ale nie jestem jeszcze na tym etapie, żeby posiadać wszystkie kolory z jednej gamy.
Oba cienie są świetne jakościowo i zasługują na uwagę, więc od Was zależy który wybierzecie :)
_________________________________________

10.03.2014

Kojący płyn micelarny Melisa / URODA



Lubię sięgać po polskie kosmetyki. Często można wśród nich trafić na fajny produkt za niewielkie pieniądze. Jednym z nich jest płyn micelarny Melisa, który kosztuje około 7 zł za 200 ml. Cenę ma naprawdę przyzwoitą i dodatkowo wywiązuje się z obietnic producenta. 

Płyn zawiera specjalnie dobrane składniki aktywne: - wyciąg z melisy regeneruje, łagodzi, uspokaja i odświeża. Przynosi ulgę zmęczonej skórze. Chroni ją przed działaniem wolnych rodników i promieni słonecznych, - wyciąg z zielonej herbaty spowalnia efekt starzenia się skóry, pobudza jej mikro - krążenie, uelastycznia. Działa przeciw utleniająco, łagodząco, tonizująco. Chroni przed wolnymi rodnikami, - prowitamina B5 działa leczniczo i łagodząco na podrażnioną skórę, wygładza i poprawia jej koloryt.

Nie mogę się odnieść do wygładzania czy poprawiania kolorytu skóry, jednak bardzo dobrze ją pielęgnuje. Cera staje się miękka, odżywiona i dobrze oczyszczona, nie pojawiło się ani pieczenie, ani zaczerwienienie. Dobrze zmywał makijaż z twarzy, usuwając nawet bardziej kryjące podkłady. Oczywiście musiałam zużyć więcej wacików, ale bez problemu rozpuszczał całą warstwę. Po wszystkich zabiegach pielęgnacyjnych dobrze sprawdził się także jako tonik. Skóra po nim nie była przesuszona i ściągnięta, wręcz odwrotnie - dobrze nawilżona. Nie pozostawia lepkiej warstwy i nie pieni się na twarzy (mimo że w opakowaniu widać lekką piankę). Pozostawia po sobie bardzo komfortowe uczucie i przyjemny, orzeźwiający ziołowy zapach.


Posiada proste w obsłudze opakowanie. Otwiera i zamyka się bez problemu, nic samoczynnie nie wycieka. Łatwo dozuje się potrzebną ilość, więc nie wylewa się w nadmiarze. Ogólnie jestem z niego bardzo zadowolona. Jedyne do czego mogę się przyczepić, to że nie jest przeznaczony do demakijażu oczu. Jak wiecie właśnie za tę wielofunkcyjność lubię płyny micelarne, a w przypadku Melisy czuję mały niedosyt. Gdyby producent pomyślał też o tym aspekcie pielęgnacji, byłabym całkowicie usatysfakcjonowana.

Używaliście kosmetyków tej firmy? Macie swojego ulubieńca?
_________________________________________

09.03.2014

EMPTY / John Frieda . Himalaya . SVR . La Roche Posay



Puste opakowania chyba najbardziej satysfakcjonują, kiedy są po kosmetykach kolorowych. Pierwszy raz od dawna udało mi się wykończyć pomadkę. Masełko do ust Revlon w kolorze Berry Smoothie /recenzja/ bardzo polubiłam za przyjemną konsystencję, piękny kolor oraz dobrą pielęgnację. Miałam w planach kupienie kolejnego egzemplarza, ale jest tyle nowości, że zmieniłam zdanie. Będę ją miło wspominać, tak samo jak kremowy róż Maybelline No 5 Mauve /recenzja/. Nadawał ładnego odcienia policzkom i długo się utrzymywał. Łatwo się nakładał przy pomocy palców lub pędzla. Odżywka do rzęs Bell Hypoallergenic nie była jakaś wyjątkowa, ale nie podrażniała i utrzymywała rzęsy w dobrej kondycji. 


Multiwitaminowe serum pod oczy z Alverde /recenzja/ okazało się lekką emulsją. Nawilżało bardzo delikatnie, więc nie sprawdziło się jako podstawa pielęgnacji. Ostatecznie używałam na dzień, pod korektor. Powrotu na pewno nie będzie. Mineralny filtr tonujący SVR był dużym sprzymierzeńcem kiedy używałam kwasów. Ma swoje wady, ale bardzo go polubiłam za dobry odcień oraz niezłe krycie. Więcej napiszę w szerszej recenzji. Krem Effaclar DUO z La Roche Posay to już stały element mojej pielęgnacji twarzy. Jeszcze mam jedną tubkę w starej wersji, ale następny na pewno będzie nowy, czyli DUO+. Płyn micelarny Garnier /recenzja/ również pojawi się u mnie jeszcze nie raz, bo świetnie usuwa makijaż i całkiem nieźle pielęgnuje skórę. Do tego duża pojemność oraz przystępna cena całkowicie przekonują mnie do regularnego używania.


