30.04.2014

Ulubieńcy kwietnia / L'OREAL, NUXE, ORGANIQUE, REVLON, YVES ROCHER


Ostatni dzień miesiąca to dobry pretekst na kosmetyczne podsumowanie. Jak zwykle wybrałam pięć kosmetyków, które szczerze mnie zachwyciły. Chyba zacznę od mydła Savon Noir marki Organique. Odkąd przyniosłam je do domu używam nagminnie, rano i wieczorem. Wydajność jest niesamowita i cieszę się, że mam rok na jego zużycie. Wszystko w  tym kosmetyku jest dla mnie nowatorskie, począwszy od składu, konsystencji, zapachu i sposobie aplikacji. Oczyszcza tak samo dobrze co mój ulubiony żel Vichy Normaderm, ale nie przesusza. Wróżę nam świetlaną przyszłość i coś czuję, że trafi do złotej piątki na koniec roku.


Tusz L'Oreal VML So Couture  nie będzie  zaskoczeniem dla tych, którzy czytali wcześniejszą recenzję. Stał się godnym następcą wcześniejszego faworyta, prawdopodobnie wycofanego. Ma małą, zgrabną szczoteczkę, pachnie czekoladą i świetnie podkreśla rzęsy. Dzięki niemu wyglądają naturalnie, są wydłużone i lekko pogrubione. Na dodatek jest trwały, bo nie kruszy się ani nie spływa przy łzawiących oczach. Ogólnie wielki zachwyt i ulga, że znalazłam świetny zamiennik. 

Widok kawowego żelu pod prysznic Yves Rocher pewnie Was zdziwił? No bo przecież ciągle piszę o kokosie, a tu nagle kawa. Ten zapach jest tak idealny, że nie mogę używać go codziennie. Nie dlatego, że mnie męczy, tylko chcę dozować sobie tę przyjemność. Poza tym dobrze myje, a pianka jaką tworzy jest sztywna i nie spływa tak szybko. Wracam do niego regularnie i cieszę się, że przy ostatnich zakupach udało mi się kupić go za cztery złote dzięki zniżkom. Teraz żałuję, że nie kupiłam więcej ;) 

Rzadko w ulubieńcach pokazuję lakiery do paznokci, ale Revlon Parfumerie w odcieniu African Tea Rose zasłużył na chwilę chwały. Głównie dlatego, że do tej pory nie miałam innego z tej firmy, a ten szczerze mnie zachwycił. Nie tylko pięknym fuksjowym kolorem, ale też dobrą jakością. Nie mogę zapomnieć o przyjemnym różanym zapachu, który unosi się podczas malowania. 

Na koniec miodek Reve de Miel z Nuxe, czyli balsam do ust. W tym przypadku nie spodobała mi się forma, czyli słoiczek. Jednak zawartość okazała się rewelacyjna, więc przymknęłam na to oko. Wspaniale koi, nawilża oraz regeneruje. Nie ma smaku, a to cenię sobie najbardziej. Nie mogę zasnąć dopóki nie nałożę go na usta ;)
_________________________________________

29.04.2014

Kokosowy olejek / ALVERDE Pflegeol

ALVERDE Pflegeol

Tak, tak! Dobrze widzicie! Przedstawiam Wam kolejny kosmetyk o zapachu kokosa. Wybaczcie, że tak przynudzam, ale ta woń totalnie mnie zniewoliła. Nie tak dawno pisałam o maśle The Body Shop, którego używałam przed snem. Jeśli znacie ten zapach, to olejek z Alverde jest jego delikatniejszym odpowiednikiem. Bardzo mi odpowiada, więc cieszę się że znalazłam tańszą alternatywę. 

Olejek kupiłam w czeskiej drogerii DM,  podczas zeszłorocznego urlopu. Nie ważne, że zbliża się już nowy, a ja dopiero teraz po niego sięgnęłam ;) Jak widać zaczęłam na poważnie zużywanie zapasów. Nie pamiętam ile dokładnie za niego zapłaciłam, ale przypuszczam że kwota oscylowała w granicach 15 zł. Według mnie całkiem przystępna. W zamian otrzymuję 100 ml naturalnego składu, bez oleju mineralnego, konserwantów czy silikonów, które tylko oblepiają skórę. Główną bazą kosmetyku jest olej z nasion słonecznika, sojowy i z nasion winogron. Poza tym zawiera ekstrakt z kokosa, oliwę z oliwek, olej migdałowy oraz witaminę E. Nic ponad to, więc same dobroczynne składniki.

Używałam go tylko do ciała, więc podczas kąpieli bardzo pomocna okazała się pompka. Nie zacina się. Ułatwia zadanie, bo trzymanie tłustymi rękoma szklanej buteleczki i przechylanie może źle się skończyć. A tak stawiam na półce, naciskam dozownik i olejek sam ląduje na podstawionej dłoni. Oczywiście konsystencję ma typową, więc bardzo z niej spływa. Rozcieram go w dłoniach i aplikuję na skórę. Wtedy najbardziej czuć przyjemny aromat kokosa, bez żadnej chemicznej nuty. Niestety długo się nie utrzymuje, ale ma to też swoje zalety, bo nie kłóci się z później używanymi perfumami.

Nie jest tak bardzo tłusty i treściwy jak np Babydream fur mama. Gładko rozprowadza się na wilgotnej skórze, a po osuszeniu ręcznikiem pozostawia minimalną warstewkę. Nie jest ona w żaden sposób uciążliwa i dosyć szybko się wchłania. Po prysznicu zawsze wykonuję makijaż i zanim się ubiorę, olejku już nie ma na skórze. Za to jest odpowiednio nawilżona, elastyczna  i miękka w dotyku. Rano to mój najszybszy, a także najlepszy sposób pielęgnacji. Masło czy balsam już nie są potrzebne. Wydajność jest średnia, ale nie mam mu tego za złe. W kolejce czeka już wersja różana ;)

 - Produkt wegański, nietestowany na zwierzętach.

28.04.2014

Miodek na usta / NUXE Reve de Miel


Do tej pory sądziłam, że Carmexy w codziennej pielęgnacji ust całkowicie mi wystarczają. Balsam Reve de Miel marki Nuxe zmienił moje zdanie. Początkowo podchodziłam do niego sceptycznie ze względu na formę, czyli zakręcany słoiczek. Ogólnie jest całkiem funkcjonalny i elegancki, bo wykonany z matowego szkła. Jednak w ciągu dnia przyjemniejsze są sztyfty albo tubki, więc Nuxe używam tylko w domu. Także ze względów higienicznych.

Lubię nakładać grubszą warstwę przed snem. Konsystencję ma dosyć tępą i grudkową, ale dobrze się nabiera i rozprowadza. W pewnym sensie odrywa się pod wpływem ciepła palca. Obawiałam się miodowego zapachu, za którym nie przepadam, ale cytrusowa woń skutecznie go równoważy. Nie uprzykrza mi aplikacji i jakoś szybko się do niego przyzwyczaiłam. W końcu jestem fanką Carmexów, a one pachną intensywnie. Jeśli rozprowadzam go w minimalnej ilości, to szybko się wchłania i pozostawia matowe usta. Nie klei się tak jak inne wazelinowe czy bardziej oleiste balsamy, dlatego świetnie sprawdza się jako baza pod pomadkę. Brak smaku to jedna z moich ulubionych cech tego kosmetyku. Ostatnio bardzo rozczarowałam się Organique, który jest słodkawy i chemiczny, przez co rzadko po niego sięgam. Na samą myśl się wzdrygam ;) Z tego powodu wolę całkowicie neutralne balsamy.


Całkowicie spełnia obietnice producenta. Wykonany jest na bazie miodu i nie zawiera parafiny, wazeliny, konserwantów czy sztucznych zapachów. Jest niekomadogenny, więc docenią go wszystkie osoby, które mają problem z zaskórnikami wokół ust (tak, jestem w tym gronie). Efekt jaki pozostawia jest zupełnie inny od dotychczas używanych przeze mnie balsamów. Działa szybko, ale skutecznie. Regeneruje usta, nawet te bardziej spierzchnięte. Nawilża i koi długotrwale. Jego formuła jest bardzo odżywcza, dzięki woskowi pszczelemu, masłu shea, miodowi akacjowemu, witaminie E i różnym olejkom roślinnym (migdałowy, sojowy, oraz różany). Ma dobroczynne działanie i w sumie nie spotkałam się jeszcze z negatywną opinią na jego temat. Sprawdzi się nawet przy bardziej wymagających ustach niż moje.

