31.05.2014

Majowe love / GUERLAIN, CHLOE, THE BALM, BATH&BODY WORKS, BOBBI BROWN



I nastał ten dzień, czyli ostatni majowy. Maj to miesiąc moich imienin i doczekałam się upragnionego prezentu, czyli wody toaletowej Chloe de Roses. Wiecie, że uwielbiam różane zapachy, a ten oczarował mnie od pierwszego powąchania. Od razu wzięłam w Sephorze odlewkę i już po jednym dniu wiedziałam, że to będzie miłość. Czuję się w nim cudownie, tak dobrze jak w Moment de Bonheur Yves Rocher. Wydają się podobne, tylko ten drugi jest trochę ostrzejszy. Propozycja Chloe okazała się ideałem na co dzień. Z innych różanych nowości zakochałam się w balsamie Rose Salve firmy Bath&Body Works. Pachnie subtelnie, ma bardzo przyjemną konsystencję (nietłustą) i cudownie pielęgnuje! Można go aplikować w każdym przesuszonym miejscu, ale ja stosuję tylko na usta. Przebił mojego ulubionego Carmexa ;) Nawilża i przynosi natychmiastowe ukojenie. Innym świetnym kosmetykiem okazała się baza pod cienie The Balm Put a lid on it. Kupiłam ją w ciemno, kiedy likwidowano Marionnaud. Nie wiązałam z nią wielkich nadziei, więc jej działanie okazało się ogromnym zaskoczeniem. Ma lekką formułę, łatwo rozprowadza się na powiekach i przedłuża trwałość każdego cienia. Prawdopodobnie okaże się lepsza od mojej dotychczasowej faworytki, czyli Urban Decay Eyeshadow Primer Potion. Wróżę nam świetlaną przyszłość ;) Tak samo jak prasowanym meteorkom Guerlain #00 Blanc de Perle. Nie mają takiej rozświetlającej mocy jak kulki, ale rewelacyjnie wybielają. Cera staje się jaśniejsza, co bardzo przydaje się przy ciemniejszych podkładach. Głównie w tym celu kupiłam ten prasowany puder i  miałam okazję przekonać się przy fluidzie L'Oreal Infallible, że doskonale spełnia się w tej roli. Identycznie jest z linerem Bobbi Brown. Kupiłam go ponownie, co powinno być najlepszą rekomendacją. Tak jak wcześniej wybrałam odcień Caviar Ink, czyli coś pomiędzy czernią a brązem. Ideał przy codziennym makijażu. Kreski są trwałe, jednolite i trzymają się cały dzień. W końcu eyeliner, który daje mi gwarancję nieskazitelnego wyglądu aż do samego wieczora. 
Każdy z tych kosmetyków szczerze polecam :) 
_________________________________________

30.05.2014

Orzeźwiające masło / PAT & RUB Refreshing Body Butter

 PAT & RUB Refreshing Body Butter

W życiu bym nie przypuszczała, że znajdę kosmetyk o zapachu Vibovitu. Takie mam właśnie skojarzenie kiedy używam masła Pat&Rub z serii orzeźwiającej. Faktycznie jest cytrusowy, lekko słodki, na swój sposób specyficzny. Na opakowaniu jest opisany jako połączenie pomarańczy, grejpfruta oraz ziół. Świadomie raczej nie wybrałabym tej wersji, bo nie przepadam za wonią cytrusów w kosmetykach. Z tego powodu cieszę się, że otrzymałam je na spotkaniu blogerek. Ominęłoby mnie coś naprawdę ciekawego! I tak jak lubiłam zanurzać palca w torebce z witaminowym proszkiem, tak samo lubię sięgać po masło :)

 PAT & RUB Refreshing Body Butter

Producent wodzi na pokuszenie samym opisem konsystencji, bo określił ją tortowym kremem. Jest bardzo gładka, niezwykle przyjemna i jednolita. Wydaje mi się zupełnie inna od wielu dobrze znanych mi kosmetyków do pielęgnacji ciała. To moje pierwsze masło tej marki, więc jeśli pozostałe są takie same, to zostałam całkowicie do nich przekonana. Żadne reklamy nie są mi już potrzebne, mimo że do najtańszych nie należą. Ten egzemplarz kosztuje 69 zł, ale na stronie Pat &Rub często można trafić na dobre okazje.