Lancome Aroma Juice to perfumowany balsam do ciała. Pachniał przyjemnie i owocowo, przez co miło się go używało. Zapach długo utrzymywał się na skórze, ale w kwestii nawilżania nie radził sobie zbyt dobrze. Za to krem do rąk Isana /recenzja/ okazał się małym odkryciem, z resztą jak wszystkie kosmetyki z tej serii. Bardzo dobrze odżywiał i regenerował skórę. Nie mogę tego natomiast napisać o kremie do rąk Himalaya. Niezbyt przyjemnie pachniał i kiepsko sobie radził, dlatego ostatecznie używałam go do stóp.


suchym szamponie John Frieda /recenzja/ mam pozytywne zdanie. Dobrze odświeżał oraz dodawał fryzurze objętości, ale jego regularna cena zniechęca mnie do ponownego zakupu. Odżywka do włosów Himalaya /recenzja/ okazała się rewelacyjna. Spełniła wszystkie obietnice, tylko szybko się skończyła. Przy większych zakupach na pewno trafi do koszyka, ale dla niej samej nie będę składać zamówienia. Szampon Isana do włosów brązowych /recenzja/ irytował mnie przez cały czas swoim zamknięciem. Działanie też nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Niska cena, ale adekwatna do jakości.


Najbardziej zaskoczyła mnie odżywka L'Biotici z olejkami. Miałam kilka innych kosmetyków do włosów tej firmy i nie byłam z nich zadowolona. Dlatego zdecydowałam się na zakup saszetki i teraz wiem, że kupię pełnowymiarowe opakowanie. Taki sami plan miałam z maseczką algową The Body Shop, ponieważ świetnie oczyszczała i bardzo ją polubiłam. Ostatecznie wybrałam wersję z olejkiem z drzewa herbacianego, bo była za pół ceny.
A teraz wszystko leci do kosza. Miłe uczucie :)
_________________________________________

08.03.2014

Grzebyk do rzęs / MAC vs INGLOT



Grzebyk do rzęs może wydać się na pierwszy rzut oka narzędziem tortur. Tak jak zalotka dla niewtajemniczonych. Niby prozaiczny przyrząd, ale dla mnie jest niezbędny przy codziennym makijażu. Niezawodny i sprawdza się za każdym razem, kiedy trafiam na tusz z kiepską szczoteczką. Za jednym pociągnięciem rozdziela rzęsy, wyczesuje wszystkie grudki oraz usuwa nadmiar tuszu. Przy jego pomocy uzyskuję bardzo naturalny efekt, taki jaki najbardziej lubię. 


Inglot oferuje swój egzemplarz za niecałe 15 zł, ale przy większych zakupach można go kupić za 8 zł. To jest mój drugi egzemplarz. Pierwszy o którym pisałam w poście /Szczerbata/, pękł i zaczął gubić ząbki. Mam wrażenie, że wtedy mieli jakąś felerną serię, ponieważ wiele osób się na nie skarżyło. Zaraz po tym incydencie kupiłam następny, który służy mi już trzy lata. Jego wytrzymałość jest naprawdę zadowalająca, zważywszy że używam go codziennie. Spełnia się całkowicie w swojej roli. Ząbki w przekroju są cienkie, okrągłe i spiczaste, więc bardzo dobrze separują każdy włosek. Dodatkowo są rozmieszczone blisko siebie, co pozwala na dokładne rozczesanie rzęs. 


MAC Duo Las Comb/ Brow Brush jest dwu funkcyjny, ponieważ na jednym końcu ma grzebyk, na drugim szczoteczkę do brwi. Kosztuje 35 zł. Porównując go do Inglota jest kiepski, żeby nie powiedzieć bardziej dosadnie - beznadziejny. Grzebyk ma szerokie i płaskie piny, dlatego ciężko mu dostać się między włoski. Według mnie bardziej przyczynia się do zlepiania rzęs w kępki, niż dobrego rozczesania. Szczoteczka natomiast jest w porządku. Tradycyjna, więc nie zaskakuje niczym nowym i nie powoduje większego zachwytu. Produkt jakich wiele.


Jak widzicie droższe nie zawsze oznacza lepsze. Nie spodziewałam się tego po MACu, ale z drugiej strony cieszę się, że tańsza alternatywa okazała się lepsza. Niby mały niepozorny grzebyk Inglota, a jednak wielka rzecz. Tylko trzeba obchodzić się z nim ostrożnie, bo można zrobić sobie krzywdę. Na szczęście mi się to jeszcze nie przytrafiło, ponieważ przymykam oko, kiedy rozczesuję rzęsy. 
Używacie grzebyków czy wystarcza Wam sama szczoteczka od tuszu?
__________________________________________

.

JAKO AUTORKA BLOGA NIE WYRAŻAM ZGODY NA KOPIOWANIE, POWIELANIE LUB JAKIEKOLWIEK INNE WYKORZYSTYWANIE W CAŁOŚCI LUB WE FRAGMENTACH TEKSTÓW I ZDJĘĆ Z SERWISU INTERNETOWEGO www.iwetto.com BEZ MOJEJ WIEDZY I ZGODY (PODSTAWA PRAWNA: DZ. U. 94 NR 24 POZ. 83, SPROST.: DZ. U. 94 NR 43 POZ. 170).