Standardowo zniechęcić może cena, bo 15 gramowy słoiczek kosztuje około 40 zł. Z tego co wiem najtaniej można go trafić w aptekach internetowych i warto dać mu szansę. W końcu nie bez powodu dorobił się tylu pochlebstw, a ja przekonałam się że nie są bezpodstawne.
_________________________________________

26.04.2014

Jak kupować mniej i zużywać to, co się już kupiło? / ORGANIZACJA



Dzisiaj mały offtop. Całość będzie tyczyć się świadomego zużywania/kupowania, ponieważ w pewnym momencie mojego blogowania, ilość kosmetyków zaczęła się wymykać spod kontroli. Promocje kusiły, nowości jeszcze bardziej, a nic nie ubywało. To moja słabość i zdaję sobie z tego doskonale sprawę. Z tego powodu postanowiłam nad tym zapanować i tak naprawdę wszystkie te zasady można wdrożyć w każdej dziedzinie, nie tylko kosmetycznej. 

Zaczęło się od wdrożenia zasady: otwieram nowe, kiedy zużyję stare. Dotyczy to głównie kosmetyków do pielęgnacji ciała. Balsamy, masła czy żele pod prysznic zużywam regularnie, po kolei. Tak samo przy pielęgnacji twarzy, ale z małymi wyjątkami. Wiadomo, że jeśli nowy podkład się u mnie nie sprawdził, to nie będę się z nim męczyć na co dzień. Dlatego wolę go oddać lub sprzedać. To też prowadzi nas do następnego punktu, czyli świadome zakupy. Z tym czasami jest ciężko, jednak tworzenie listy z  upragnionymi kosmetykami jest bardzo pomocne. Pozwala skupić się na własnych potrzebach i daje satysfakcję kiedy dochodzi do ich realizacji.
Ponadto kiedy już zaczynam używać jakiegoś kosmetyku zapisuję na nim datę otwarcia. Ciężko samemu pamiętać ile dany produkt będzie jeszcze ważny. Taki sposób pozwala na zużywanie w wyznaczonym przez producenta terminie. Bardzo pomocne okazało się dla mnie robienie "denka", czyli podsumowanie ilości zużytych opakowań. Dzięki temu mam porównanie ile w danym miesiącu kosmetyków mi przybyło, a ile ubyło. Pozwala też na wdrożenie zasady jeden za jeden, czyli jeden zużyty, to jeden kupiony. Pomocne okazało się trzymanie zapasów w tym samym miejscu. Tylko trzeba zwrócić uwagę na to jaką wytrzymałość ma półka lub szuflada ;) Niestety piszę to z własnego doświadczenia. I na koniec ostatni bardzo pomocny punkt, to spisać wszystko włącznie z datą ważności. Skatalogować i po prostu zużywać, ograniczając ilość produktów z danej grupy. 

Większość tych zasad stosuję od dawna i widzę efekty. Pozwalam sobie na zakupy, ale wybieram konkretne produkty, które mnie najbardziej interesują. Skończyło się kompulsywne kupowanie i wrzucanie do koszyka co popadnie. Dlatego zrezygnowałam z ostatniej promocji w sklepie internetowym Douglas, a moja stopa nie przestąpiła Rossmannowego progu. W tym miesiącu skusiłam się tylko na zniżki z Twojego Stylu. Pozostałe nowości pochodzą z marca lub współpracy. W maju też nie planuję żadnych zakupów. Od razu zaznaczam, że nie dążę do całkowitego minimalizmu, nawet nie śmiem tego uczynić ;) Chcę po prostu mieć nad tym większą kontrolę niż dotychczas i zużywać wszystko w terminie. Idzie mi coraz lepiej. A jak jest w Waszym przypadku? 
_________________________________________

25.04.2014

Godny następca / L'OREAL Volume Million Lashes So Couture ♥



Pamiętacie jak narzekałam, że moja ulubiona maskara Rimmel Sexy Curves prawdopodobnie została wycofana? Dosyć szybko znalazłam idealnego zastępcę- Volume Million Lashes So Couture, chociaż zupełnie się tego nie spodziewałam. Gdyby nie współpraca z firmą L'Oreal, pewnie nie zwróciłabym na nią uwagi. Od pierwszego użycia czułam, że się bardzo polubimy, a po miesiącu codziennego używania jestem już tego pewna. 

Tusz do rzęs L'oreal Paris posiada wszystkie zalety, które cenię sobie w tego typu kosmetykach. Przede wszystkim ma małą, silikonową szczoteczkę, dzięki której docieram do każdego najmniejszego włoska,. Świetnie rozczesuje oraz rozdziela rzęsy, więc grzebyk z Inglota poszedł w odstawkę. Wypustki są idealnej wielkości, gęsto rozsiane i nareszcie nie odbijam sobie tuszu na dolnej powiece. A musicie wiedzieć, że robię to nagminne, bo większość jest po prostu dla mnie za duża. Samo opakowanie natomiast jest poręczne, fioletowe ze złotym akcentem. Sprawia wrażenie eleganckiego i wytrzymałego. Domyka się bez żadnego problemu i co jest istotne- zawsze w tej samej płaszczyźnie. Może według Was dorabiam sobie tutaj jakąś ideologię, ale lubię kiedy kosmetyk zamyka się równo. W tym przypadku nawet z delikatnym kliknięciem. Poza tym nic nie zbiera się przy gwincie, więc cały czas wygląda estetycznie, a powietrze nie dostaje się do środka.


Skoro omówiliśmy kwestię opakowania, przejdźmy do zawartości. Konsystencja jest lekka, ale nie wymaga leżakowania. Tusz jest od razu gotowy do użycia. Nadaje rzęsom głębokiego, czarnego koloru. Producent określił go jako "zwiększający objętość", a ja przypisałabym mu jeszcze wydłużanie.  Dobrze też podkręca, ale osobiście wolę użyć jeszcze zalotki. Poza tym wszystko zależy od rzęs. Mam wrażenie, że moje poprzez regularne stosowanie odżywek stały się mocniejsze, a przy tym niepodatne na układanie. Ciężko je uformować w ładną, wywiniętą firankę. Dlatego pierwsze wrażenie po użyciu tego tuszu było piorunujące: ja mam rzęsy! Nie tylko podkręcone, ale też wydłużone. W tym celu wystarcza jedna warstwa, druga natomiast pogrubia i jeszcze bardziej je uwydatnia. Tyle zazwyczaj nakładam, bo trzecia już trochę zaczyna sklejać.

So Couture pozwala mi uzyskać naturalny efekt bez kruszenia, osypywania się czy rozmazywania. Ostatnio przy innych recenzjach narzekałam, że większość tuszy łatwo rozpuszcza się przy łzawiących oczach. W tym przypadku makijaż trzyma się nienagannie, mimo że maskara nie jest wodoodporna. Nie podrażniła mnie w żaden sposób i nie uczuliła. Innowacją jest jej przyjemny zapach. Sama tego nie zauważyłam, dopiero komentarze na Instagramie uświadomiły mi, że tusz pachnie czekoladą. Chyba nie muszę dodawać, że bardzo umila cały proces aplikacji ;)


Przy zmywaniu też nie dostrzegłam większych problemów. Przez ten miesiąc stosowałam wiele kosmetyków i wszystkie radziły sobie bardzo dobrze. Płyn dwufazowy rozpuszcza So Couture bez większych zastrzeżeń, natomiast niektóre micele powodują powstawanie grudek. Teraz wróciłam do Be Beauty z Biedronki i radzi sobie doskonale, także tusz nie wymaga specjalnego specyfiku. Jeden płatek na jedno oko i po sprawie.