Warto się skusić ze względu na certyfikowane oraz naturalne składniki. Zapomniałam zrobić zdjęcie składu, ale wszystko można wyczytać na stronie. Marka nie ma nic do ukrycia ;) W skrócie napiszę, że zawiera masło shea, kakaowe oraz oliwkowe. Do tego olej babassu, skwalan (twór z oliwek), ekstrakt z cytryny, roślinna gliceryna oraz witamina E.

 PAT & RUB Refreshing Body Butter

A działanie? Doskonałe! Opakowanie zwiera 250 ml i mogłoby się wydawać, że to niewiele. Jednak cechuje je duża wydajność, bo niewielka ilość potrzebna jest do pokrycia całego ciała. Można oczywiście więcej, ale wtedy zaczyna mazać się na skórze i potrzebna jest dłuższa chwila do całkowitego wchłonięcia. Ja wolę zanurzyć palce i to co na nich zostanie rozprowadzić. Dzięki temu aplikuję odpowiednią ilość, która w zupełności wystarcza. Bo masło mimo że kremowe i lekkie, jest bardzo odżywcze. Cudownie nawilża, przynosi natychmiastowe ukojenie oraz poprawia elastyczność skóry. Staje się mięciutka, otulona subtelną warstewką. Nie jest tłusta, ani klejąca. Masło lubię stosować przed snem i nawet rano czuję dobroczynne działanie. Czuję się komfortowo i świetnie we własnej skórze, a tego nie może zagwarantować każdy kosmetyk ;)

 - Produkt wegański, nietestowany na zwierzętach.

29.05.2014

SHARE YOUR LOVE vol 2 / You Tube



W stolicy od dwóch dni pada, jest szaro i deszczowo, dosłownie ciemno. U Was pewnie podobnie. Pogoda sprzyja oglądaniu i dlatego postanowiłam zrobić małego offtopa. Chcę Wam pokazać kilka ulubionych kanałów urodowych z You Tube! A tak szczerze, to nie zrobiłam zdjęć kosmetyków na dzisiaj ;) Miniony weekend spędziłam poza miastem, więc nie byłam w stanie ich przygotować. Mam jednak nadzieję, że spodoba Wam się temat zastępczy, bo od dawna planowałam kolejną odsłonę "Share Your Love". Skupię się na zagranicznych kanałach, bo polskie znamy wszyscy. 
Estee czyli Essiebutton, to moja niekwestionowana Guru. Inni mogą się od niej uczyć i nie chodzi mi o to, że jest super makijażystką czy znawczynią tematu. Przede wszystkim jest sobą, czyli uroczą kobietą z fajnym poczuciem humoru, świetnym stylem i dużym dystansem do siebie. Oglądam ją od dawna i cienię sobie jej opinię. Polecam nie tylko jej kanał urodowy, ale też vlogi oraz bloga!
Ashley czyli MakeupTIA może to dziwnie, zabrzmi ale jest miłą odmianą od jej rodaczek, czyli wrzaskliwych amerykanek. W przeciwieństwie do nich skupia się też na kosmetykach do pielęgnacji. Nie wiem czy też zauważyliście ten podział, ale amerykanki ogólnie recenzują kolorówkę, a angielki więcej produktów pielęgnacyjnych ;) Nie generalizuję, tylko takie odnoszę wrażenie. Wracając do Ashley, bardzo lubię jej filmiki, które są dopięte na ostatni guziki. Opowiada jakby  była spikerką telewizyjną, praktycznie bez zająknięcia.
Hannah czyli Hannah Georgina Lubię słuchać jej akcentu. Poza tym niezwykle interesują mnie kosmetyki, które recenzuje. Robi to bardzo rzetelnie, a jej kanał jest wolny od sponsorów, dlatego często to co rekomenduje, ląduje na mojej zakupowej liście. 
Gemma czyli Gemsmaquillage  poznałam dzięki Estee i bardzo polubiłam. Jest niezwykle sympatyczna i naturalna. Oprócz kanału urodowego, posiada drugi poświęcony zdrowemu odżywianiu. Oba bardzo lubię i regularnie oglądam. Ostatnio przeprowadziła się do własnego domu, więc dodaje także filmiki z aranżacją wnętrz, co też mnie niezwykle interesuje. Marzy mi się identyczna łazienka! Czerpię od niej sporo inspiracji. 
Julia Graf czyli MissChievous tworzy niezwykłe makijaże i na tym głównie skupia się w filmikach urodowych. Podoba mi się też seria filmików "unboxing", czyli co otrzymała od firm kosmetycznych. Ale najbardziej cenię sobie jej drugi kanał, na którym pokazuje jak być fit i zdrowo się odżywiać. Podziwiam ją za to jak świetnie sama sobie poradziła. Niezwykle motywuje do działania!
 Jeśli macie swoje ulubione kanały, koniecznie dajcie znać w komentarzach!
_________________________________________