W porównaniu do mojego Rimmelowego faworyta niestety jest dwa razy droższy, bo kosztuje około 50-60 zł. Jednak od czego są promocje! Chociażby najbliższe Rossmannowe. Od poniedziałku zaczyna się -49%  na wszystkie cienie, linery, tusze oraz kredki, więc zastanawiam się czy nie kupić jednego egzemplarza na zapas. W końcu zawsze warto mieć coś sprawdzonego, tak na wszelki wypadek.
_________________________________________

23.04.2014

Peeling enzymatyczny PHENOME / Enzymatic Gentle Exfoliator

PHENOME Enzymatic Gentle Exfoliator

Od razu uprzedzam : będą gorzkie żale ;) Pokładałam wielkie nadzieje w peelingu enzymatycznym Phenome i już nie wiem co bardziej boli: rozczarowanie czy świadomość wydanej na niego kwoty. Zakupy poczyniłam kiedy była darmowa wysyłka, a cena obniżona, więc nie wydałam pełnej sumy, czyli 135 zł. Chociaż takie pocieszenie. Ale przejdźmy do konkretów. 

Opakowanie zawiera 200 ml i jest ważne przez pół roku od otwarcia. Produkt jest nieziemsko wydajny, nawet przy codziennym stosowaniu. Udało mi się go zużyć w znacznym stopniu tylko dzięki dzieleniu się nim wszem i wobec. Powinni pomyśleć nad mniejszą pojemnością. Sądzę że połowa byłaby adekwatna do potrzeb każdego użytkownika. Zwłaszcza, że peeling ma postać dosyć rzadkiego żelu, więc bez problemu się rozprowadza i niewielka ilość wystarczy do eksfoliacji. Zapach nie należy do najprzyjemniejszych, ale dosyć szybko się ulatnia, więc jest do przeżycia. 

 PHENOME Enzymatic Gentle Exfoliator

Jak widzicie posiada wygodną pompkę. Pod prysznicem zawsze jest to zaletą, bo woda nie dostaje się do środka i nie trzeba męczyć się z wyciskaniem. Jednak potrafiła się zapchać samym kosmetykiem. Nawet przy codziennym używaniu zalegała w niej zaschnięta warstwa żelu. Doprawdy dziwna była ta właściwość. Siłą rzeczy sama musiałam ją rozpuszczać ciepłą wodą. Wyciskanie niestety nie pomagało, bo można było w ten sposób wypompować pół kosmetyku. Taki mały szkopuł...

Jeśli chodzi o obietnice, to pozwolę sobie przytoczyć słowa producenta: 
"Doskonały preparat oczyszczający do skóry tłustej i mieszanej, opracowany na bazie ekologicznych wód roślinnych oraz naturalnych substancji czynnych. Delikatnie i łagodnie usuwa zanieczyszczenia oraz martwe komórki naskórka, bez konieczności tarcia i podrażnień skóry. Odblokowuje i oczyszcza pory, wygładza nierówności oraz niedoskonałości, działa kojąco. Skóra po zabiegu odzyskuje gładkość oraz świeży, wyrównany koloryt. Zostaje pobudzona do regeneracji oraz doskonale przygotowana do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych. Peeling nałożyć na oczyszczoną i osuszoną skórę twarzy, omijając okolice oczu. Pozostawić preparat na kilka minut, następnie dokładnie zmyć wodą. Po zabiegu przetrzeć twarz tonikiem i nałożyć krem. Stosować 1-2 razy w tygodniu. "

PHENOME Enzymatic Gentle Exfoliator
Początkowo zastosowałam się do zaleceń i nakładałam go na kilka minut, dwa razy w tygodniu. Peeling wysychał tworząc cienką powłoczkę, bardzo podobną do tych z masek typu peel-off, z tą różnicą że zmywa się tylko wodą. Kiedy po miesiącu nie zauważyłam, żadnego efektu zaczęłam stosować go częściej. W końcu doszło do tego, że nakładałam go codziennie po demakijażu. Ponieważ dalej nie odczuwałam, żadnych zmian zaczęłam go używać także rano, podczas kąpieli. Tutaj zastosowałam się do rady Marie, aby utrzymywać go jak najdłużej w wilgotnej formie. Niestety nie pomogło. Skóra była po nim tylko miękka, inne zmiany nie nastąpiły, nawet przy zdwojonych zabiegach. Chyba kolejny raz przekonałam się, że przy pielęgnacji twarzy kosmetyki z naturalnym składem się u mnie nie sprawdzają. Mimo najszczerszych chęci.

Obecnie zużywam go z glinką ghassoul z Organique i sprawdza się bardzo fajnie jako baza. Tylko to za mało, żebym miała po niego sięgnąć ponownie. Kompletnie mnie rozczarował. Nie wiem gdzie podziało się to silne działanie, które zostało mi obiecane.

22.04.2014

Zakupy z Twoim Stylem / ORGANIQUE, SUPER PHARM, F&F, CAMAIEU



Zapomniałam Wam pokazać pozostałe rzeczy oraz kosmetyki, które udało mi się upolować podczas weekendu zniżek z magazynem "Twój Styl". Ponieważ rzadko pokazuję ubrania, to zacznę od nich, a zwłaszcza od firmy Camaieu. Ich kolekcje zawsze trafiają w mój gust. Tym razem w oko wpadła mi bluzka z drobnym, trochę marokańskim wzorkiem. Drugą w paski wypatrzyłam w F&F. Muszę wspomnieć, że nie widzę większej różnicy między jakością obu bluzek, mimo że ta ostatnia jest o połowę tańsza. Odwiedziłam też Centro i w moje ręce wpadł naszyjnik za 6 zł. Bardzo podobny widziałam w H&M, ale cena była kilkukrotnie wyższa, więc radość ogromna. Będzie interesującym dodatkiem do jednolitych koszul. Na koniec balerinki z Deichmanna. Te akurat zamówiłam online i wypadły nie tylko korzystnie cenowo, ale też okazały się dosyć wygodne. 


Odwiedziłam także Super Pharm, aby zrealizować kupon -20% na dermokosmetyki. Informacja zawarta na kuponie okazała się niepełna. Przy kasie dowiedziałam się, że rabatowi będzie podlegać tylko jeden kosmetyk. Nie wiem gdzie tu logika skoro z kartą LifeStyle miałam identyczny rabat na całe zakupy. Także radzę Wam wypytać się najpierw w jaki sposób realizują kupony, zanim dokonacie zapłaty.

Do koszyka tradycyjnie trafiła izotoniczna woda Uriage. Przy kasie dorzuciłam też wodę termalną Vichy, ponieważ 300 ml kosztowało tylko 10 zł. Nawet jeśli nie sprawdzi się przy pielęgnacji twarzy, to zawsze przyda się do zwilżania pędzli itd. Jak już wcześniej zapowiadałam, skusiłam się także na nową wersję La Roche Posay Effaclar, czyli Duo +. W planach mam recenzję porównawczą, także spodziewajcie się jej za jakiś miesiąc - półtora. Ponieważ lato zbliża się wielkimi krokami postanowiłam spróbować emulsji matującej SPF 50 Capital Soleil z Vichy. Czytałam o niej wiele pozytywnych recenzji i mam nadzieję, że mnie również nie rozczaruje. 


Na koniec Organique. Pewnie interesuje Was jak potoczyła się sprawa z paragonem, na który został nabity dwa razy ten sam produkt (o wszystkim możecie przeczytać /tutaj/)? Otóż cała sytuacja została bardzo pozytywnie rozwiązana, a na przeprosiny otrzymałam glicerynowe mydełko. Nie byle jakie, bo kokosowe! Poczułam się bardzo miło, bo sprzedawczyni zapamiętała moje preferencje zapachowe. Ostatecznie wzięłam kolejny solny peeling do ciała z masłem shea, tylko inną wersję - greek . Poza tym skusiłam się na nowość w asortymencie firmy, czyli trzy woski zapachowe: różany, waniliowy oraz połączenie mango z liczi. Jeszcze ich nie używałam, ale przez opakowanie czuję, że będę z nich zadowolona ;) 

W kwietniu nie planuję innych kosmetycznych zakupów. Mimo że zaczynają się szalone promocje w Rossmannie, Hebe i Naturze, to nie mam nic konkretnego na uwadze. Dla niewtajemniczonych podaję rozpiskę obowiązujących promocji:

Rossmann -49 %
od dzisiaj do 27.04 - podkłady, pudry, bronzery, róże i korektory  
28.04 -04.05 - tusze, cienie, kredki, eyelinery 
05.05.- 11.05 - szminki, kredki do ust, lakiery, produkty do pielęgnacji paznokci

Hebe -30%
23-26.04 - na wszystkie produkty do makijażu Max Factor
22-27.04 - na wszystkie kosmetyki wyszczuplające


Natura - 40%
28.04 - 05.05  na całą kolorówkę
_________________________________________

21.04.2014

Kosmetyczne jajka / BEAUTY BLENDER vs REAL TECHNIQUES


Przy takiej okazji aż ciężko powstrzymać się od opisania kosmetycznych jajek ;) O jednym już pisałam na blogu /klik/ i okazało się niewypałem (czy raczej zbukiem?). Była to chińska wersja zamówiona z Ebay. Po takim rozczarowaniu skusiłam się na Beauty Blender. Nie należy do najtańszych, bo polskie sklepy internetowe wyceniły je na 80 zł. Swój egzemplarz kupiłam na zagranicznej stronie podczas akcji promocyjnej, więc wyniosło mnie znacznie taniej. Natomiast Miracle Complexion Sponge marki Real Techniques kosztuje ponad połowę mniej, bo raptem 30zł. Obecnie można je bez problemu dostać na Allegro lub w drogeriach internetowych.  


Byłam niezmiernie ciekawa jaka jest między nimi różnica. Na zdjęciach widnieje ich większa forma, czyli nasączona, tuż po kąpieli. Oczywiście na pierwszy rzut oka widać, że mają inny kształt. Pod tym względem pomarańczowe jajo Real Techniques jest większe i dzięki wycięciu trochę wygodniejsze. Można nim precyzyjnie nałożyć korektor pod oczami czy przy skrzydełkach nosa itd. Różowe BB też daje radę, ale jego zaletą jest owalna część. Dzięki niej aplikacja podkładu przechodzi szybko i sprawnie. 

Lepszą fakturę ma Beauty Blender. Po nasączeniu jest miękki, elastyczny, bardziej gąbczasty. Real Techniques praktycznie mu dorównuje, jednak daje się wyczuć minimalną różnicę. Obie gąbeczki tak samo równomiernie aplikują kosmetyki. Używałam ich ostatnio na przemian z różnymi produktami i według mnie dają takie samo wykończenie. Pod tym względem komfort używania jest identyczny. 

Zazwyczaj czyszczę je mydłem antybakteryjnym w żelu lub w cięższych przypadkach płynem do mycia pędzli MAC (czasami też płynem micelarnym Be Beauty). RT wciąga nieznacznie więcej kosmetyku i trochę trudniej je domyć. BB też nie jest łatwe w obsłudze, ale dzięki porowatej strukturze łatwiej się doczyszcza. Poza tym RT jest podatne na uszkodzenia. Niestety moje dorobiło się już dwóch nacięć od paznokcia, a mam je znacznie krócej. Przynajmniej nie puszczało tak bardzo farby w porównaniu do różowego BB. Czas wysychania jest taki sam. Po wieczornym oczyszczaniu odsączam je w papierowy ręcznik i pozostawiam do całkowitego wyschnięcia. Powracają do swojego pierwotnego kształtu i rano są gotowe do użycia. Można je stosować na sucho, ale zawsze zwilżam je wodą termalną.


Magiczne działanie obu jajek widać przy kryjących podkładach, jak na przykład mój ulubiony Pharmaceris "Delikatny fluid intensywnie kryjący" czy Revlon Colorstay. Dzięki nim łatwiej stapiają się ze skórą, więc uzyskuję bardziej naturalny efekt niż przy pomocy pędzla. Nie tworzą się żadne smugi czy prześwity. Poza tym są wszechstronne, bo sprawdzają się także przy nakładaniu innych kosmetyków o kremowej konsystencji, jak korektor, bronzer, róż czy rozświetlacz. Obecnie nie wyobrażam sobie, żeby mogło zabraknąć któregokolwiek w mojej kosmetyczce. Miracle Complexion Sponge nie jest wierną kopią Beauty Blender, ale równie dobrym produktem. Polecam tak samo różowe, co pomarańczowe :)

 - Produkty wegańskie, nietestowane na zwierzętach.

19.04.2014

Wesołych Świąt!



Pogoda dzisiaj tak rozpieszcza, że miałam ochotę wyłącznie na spędzenie dnia poza domem. Pojeździć na rowerze lub pospacerować, albo zasiąść gdzieś na ławce i poczytać książkę. Przygotowania świąteczne są jednak ważniejsze. Ostatnie zakupy już za mną, sprzątanie też, jeszcze tylko muszę ogarnąć sałatkę i plan zostanie zrealizowany w stu procentach. Jutro cały dzień spędzę z rodziną, więc będzie wspaniale :) Może uda się odwiedzić też warszawskie Łazienki, które wiosną niesamowicie urzekają swoją atmosferą. A tak poza tym planuję napisać posta o pomadce Isadory, którą mam na ustach, ale jeszcze nie wiem czy będzie mi się chciało ;) W końcu każdemu z nas należy się trochę odpoczynku. Życzę Wam zdrowych i spokojnych Świąt, spędzonych w zaciszu domowym, w gronie najbliższych. Cieszcie się tą chwilą i celebrujcie tak jak lubicie. Buziaki :* 
_________________________________________

18.04.2014

Krem CC marki GOSH / Illuminating Foundation 02 Ivory


CC GOSH Illuminating Foundation 02 Ivory

O kremie CC marki Gosh wspominałam już kilka razy na blogu, ale w samych ogólnikach. Między innymi w porównaniu najjaśniejszych podkładów jakie posiadam /kilk/. Nie używam go regularnie, ale najwyższa pora napisać o nim coś więcej. Swój egzemplarz otrzymałam na spotkaniu blogerek w zeszłym roku. W ogóle firma wprowadziła go na rynek zeszłej jesieni, więc jest to stosunkowo nowy produkt w ich ofercie. Posiada filtr SPF 10, na dodatek nie zawiera parabenów i jest beztłuszczowy oraz nieperfumowany, więc postanowiłam dać mu szansę.

Wiem, że jest dostępny w sześciu odcieniach, ja trafiłam na 02 Ivory. Jeśli zajrzyjcie do podlinkowanego posta, to zauważycie, że na tle innych wypadł jako najciemniejszy To może naprawdę zmylić, ponieważ dzięki swojej lekkiej, wręcz wodnistej konsystencji świetnie dopasowuje się do skóry. Stapia się idealnie z moją jasną karnacją i nie odznacza w żaden zauważalny sposób. To jest jego główna zaleta, bo dzięki temu można stopniować efekt, począwszy od wyrównania kolorytu, aż do średniego krycia. Przy mojej mieszanej cerze nie pozwalają na to jego inne właściwości. Producent przypisuje mu jeszcze funkcję korektora z którą nie mogę się zgodzić. Nie zakryje przebarwień czy innych niedoskonałości, tutaj będzie potrzebny dodatkowy produkt, ale na przykład pod oczami spisze się bardzo dobrze.


Krem CC to kosmetyk nawilżający, więc wykończenie jakie zostawia na skórze jest "mokre". Wchłania się, ale nie do zupełnego matu. Jak sama nazwa wskazuje ma za zadanie rozświetlić skórę sprawić że będzie wyglądać świeżo i promiennie. Faktycznie spełnia te obietnice. Z tego właśnie powodu nie mogę z nim przesadzić, bo strefa T zaczyna się świecić. Natomiast w mniejszej ilości prezentuje się naturalnie, a dla zapewnienia sobie komfortu oprószam go pudrem bambusowym z Biochemii Urody lub utrwalam Prep + Prime z MACa. Nie podkreśla porów i suchych skórek (co jest logiczne skoro nawilża). Z trwałością bywa różnie- wiadomo że zależy ona od wielu czynników. W moim przypadku trzyma się całkiem dobrze, około kilku godzin.

Z kwestii technicznych warto jeszcze wspomnieć o przyjemnym opakowaniu. Niby czarne plastikowe, ale miękkie, z precyzyjnym aplikatorem, więc dozuje odpowiednią ilość fluidu. Zawiera 30 ml produktu, który kosztuje około 50 zł. Na pewno widziałam go w Hebe, ale nie pamiętam już dokładnej ceny.