28.05.2014

Niezawodny? / L'OREAL Infallible 24h Stay Fresh Foundation


L'Oreal Paris jest moją ulubioną marką drogeryjną. Mam kilku faworytów z ich asortymentu, o których planuję niedługo napisać posta. Natomiast dawno nie miałam żadnego kosmetyku do makijażu twarzy. Jakoś zawsze omijałam ich podkłady mimo, że uwielbiam cienie, linery, pomadki oraz tusze. Z tego powodu cieszę się, że miałam możliwość przetestowania ich nowości Infallible. Wybrałam go głównie ze względu na obietnice producenta. Oprócz długiej trwałości ma być również odporny na ścieranie, gwarantować krycie niedoskonałości bez wysuszenia, błyszczenia oraz efektu maski. Zawiera kompleks z kwasem hialuronowym, więc ma dodatkowo nawilżać. Chroni też przed promieniowaniem, bo posiada filtr SPF 18.

Dostępnych jest siedem kolorów. Wybrałam najjaśniejszy, czyli #125 Natural Rose. Na rynku europejskim są jeszcze dwa jaśniejsze i sądzę, że niższy numer pasowałby o wiele lepiej do mojej karnacji. Ten mimo że jest neutralnym beżem (niech nie zmyli Was nazwa, nie ma różowych tonów) nie odpowiada mi, bo ciemnieje. Gdyby jego odcień był taki jak zaraz po nałożeniu, nie byłoby problemu. Niestety kilka minut po aplikacji zmienia się na pomarańczowy. Z tego powodu darowałam sobie robienie swatchy. Żeby dobrze na mnie wyglądał muszę się wspomagać prasowanym pudrem Guerlain Meteorites #00 Blanc de Perle, który ma właściwości wybielające. Dzięki temu fluid prezentuje się naturalnie i nie odcina od reszty. Cera wygląda promiennie i świeżo.


Dobrze się aplikuje przy pomocy pędzla lub gąbeczki. Ma lekką, nie spływającą konsystencję o intensywnej pigmentacji. Sądzę, że gdyby odcień bardziej mi pasował, bez problemu uzyskałabym przy jego pomocy pełne krycie. Niestety jest jak jest, więc nakładam go oszczędnie, dzięki czemu wyrównuję tylko koloryt. Nie pozostawia tradycyjnego matu, tylko lekko świecący efekt - typowy dla podkładów nawilżających. Z racji tego, że muszę go utrwalić pudrem Guerlain, zupełnie mi on nie przeszkadza. Moja cera mieszana nawet polubiła jego właściwości, ale tylko w pierwszej połowie dnia ;) W drugiej niestety świecenie jest już widoczne na całej twarzy. Całe szczęście, że się nie waży i znika równomiernie. Wbrew obietnicom producenta potrafi się zetrzeć. Przypuszczam, że może to też zależeć od rodzaju cery, ale w przypadku tego kosmetyku marka L'oreal nie określiła komu go dedykuje. Przypuszczam, że cery normalne oraz suche będą z niego bardziej zadowolone, niż mieszane. Tłustym raczej odradzam. 

Używałam go regularnie przez ostatnie dwa miesiące (specjalnie nawet sprawdziłam na Instagramie ;) i muszę dodać, że ma bardzo dobry wpływ na cerę. Z racji tego, że często borykam się zaskórnikami i większość drogeryjnych fluidów mnie po prostu zapycha, Infallible pozytywnie mnie zaskoczył. Faktycznie nawilżył cerę, ale nie pojawiły się nowe grudki ani wągry. Kolejną istotną kwestią jest dla mnie zapach. W tym przypadku bardzo subtelny, więc nie męczy przy częstym stosowaniu.


Z kwestii technicznych pragnę jeszcze wspomnieć o opakowaniu. Proste, eleganckie i funkcjonalne. Butelka jest tradycyjnie wykonana ze szkła. Pompka jest już bardziej nietypowa, bo kwadratowa. Potrafi się ubrudzić, ale dobrze dozuje kosmetyk. Zawsze nabieram tyle ile potrzebuję. Podkład L'Oreal Paris jest też wydajny. Chociaż jak wspominałam wcześniej nakładam go w mniejszym stopniu. Sądzę, że te 30 ml posłuży mi znacznie dłużej niż 12  miesięcy, jakie przewiduje producent na zużycie. Jego cena waha się od 45 do 65 zł.