Najbardziej lubię go stosować w wolne dni, kiedy nie chcę nosić pełnego makijażu, a tylko trochę wyrównać koloryt. Dzięki niemu znika wszelkie zmęczenie z całego tygodnia ;)
_________________________________________

16.04.2014

Kosmetyczny niezbędnik według ROSSMANNA



Przyznacie, że otrzymywanie upominków to bardzo przyjemne uczucie. Dzisiaj kolejny raz zostałam obdarowana przez Rossmanna. Po powrocie z pracy czekała na mnie urocza przesyłka z kosmetykami i dodatkami do domu. W sam raz na nadchodzące Święta :) Oczywiście te pierwsze najbardziej mnie zainteresowały i od razu zabrałam się za przeglądanie nowości.


Wiosenny żel pod prysznic Isana o zapachu limonki i mięty jest limitowaną edycją. Pachnie bardzo orzeźwiająco. Wiecie, że nie do końca lubię cytrusy, ale ten całkowicie wpisuje się w moje gusta. W ogóle lubię żele z tej serii. Sama często je kupuję dla siebie i rodziny. Do dzisiaj najlepiej wspominam arbuzowy, który też był limitowany, a ze stałej oferty polecam kokosowy. Balsam do rąk Wellness&Beauty z mleczkiem migdałowym i ekstraktem bambusu już stoi w strategicznym miejscu, czyli przy laptopie. Ładnie i nienachalnie pachnie, a do tego szybko się wchłania. Będzie idealny do stosowania w ciągu dnia, szczególnie po myciu rąk. Nie wiem czy zauważyliście, ale zmienili szatę graficzną  tych kosmetyków. Nowe według mnie są przyjemnie minimalistyczne, a przez to bardziej eleganckie. 
Produkt z serii Isana Hair Professional to olejek do włosów. Zalecany jest do stosowania całą długość, a przede wszystkim na końcówki. Jeszcze go nie używałam, więc mam nadzieję że się polubimy. Tak samo jak z olejkiem do stóp Fusswohl. Kolejny produkt to bezacetonowy zmywacz z pompką Isana. Bardzo lubię migdałowy, więc jestem ciekawa czy ten będzie równie dobry. Ostatnie są kapsułki nawilżające Rival de Loop. Znam je doskonale i sięgam po nie regularnie. Nie są drogie, a działają natychmiastowo. Regenerują i przynoszą ukojenie podrażnionej skórze. Nieraz mi pomogły, kiedy miałam przesuszone policzki. 


W paczce znalazły się też moje ulubione chusteczki nawilżane Domol o zapachu jabłek. Wspominałam już o nich na blogu, bo sama często je kupuję. Niewiele kosztują i pomagają w zachowaniu porządku na toaletce oraz ogólnie w mieszkaniu. Natomiast dyfuzory zapachowe Domol to dla mnie kolejne nowości. Otrzymałam mniejszy o zapachu białej róży i kwiatów malin oraz większy z wazonikiem o zapachu migdału i jaśminu. Ten drugi od razu trafił na toaletkę. Do tego wszystkiego herbata Kings Crown- miks zielonej i białej o aromacie granatu. Właśnie ją popijam i muszę przyznać, że jest pyszna. Z resztą większość kompozycji dostępnych w Rossmannie lubię, więc polecam spróbować, jeśli nie mieliście jeszcze okazji. 


Jestem ciekawa czy znacie któryś z tych produktów?
_________________________________________

15.04.2014

Nawilżający płyn micelarny / DERMEDIC Hydrain 3 Hialuro



Jestem miłośniczką płynów micelarnych od dawna, więc nie mogłam oprzeć się wypróbowaniu Hydrain 3 Hialuro marki Dermedic. Dedykowany jest dla skóry suchej i odwodnionej. Moja jest mieszana, ale też wymaga dodatkowej dawki nawilżenia. Szczególnie kiedy jestem w trakcie stosowania dobrze oczyszczających żeli oraz kremów z kwasami. Nie raz już pisałam, że Vichy Normaderm oraz Effaclar Duo to podstawa mojej codziennej rutyny. Spełniają się w swojej roli, ale potrafią też przesuszyć. Dlatego muszę utrzymać równowagę między mocniejszym złuszczaniem, a nawilżaniem. Jeśli szala przechyli się w którąkolwiek ze stron albo będzie przetłuszczenie, albo suchość. Wspominam o tym, ponieważ płyn Dermedic pomógł mi w zachowaniu statusu quo.


Stosuję go rano do przemycia twarzy po zastosowaniu żelu oraz wieczorem do zmywania makijażu i dodatkowo po wszystkich zabiegach pielęgnacyjnych (czyli przed nocnym smarowaniem o którym już pisałam /klik/). W kwestii demakijażu wiedziałam od samego początku, że nie radzi sobie zbyt dobrze. Jednak chciałam się o tym sama przekonać i podjęłam kilka prób. Niestety zmycie linera oraz tuszu do rzęs z powiek jest bardzo trudne. Nawet dłuższe przytrzymanie nasączonego płatka nie jest w stanie rozpuścić makijażu. Plus za to, że nie podrażnia w ogóle moich oczu, więc przemywam je rano, tak żeby pozbyć się śpiochów ;)

Natomiast jako wstępne oczyszczanie twarzy sprawdza się bardzo dobrze. Dla dokładnego zobrazowania wspomnę, że najpierw zmywam wszystko micelem, później olejkiem lub balsamem, a na końcu żelem. Dzięki temu mam pewność, że wszelkie pozostałości dnia codziennego zniknęły, a skóra jest gotowa na dalsze zabiegi. Jeśli nie nakładam żadnej maseczki, wtedy jeszcze raz przecieram twarz micelem i dopiero wieczorem nakładam pozostałe specyfiki.


Płyn pomaga mi zniwelować uczucie ściągnięcia, zmiękczyć skórę i dodatkowo ją nawilżyć. Przy tym nie obciąża jej, więc nie pojawia się nadmierne wydzielanie sebum oraz nie przysparza mi nowych kłopotów w postaci zaskórników czy pryszczy. Nie pozostawia klejącej otoczki i nie pieni się podczas przemywania twarzy. Ma wygodny dozownik, przyjemne dla oka opakowanie oraz orzeźwiający zapach. Początkowo sądziłam, że te 200 ml zużyję w dwa tygodnie, ale widzę że jest bardzo wydajny. Zastanawiam się, czy uda mi się zużyć go do końca miesiąca. Już zaczęłam rozglądać się za kolejną buteleczką. W Super-Pharm kosztuje około 20 zł, ale podobno można go trafić za połowę ceny. Podczas weekendowych zakupów widziałam, że był przeceniony na 15 zł.

Jestem z niego zadowolona i okazał się bardzo pomocny w mojej pielęgnacji. Faktycznie w porównaniu do innych miceli pozostawia lepiej nawilżoną skórę i widzę znaczną poprawę przy codziennym używaniu. Świetnym uzupełnieniem okazało się też serum nawadniające /klik/, więc zachęcam do przeczytania recenzji.
_________________________________________

14.04.2014

African Tea Rose / REVLON Parfumerie



Nareszcie przywróciłam swoje paznokcie do formy (po nieudanej przygodzie z odżywką Kinetics /klik/) i spieszę z pokazaniem nowości firmy Revlon. Otóż wprowadzili serię lakierów PARFUMERIE, która jak sama nazwa wskazuje jest perfumowana. Podzielono ją na trzy kategorie zapachowe, które odzwierciedlają też kolory: Sweets & Spices (słodko-pikantny) w głębokich, ciemnych kolorach; Freshes (świeży) w pastelowych odcieniach oraz Fruits & Florals (owocowo-kwiatowy) w żywych i wyrazistych. Całość zapakowana jest w urocze buteleczki, przypominające miniaturki perfum o pojemności prawie 12 ml. Seria nie jest limitowana i weszła do stałej sprzedaży.

Swój egzemplarz kupiłam w Hebe za 20 zł. Pojawiły się też w Douglasie. Nie mam rozeznania czy jest już w Super-Pharm, więc dajcie znać w komentarzach. Dostępne są 24 kolory, ale będąc w Hebe widziałam raptem kilka. Nie było niestety większego wyboru i moją uwagę przykuły dwa odcienie, z czego jeden trafił do koszyka.


African Tea Rose należy do kategorii zapachowej Fruits & Florals i przypomina różę. Zamiar był fajny i wyszło nie najgorzej. Przy aplikacji nie czuć intensywnej woni emalii, którą każdy z nas tak dobrze zna. Zapach jest bardziej łagodny, przypomina mi aromatyzowany zmywacz. Nie uprzykrza tak życia (szczególnie innym domownikom) i szybko się ulatnia. Powinien utrzymać się na paznokciach przez kilka dni, ale według mnie jest niewyczuwalny, przynajmniej w tym przypadku.

African Tea Rose od razu zwraca na siebie uwagę. Wyróżnia się na tle innych intensywnym chłodnym, fuksjowym kolorem, który na paznokciach okazuje się lekko neonowy. W buteleczce widoczny jest subtelny niebieski shimmer, ale na paznokciach ciężko go dostrzec gołym okiem.


Przejdźmy do pozostałych kwestii. Nietypowa kulka może wydać się niewygodna, ale mi nie przysporzyła większych problemów. Pędzelek okazał się bardzo cienki i na początku mnie trochę zniechęcił. Mam szeroką płytkę i tylko duże pozwalają mi szybko nałożyć emalię. Na szczęście się pomyliłam, ponieważ dzięki lekkiej, wręcz wodnistej konsystencji oraz cienkiemu pędzelkowi lakier rozprowadza się idealnie. Teraz wiem, że to połączenie było zamierzone, bo bardziej puchaty aplikator mógłby ścierać i robić smugi, a dodatkowo rozlewać lakier na skórki. W tym przypadku dozujemy mało, więc emalia rozprowadza się równomiernie, bez bąbelków i prześwitów.


Wracając do konsystencji, mimo że jest wodnista, to bardzo napigmentowana. Dwie cienkie warstwy wystarczają do zakrycia całej płytki takiej jak moja. Sądzę, że przy krótszych jedna też będzie odpowiednia. Wykończenie nie jest bardzo błyszczące, ale od czego jest Seche Vite ;) Tym razem jednak go nie nałożyłam, aby sprawdzić jak długo będzie wysychać. Niestety potrzebuje aż 45 minut, aby można było swobodnie funkcjonować. I nie radzę od razu kłaść się spać, bo niestety pościel i tak się odbija.
Trwałość bez topa jest średnia. Już następnego dnia po aplikacji zaczął powoli ścierać się na końcówkach. Tak poza tym nie pojawił się żaden odprysk, więc z lakierem zabezpieczającym powinien trzymać się przyzwoicie długo.

Jak na pierwszy kontakt z lakierami tej firmy jestem ogromnie zadowolona. African Tea Rose zaostrzył mi apetyt i już wiem, że wrócę do Hebe jeszcze po Ginger Melon. W przyszłości sądzę, że towarzystwo się rozrośnie, bo nie mogę oprzeć się tym uroczym buteleczkom w stylu retro.
_________________________________________

13.04.2014

Zakupy z Twoim Stylem / ORGANIQUE



Kolejny raz skusiłam się na zakupy z kuponami zamieszczonymi w miesięczniku "Twój Styl". Co kupiłam w zeszłym roku możecie zobaczyć /tutaj/. Planuję wybrać się jeszcze po południu, więc może pojawi się kolejny post z tej serii. W tym skupię się na marce Organique, której kosmetyki intrygowały mnie już od dłuższego czasu. Początkowo miałam odpuścić z racji szufladowych zasobów, jednak doszłam do wniosku, że taka okazja (-20%) często się nie trafia. Listę miałam przygotowaną od dawna dzięki recenzjom blogowym, więc wybór nie był trudny. 


Przede wszystkim chciałam oczyszczające mydło Savon Noir z czarnych oliwek i oleju oliwnego. Planuję stosować je głównie do mycia twarzy. Pierwsza próba przebiegła bardzo pomyślnie i coś czuję, że jeśli moja skóra je polubi, zagości na stałe w mojej pielęgnacji. Kolejne kosmetyki pochodzą z linii kokosowej: aromatyczna kula do kąpieli, solny peeling do ciała z masłem Shea oraz balsam do ust kokosowe ciasteczka. Niestety ten ostatni mnie rozczarował. Spodziewałam się naturalnego smaku, a otrzymałam słodki i lekko chemiczny. Działanie ma przyjemne, jednak nie jestem w stanie go regularnie używać. Może z czasem się przekonam. Poza tym do koszyka trafiła pianka do mycia ciała Milk. Zaintrygowała mnie jej nietypowa formuła, więc nie mogłam odpuścić. Ostatnim produktem jest glinka Ghassoul w sproszkowanej formie. Próbowałam ją wczoraj nałożyć przy pomocy olejku do twarzy, ale nie była to udana kombinacja, więc dajcie znać jaki jest Wasz sposób.  

Podoba mi się także możliwość zakupu kosmetyków w różnych wymiarach. Najkorzystniej cenowo wypada największy, ale mniejsze pojemności pozwalają na rozeznanie się w asortymencie. Poza tym jeśli się coś nie sprawdzi, nie będę musiała się z tym męczyć przez następne miesiące. Tradycyjnie kosmetyki są pakowane w torebki foliowe, ale można dokupić pudełeczko. Przy następnych zakupach warto je zabrać ze sobą ;) Otrzymałam też kartę stałego klienta. Za każde wydane 20 zł przysługuje jedna pieczątka. Po uzbieraniu dziesięciu otrzymuje się gratis kulę do kąpieli lub mydło glicerynowe. 

Niestety bez małych problemów się nie obeszło, ponieważ po powrocie do domu zorientowałam się, że dwa razy nabito mi jeden produkt. Zadzwoniłam do sklepu i przedstawiłam całą sytuację. Oczywiście zaproponowali mi zwrot pieniędzy lub zakup kolejnego kosmetyku. Jeszcze nie wiem co zrobię, decyzję podejmę na miejscu. Przynajmniej miałam okazję sprawdzić funkcjonowanie marki pod względem roszczeniowym i wypadła pozytywnie ;) Mam nadzieję, że takie samo zdanie będę mieć o kosmetykach. 

_________________________________________

11.04.2014

Przed snem / DERMEDIC, LA ROCHE POSAY, PAT&RUB, NUXE



Ostatnio moja wieczorna pielęgnacja wygląda jednorodnie, więc postanowiłam opisać pokrótce czego używam. Podstawą w moim przypadku jest krem La Roche Posay Effaclar Duo /recenzja/. Wspominałam o nim już wiele razy i na pewno zdążyliście zauważyć, że jest to mój ulubiony kosmetyk. Pomaga mi utrzymać cerę w ryzach, zniwelować zanieczyszczenia oraz zmniejszyć ilość zaskórników. Ponieważ potrafi trochę wysuszyć policzki, przed jego aplikacją stosuję serum nawadniające Dermedic /recenzja/. Jest ultralekkie, szybko się wchłania, nawilżając odpowiednio skórę. Oba produkty świetnie się ze sobą dogadują i nie podrażniają. Codziennie używam też serum do rzęs L'Biotica. Przypomina mi rzadszą wersję kremu regenerującego tej samej firmy. Wzmacnia i zapobiega wypadaniu, ale nie wiem czy wpłynie na przyrost. Dam znać w osobnym poście.


Pod oczy aplikuję Revitalizing Supreme Eye Balm marki Estee Lauder /recenzja/. Mam co prawda miniaturkę, ale jest tak wydajny, że zużywam już trzeci miesiąc. Radzi sobie całkiem nieźle i więcej napiszę w recenzji. Posiada lekką konsystencję, więc idealnie sprawdza się zarówno na noc, jak i na dzień. Jednak z racji lepszego działania stosuję go przed snem. Na usta nakładam cienką warstwę balsamu Nuxe Reve de Miel /recenzja/. Zdetronizował mój ulubiony do tej pory Carmex. Gdyby był w tubce używałabym go non stop, bo doskonale regeneruje usta. Pozostaje mi używanie tylko w domu, ponieważ jest w słoiczku, a ja nie lubię takiej formy aplikacji.


Do dłoni używam obecnie kremu Kamill. Pozytywnie mnie zaskoczył, szczególne że to moje pierwsze spotkanie z marką. Działaniem oraz zapachem przypomina mi Lirene ratunek /recenzja/, tylko ma lżejszą formułę. Na koniec, moszcząc się już na łóżku, sięgam po balsam relaksujący do stóp Pat&Rub /recenzja/. Świetnie pielęgnuje i nie zostawia tłustej warstwy. Bez problemu mogę jeszcze zgasić światło jeśli zapomniałam o tym wcześniej. 