Muszę Wam wyznać, że byłabym z niego bardzo zadowolona, gdyby nie sam odcień. Smutny jest fakt, że w Polsce gama kolorystyczna wielu kosmetyków ma zawsze więcej ciemniejszych odcieni, niż jaśniejszych. Gdyby miał kolor odpowiadający mojej karnacji, Infallible stałby się moim ideałem. Lubię nawilżające podkłady, bo dobrze pielęgnują cerę, a utrwalone pudrem matującym nie powodują świecenia. Teraz zastanawiam się czy powinnam zainwestować w True Match ;) Jeśli go używaliście, dajcie znać czy warto!
_________________________________________

27.05.2014

Demure Vix / ESSIE



Przedstawiam kolejny lakier Essie, na który warto zwrócić uwagę. Demure Vix spodobał mi się od pierwszego wejrzenia. Nieraz miałam spory dylemat patrząc na buteleczki ustawione w rzędach. Wszytskie zachęcały do zakupu, więc z każdą minutą decyzja stawała się coraz trudniejsza. W tym przypadku była natychmiastowa! Byłam tylko ciekawa czy okaże się kryjący czy bardziej transparentny - mleczny. Na szczęście spełnił moje oczekiwania i zakrywa równomiernie płytkę już po dwóch cienkich warstwach. 




Demure Vix jest odcieniem nietypowym. Z pozoru wygląda przeciętnie, ale tak naprawdę jest kolejnym kolorem w szafie Essie, który ciężko zdefiniować. Przypomina rozbielone kakao z domieszką fioletowego shimmeru. Na pierwszy rzut oka jest niewidoczny, zaczyna się mienić dopiero w pełnym słońcu. Nawet nie próbowałam uchwycić tego zjawiska ;) Według mnie na paznokciach wygląda jak rozbielony mauve z kremowym wykończeniem. 


Na temat jakości mogę tradycyjnie pisać same peany. Jak wspomniałam pełne krycie uzyskuję już przy dwóch warstwach. Oczywiście bez smużenia, bąbelkowania oraz nierówności. Wszystko dzięki lekkiej konsystencji oraz szerokiemu pędzelkowi. Maluje się raz dwa, wysycha trochę dłużej (ale ja dodatkowo posiłkuję się Seche Vite) i świetnie trzyma się na paznokciach. Także współpraca z nim to prawdziwa przyjemność, a sam efekt idealny na każdą okazję :)
_________________________________________

26.05.2014

Wytrwały korektor / COLLECTION Lasting Perfection Concealer


Wydawało mi się, że trwały korektor to mit. Nieraz kamuflowałam pojedyncze niedoskonałości w nadziei, że będą niewidoczne przez cały dzień. Rozczarowanie było ogromne, kiedy w połowie dnia spoglądałam w lustro i widziałam wszystkie przebarwienia na wierzchu. Podkład trzymał się nieskazitelnie, więc tym bardziej je uwydatniał. Wyglądało to komicznie, cera jednolita, a pojedyncze punkty widoczne. Dopiero korektor firmy Collection okazał się naprawdę dobry. Firma pochodzi z Anglii i jej oferta nie jest u nas bezpośrednio dostępna. Na szczęście wiele drogerii internetowych ma go w sprzedaży, a cena waha się od 25 do 35 zł.


Opakowanie jak widzicie jest już wysłużone. Tak naprawdę napisy ścierają się momentalnie pod wpływem ciepła dłoni. Jest to o tyle niewygodne, że wszystko zostaje na palcach. Wykonując makijaż można się przez przypadek ubrudzić. Mam nadzieję, że w przyszłości usuną ten defekt. Natomiast cała reszta jest bez zarzutu i wykonana tradycyjnie. Aplikator to typowa gąbeczka. 


Dostępny jest w czterech kolorach. Posiadam najjaśniejszy #1 Fair. Nie każdemu będzie odpowiadać, ponieważ ma różowe tony, a na dodatek ciemnieje. Może wydać się to wadą, ale w moim przypadku praktycznie stapia się z odcieniem skóry. Muszę tylko uważać, kiedy nakładam bardziej beżowe podkłady, bo wtedy potrafi być widoczny. Wszystko jest jednak do opanowania. Wystarczy delikatnie go w wklepać, w małej ilości. 