Nawet kiedy wybitnie mi się nie chce i marzę o pójściu spać, te produkty sprawdzają się idealnie. Zauważyliście, że wszystkie wymienione przeze mnie kosmetyki cechuje lekka konsystencja? Dzięki temu szybko się wchłaniają, a całość zajmuje mi 5 minut. Czasem jednak tęsknie za okresem, kiedy wystarczał mi jeden kosmetyk, zamiast tego całego arsenału ;)
_________________________________________

09.04.2014

Szampon i odżywka z serii Luxurious Volume / JOHN FRIEDA



Ta recenzja na pewno zainteresuje osoby, które mają cienkie włosy, oklapnięte i zbijające się w strąki. Podzielam Wasz los i doskonale rozumiem marzenia o  pięknej, puszystej fryzurze. Taką nadzieję dała mi seria kosmetyków Luxurious Volume sygnowana przez Johna Friedę. Na blogu pojawiła się już recenzja suchego szamponu /klik/ z tej wersji, obecnie kończę kolejne opakowania odżywki oraz szamponu, a w przyszłości opiszę też piankę do modelowania. 

Produkty tej firmy interesują mnie od dawna. Jeszcze kiedy były u nas ciężko dostępne ściągałam je z Anglii. Później pojawiły się w Hebe, a jeszcze innym razem zasiliła mnie firma Oceanic w ramach współpracy. Dlatego na zdjęciu widzicie starszą wersję i nowszą. Obecnie bez problemu można je dostać w Rossmannie, Douglasie, a także Hebe. Polecam tę ostatnią drogerię, ponieważ z kartą lojalnościową do niedzieli (13.04.2014) wszystkie kosmetyki do włosów są przecenione o 30 %. Zrobiłam małe rozeznanie i średnio za jedną sztukę wychodzi 20 zł (regularna nawet 40 zł). Czasami też sprzedają całą serię (trzy kosmetyki) za 50 zł, więc warto czekać na okazję (powtarzam to jak mantrę ;).

Opakowania są bardzo wygodne i nie utrudniają używania, nawet kiedy kosmetyk się kończy. Wysokie tuby sprawiają wrażenie, że są to duże pojemności, ale okazują się standardowe- 250 ml. Oba pachną bardzo przyjemnie, ale ciężko mi zdefiniować czym konkretnie. Przypominają wszystkie te przyjemne wonie znane z produktów Pantene czy Elseve. Nic dominującego, tylko subtelny aromat. Zawartość też nie odbiega od innych tego typu kosmetyków.


Szampon ma formę gęstego żelu i dobrze się pieni. Okazał się bardzo wydajny, ponieważ po ponad miesiącu codziennego stosowania, mam go jeszcze połowę. W międzyczasie zużyłam całą odżywkę i rozpoczęłam drugą. Później okazało się, że mój mężczyzna też go używał ;) Z moich kalkulacji wynika, że szampon oraz dwie odżywki wystarczą mi na mniej więcej dwa miesiące. Świetnie radził sobie z oczyszczaniem mojej przetłuszczającej się skóry głowy. Do samego wieczora nie odczuwałam potrzeby używania suchego szamponu. Nawet na grzywce, która szybciej robi się nieestetyczna. 

Odżywka ma tradycyjną kremowo-żelową formę. Nie spływa z dłoni, więc dobrze nanosi się na włosy. Nakładałam ją wyłącznie na długość. Gładko rozprowadzała się na pasmach i równie dobrze, wypłukiwała. Działała dobrze, zmiękczała włosy, ułatwiała rozczesywanie. Nie zauważyłam, aby dodatkowo nabłyszczała. 


Działanie obu kosmetyków jest dobre. Od razu muszę nadmienić, że nie mają na celu odżywienia włosów. Zawierają silikony i SLSy, więc nie są to kosmetyki nawilżające i regenerujące. Mają za zadanie nadać fryzurze puszystości, objętości oraz odbić je u nasady. Moje już są zbyt długie, aby pomogły w tej ostatniej kwestii, ale z pozostałych wywiązały się całkowicie. Natomiast z zagęszczeniem nie miały nic wspólnego, no chyba że optycznym. I teraz sobie przypomniałam, że bardzo podobny efekt dawała mi maska L'Oreal Fibralogy /klik/. Z tym, że duet Johna Friedy przy regularnym stosowaniu okazał się niezbyt łaskawy dla moich włosów. Codzienne używanie kosmetyków z silikonami poskutkowało szorstkimi, suchymi końcówkami. Z tego powodu obecnie stosuję je na przemian z innymi i dzięki temu efekt się utrzymuje, a włosy pozostają w dobrej kondycji.

Serię Luxurious Volume bardzo polubiłam i przewiduję powrót do niej w przyszłości. Niestety bliżej nieokreślonej, ponieważ w planach mam jeszcze spróbowanie pozostałych kosmetyków L'Oreal Fibralogy (które mam nadzieję okażą się równie dobre, mimo że tańsze) oraz kolejnej serii Johna Friedy, czyli Full Repair.
_________________________________________

08.04.2014

Kokosowe masło / THE BODY SHOP


THE BODY SHOP  Coconut Butter

Kilka razy na blogu wspominałam o kokosowym maśle The Body Shop. Między innymi pojawiło się także w ulubieńcach miesiąca, co świadczy o tym że mam o nim bardzo dobrą opinię. Swojego zdania nie zmieniłam i doszłam do wniosku, że zasługuje na oddzielny wpis. Tym bardziej, że jego zawartość w tym miesiącu zniknie, więc chcę je opisać również dla siebie ;) 

THE BODY SHOP  Coconut Butter

Jak dobrze wiecie kosmetyki TBS nie należą do najtańszych i masło o pojemności 200 ml kosztuje 69 zł. Jeszcze nigdy nie zapłaciłam za ich kosmetyk pełnej ceny. Mają dużo ciekawych ofert promocyjnych, więc warto zaglądać do nich regularnie. Swój egzemplarz kupiłam za pół ceny, czyli coś około 35 zł. Wciąż sporo, ale jego działanie całkowicie wynagradza mi większy wydatek. Poza tym jest niezwykle wydajne, bo niewielka ilość potrzebna jest do pokrycia całego ciała.  

Wersja kokosowa ma inną konsystencję, która nie przypomina typowego masła. Jest zbite, treściwe, ale nie przysparza większych kłopotów przy aplikacji. Dosłownie topi się pod wpływem ciepła dłoni i gładko rozprowadza na skórze. Przypuszczam, że jest to spowodowane dużą zawartością masła shea, którego w czystej postaci jeszcze nie używałam. Bardzo spodobała mi się taka formuła.

THE BODY SHOP  Coconut Butter

Zawiera także masło kakaowe oraz olejek kokosowy. Dzięki całej tej mieszance jest bardzo odżywcze. Stosowałam je głównie zimą, a teraz wróciłam ponownie. Postanowiłam zużyć, aby nie zalegało do następnego, chłodniejszego sezonu. Przy przesuszonej skórze sprawdza się doskonale. Natychmiastowo koi podrażnione oraz wysuszone miejsca. Wchłania się stosunkowo szybko, ale pozostawia ochronną, nieklejącą powłoczkę. Bardzo dobrze zmiękcza i nawilża skórę. Efekt jest długotrwały, więc przy jego regularnym stosowaniu nie trzeba używać innych tego typu kosmetyków. Zawsze sięgam po nie wieczorem i nawet po porannym prysznicu odczuwam jeszcze dobroczynne działanie.

Zapach nie przypomina dobrze mi znanych słodkich kompozycji. Nie ma w sobie nic z typowego kokosa. Jest trochę mdły przy bezpośrednim kontakcie, ale na skórze pachnie bardzo przyjemnie. Każdy będzie odbierał go inaczej, więc polecam sprawdzić przed zakupem. Szczerze mnie oczarował, dlatego się na niego zdecydowałam.