Najważniejsze jest krycie oraz fakt, że długo utrzymuje się na skórze. I tutaj pragnę zaznaczyć, że owszem wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie, ale tylko nakładany na pojedyncze wypryski lub przebarwienia. Zauważyłam, że nałożony już na gotowy makijaż, czyli na podkład oraz puder, trzyma się znacznie dłużej. Pozostawia matowe wykończenie i jest świetnie napigmentowany. Ma beztłuszczową, treściwą i lekko pudrową konsystencję. Momentalnie zastyga i wytrzymuje do wieczornego demakijażu. Stosowany pod oczy potrafi się zebrać w zmarszczkach mimicznych. Poza tym wydaje mi się zbyt ciężki  i wysuszający. Wolę lżejszą oraz bardziej rozświetlającą formułę, którą ma korektor w pędzelku L'Oreal Lumi Magique

Kolejną zaletą jest fakt, że nie zapycha. Dobrym kryciem na przykład cechował się kamuflaż Catrice, ale stosowany regularnie powodował większą ilość zaskórników, grudek a czasami też pryszczy. Collection oszczędził mi tych dodatkowych atrakcji i chyba dlatego polubiłam go najbardziej.
_________________________________________

23.05.2014

Hydroaktywny żel pod oczy / OILLAN BALANCE


Wspominałam ostatnio o ulubionym kremie pod oczy, który stosuję na noc, czyli Estee Lauder Revitalizing Supreme Global Anti-Aging Eye Balm. Dzisiaj natomiast chciałam napisać kilka słów o "kremie na dzień". Hydro-aktywny żel Oillan Balance to nowość w ofercie marki. Do tej pory sądziłam, że jest dedykowana dzieciom, dlatego ten kosmetyk był dla mnie zaskoczeniem. Okazuje się, że seria Balance została stworzona dla cery suchej, wrażliwej i podatnej na alergie. Tak naprawdę każdy może po nią sięgnąć, niezależnie od wieku. 


Tubka zawiera 15 ml i jej cena waha się od 11 do 16 zł. Swój egzemplarz otrzymałam na spotkaniu blogerek. Kosmetyk ma postać lekkiego żelu, który przy kontakcie ze skórą staje się trochę wodnisty. Dobrze się rozprowadza i szybko wchłania. Pozostawia minimalne uczucie ściągnięcia, ale po aplikacji korektora ustępuje. W tym celu sprawdza się najlepiej, czyli stosowany pod makijaż. Producent obiecuje, że skóra stanie się wygładzona oraz elastyczna, ale ja nic takiego nie zauważyłam. W moim odczuciu nie posiada też wybitnych właściwości nawilżających. Nie mam problemu z obrzękami czy cieniami pod oczami, więc nie wiem czy poradzi sobie z takim wyzwaniem. Raczej wątpię. Na korzyść natomiast muszę mu zaliczyć brak zapachu, barwników oraz parabenów.


Ważny jest przez pół roku od otwarcia i bez problemu można go zużyć w tym terminie, stosując raz dziennie. Do jednorazowej aplikacji wystarcza ilość jaką pokazałam na zdjęciu. Żel stosuję ponad 4 miesiące i mam wrażenie, że tubka nie ma dna. Ta wydajność mnie przytłacza ;) Wolałabym otworzyć już coś nowego, bo potrzebuję lepszych efektów. Szkoda, że opakowanie nie jest bardziej przezroczyste i nie widzę ile mi jeszcze zostało. Zawsze to byłoby jakieś pocieszenie.  
Podsumowując nie jest to kosmetyk, który spełnił obietnice. Nadal go używam, bo dobrze chroni cienką skórę pod oczami przed wysuszającym działaniem korektora, ale nic ponad to. Jeśli znacie coś fajnego i lekkiego na dzień, wszelkie wskazówki są mile widziane. Albo napiszcie chociaż czego nie polecacie ;)
_________________________________________

21.05.2014

Suchy szampon / DOVE Dry Shampoo

DOVE Dry Shampoo

Nareszcie problem z przyklapniętą fryzurą mam z głowy ;) Odkąd na naszym rynku pojawiły się suche szampony sięgam po nie regularnie. Stały się powszechnie dostępne i coraz więcej firm wprowadza je do swojej oferty. O szamponie Dove dowiedziałam się z zagranicznych blogów oraz filmików You Tube. Miałam cichą nadzieję, że zagości także na polskich półkach. Kiedy zobaczyłam go w Rossmannie od razu trafił do koszyka. Zapłaciłam za niego 19 zł. Powinnam poczekać cierpliwie na jakąś dobrą promocję, ale zżerała mnie ciekawość. Naczytałam się i nasłuchałam tyle dobrego, że nie mogłam już dłużej czekać. Poza tym prosty design całkowicie trafił w mój gust. Taki minimalizm niezwykle mi się podoba!