Warto dać mu szansę, mimo że jest specyficzne ze względu na strukturę oraz zapach. Naprawdę uzależnia, nawet mnie, czyli osobę która nie zawsze ma ochotę na balsamowanie ;) Będę do niego wracać, chociaż The Body Shop kusi mnie innymi wariantami, jak na przykład masło migdałowe lub shea.
_________________________________________

07.04.2014

EMPTY / John Frieda, Vichy, Emma Hardie, Yves Rocher




Tym razem przegląd zużytych kosmetyków będzie skromny. I nawet dobrze, bo jak zbiera się tego zbyt dużo, to nie chce mi się tego opisywać ;) Najbardziej cieszę się, że udało mi się uporać z produktami, które szczerze mnie rozczarowały.
Tak było z balsamem oczyszczającym Emma Hardie (Moringa Cleansing Balm) /recenzja/. Słyszałam o nim wiele dobrych opinii, więc zderzenie z rzeczywistością było trochę szokujące. Faktycznie pozostawiał skórę miękką i odżywioną, jednak sama formuła oraz zapach bardzo zniechęcały. Balsam okazał się dosyć tłusty i zbyt bogaty dla mojej mieszanej cery. Poza tym nie był dedykowany do demakijażu twarzy. Na pewno do niego nie wrócę.


Tusz Max Factor Masterpiece Max /recenzja/ okazał się dobrym produktem. Przyzwoicie rozdzielał rzęsy, ładnie i naturalnie je podkreślał. Niestety jak większość tuszy tej firmy, momentalnie spływał. Teraz wiem, żeby sięgać tylko po wodoodporne maskary z Max Factor. 
Płyn do demakijażu oczu Rival de Loop to mój stały ulubieniec. Zawsze kupuję go w Rossmannie, kiedy jest przeceniony. Za 100 ml płacę około 3 zł i wystarcza mi na miesiąc używania. Rewelacyjnie radzi sobie z makijażem, nie uczulając i nie podrażniając wrażliwej skóry wokół oczu. 
Musiałam po niego sięgnąć ze względu na płyn micelarny Melisa /recenzja/, który służy tylko do przemywania twarzy. W tej kwestii sprawdził się naprawdę dobrze. Oczyszczał skórę, pielęgnował oraz dodatkowo nawilżał. Nie sięgnę po niego ponownie, ponieważ wolę wielofunkcyjne micele. 


Peeling roślinny do ciała Yves Rocher (Gommage Vegetal) nie doczekał się pełnej recenzji, bo jakoś na nią nie zasłużył ;) Zawierał całkiem spore drobinki ścierające i masował ciało, że aż miło. Jednak miał dosyć luźną, żelową konsystencję, która spływała z dłoni. Zapach też nie zachwycał, więc cieszę się że dostałam go jako gratis do zakupów. 
Odżywka do włosów John Frieda Luxurious Volume bardzo przypadła mi do gustu. Zawiera co prawda silikony, ale daje taki efekt jaki najbardziej lubię. Włosy dzięki niej są puszyste i wyglądają świeżo przez cały dzień. Nie zbijają się w nieestetyczne strąki. Szersza recenzja pojawi się wkrótce wraz z szamponem z tej serii. 
Kokosowy żel pod prysznic Original Source polubiłam od pierwszego użycia. Ogólnie często sięgam po kosmetyki tej firmy, bo podobają mi się ich kompozycje zapachowe. Kokosa na pewno będę używać na zmianę z wersją Macadamia&Mango. Pięknie pachną i dobrze odświeżają, ale potrafią lekko przesuszyć skórę. 


Antyperspirantu Vichy używam regularnie, dlatego też często pojawia się w zużyciach miesiąca. Nienachalnie pachnie i daje mi uczucie komfortu przez cały dzień. Sprawdza się fenomenalnie, dlatego zawsze kupuję zapas, kiedy jest w promocyjnej cenie w Super Pharm. 
Krem do rąk Lirene Ratunek /recenzja/ pomógł mi podczas wiosennych porządków uporać się z przesuszoną skórą rąk. Bardzo fajna treściwa konsystencja, która szybko się wchłania, powodując natychmiastowe ukojenie. Tubka jest mała, ale okazała się zupełnie wystarczająca. Na pewno spotkamy się jeszcze nieraz. 
Niestety inny kosmetyk tej firmy okazał się w moim przypadku bublem. Mowa o płynie łagodzącym do demakijażu oczu Lirene/recenzja/. Bardzo opornie zmywał, potrzebował dużo czasu na rozpuszczenie makijażu i na koniec jeszcze mnie uczulił. Dla własnego dobra radzę Wam omijać ;)
Ziaja kozie mleko jest moją ulubioną serią tej firmy i najczęściej kupuję z niej krem do rąk. Stał się ulubieńcem domu, więc używam go razem z moim mężczyzną. Doceniliśmy go za szybkie działanie oraz przyjemny zapach. Mogliby tylko zmienić opakowanie, bo sporo kosmetyku zostaje w środku, mimo że już nic nie wylatuje przez dozownik. 

Nie jest tego dużo, ale pocieszam się myślą, że w przyszłym miesiącu będzie lepiej ;) 
_________________________________________

05.04.2014

Relaksujący balsam do stóp / PAT&RUB


Mając dobre wspomnienia o balsamie rozgrzewającym do stóp Pat&Rub bez wahania zamówiłam kolejny. Tym razem wybrałam relaksujący, który pachnie trawą cytrynową i kokosem. Zapach poznałam już wcześniej dzięki miniaturce masła z Glossy Box. Cytrusowe aromaty nie należą do moich ulubionych i mogę je tolerować tylko w minimalnej ilości, więc nie kupiłabym z tej serii kosmetyku do ciała czy kremu do rąk. Jest bardzo orzeźwiający i dosyć intensywny przy aplikacji. Owszem czuć kokosa, ale w nieznacznym stopniu. Dla mnie za mało, wolałabym odwrócić proporcje ;) Dziwi mnie też, że nazwali tę serię Relaksującą. Zapach pasuje bardziej do Orzeźwiającej, która tak w ogóle jest subtelniejsza.


Nie przeszkodziło mi to w regularnym kremowaniu i dosyć szybko się przyzwyczaiłam. Na tyle, że właśnie sięgnął dna i przypomniałam sobie, że warto wspomnieć o nim na blogu. W kwestii działania nie jest tak dobry jak ten z serii rozgrzewającej, ale utrzymuje odpowiedni poziom nawilżenia. Stopy są w dobrej kondycji, a pięty zmiękczone. Na pewno nie poradzi sobie z pękającym i zrogowaciałym naskórkiem. Jak sama nazwa wskazuje jest to balsam, czyli lekka konsystencja i takie samo działanie. W moim przypadku zupełnie wystarczające, jednak dla mojego mężczyzny znikome. 

Odpowiada mi, ponieważ szybko się wchłania i nie pozostawia śliskiej powłoczki. Producent sugeruje aby używać go na kolana oraz łokcie. Nie stosowałam go systematycznie w tych rejonach, ale od czasu do czasu wcierałam balsam, kiedy wycisnęłam za dużo. Faktycznie pomagał, ale równie dobrze sprawdzał się na przykład krem z mocznikiem Isana, a cena nieporównywalna ;)


Kosmetyki Pat &Rub są dosyć drogie, ale w zamian otrzymujemy lepszy skład. W tym przypadku mamy masło shea, olejek z trawy cytrynowej, mocznik, witamina A i E oraz kilka ekstraktów roślinnych. Opakowanie jest bardzo wygodne, typu airless. Zawiera 100 ml i kosztuje 39 zł. Oczywiście kupiłam go znacznie taniej dzięki akcjom rabatowym, które dodatkowo się sumują. Jeśli kiedyś ponownie trafię tak dobrą okazję, na pewno się na niego skuszę. Jednak ze względu na zapach nie będę za nim bardzo tęsknić.

 - Produkt wegański, nietestowany na zwierzętach.

.

JAKO AUTORKA BLOGA NIE WYRAŻAM ZGODY NA KOPIOWANIE, POWIELANIE LUB JAKIEKOLWIEK INNE WYKORZYSTYWANIE W CAŁOŚCI LUB WE FRAGMENTACH TEKSTÓW I ZDJĘĆ Z SERWISU INTERNETOWEGO www.iwetto.com BEZ MOJEJ WIEDZY I ZGODY (PODSTAWA PRAWNA: DZ. U. 94 NR 24 POZ. 83, SPROST.: DZ. U. 94 NR 43 POZ. 170).