DOVE Dry Shampoo

Opakowanie zawiera 200 ml kosmetyku. Atomizer nie zacina się i równomiernie rozpyla. Mam nadzieję, że w innych egzemplarzach również będzie działać bez zarzutu. Szampon jest całkiem wydajny. Oczywiście wszystko zależy od tego w jakim celu się go kupiło. Najczęściej używam go, żeby odświeżyć fryzurę. Nie zastępuję nim typowego mycia, bo Dove nie do końca sobie z tym radzi. Nie jest tak bardzo skoncentrowany jak Batiste i gorzej myje. Działa to jednak na jego korzyść, ponieważ nie zostawia białego nalotu i nie matowi. Świetnie sprawdza się jeśli chcę unieść włosy u nasady, dodać fryzurze objętości i utrzymać ją w takim stanie przez cały dzień. Producent zaleca, aby wyczesać jego nadmiar. Przez to, że jest taki subtelny pomijam ten krok i zostawiam na cały dzień. Dzięki temu oczyszcza i absorbuje nadmiar sebum. Przy mojej przetłuszczającej się skórze głowy spisuje się doskonale, a włosy do samego wieczora są świeże. Tak samo grzywka, która do tej pory była moją zmorą i w drugiej połowie dnia wyglądała już nieestetycznie. 

DOVE Dry Shampoo

Na koniec zostawiłam sobie najważniejszą kwestię: zapach. Miałam już kilka innych suchych szamponów i według mnie Dove jest najbardziej intensywny. Tworzy wręcz duszącą chmurę podczas rozpylania, co w mojej małej łazience daje uczucie dyskomfortu. Muszę za każdym razem otwierać drzwi, aby mieć świeży dopływ powietrza ;)  Pachnie całkiem przyjemnie, bo owocowo, ale w tak dużej ilości nie potrafię tego znieść. Utrzymuje się długo na włosach i kłóci się z perfumami. Z tego powodu nie jestem w stanie stosować go regularnie. Odpowiada mi pod każdym innym względem, więc pewnie będę do niego wracać.
_________________________________________

20.05.2014

Bond With Whomever /ESSIE



Kolejny raz pomalowałam paznokcie Bond With Womever Essie i uświadomiłam sobie, że odkąd zaczęła się wiosna sięgam po niego notorycznie. Swoim fioletowo - liliowym kolorem idealnie wpasowuje się w pogodową aurę. Może dlatego, że przywodzi mi na myśl bez, a maj to jego pora kwitnienia. Patrząc na paznokcie, aż czuję jego zapach. Nastraja mnie pozytywnie, a do tego jest niezobowiązujący i pasuje do każdego stroju, niezależnie od tego czy mamy ochotę wyskoczyć na rower, założyć romantyczną sukienkę czy coś bardziej eleganckiego. Doskonale  prezentuje się na każdej długości paznokcia. 



Pochodzi z kolekcji Medison Ave-Hue z 2013 roku. Swój egzemplarz kupiłam w Hebe za 16 zł. Była to naprawdę świetna okazja, ponieważ jakość samej emalii jak zawsze zachwyca. Trwałość jest bez zarzutu, tak samo konsystencja. Nic się nie rozlewa po skórkach, nie bąbelkuje i nie smuży. Do pokrycia płytki wystarczą dwie cienkie warstwy. Nie wysycha zbyt szybko, dlatego wspomagam się Essie Good to Go. Moja wersja jest europejska, więc ma szeroki pędzelek. Odpowiada mi pod każdym względem, bo równomiernie rozprowadza lakier i pozwala na szybkie oraz precyzyjne wykonanie manicure.

Ten kolor totalnie mnie oczarował i chyba przyznacie, że jest śliczny? Zachęcam też do obejrzenia innych moich ulubieńców w tej kolorystyce: Odcienie fioletu
_________________________________________

19.05.2014

Revitalize Your Eyes / ESTEE LAUDER



Kosmetyki marek selektywnych sporadycznie goszczą na moim blogu. Muszą mnie naprawdę zachwycić, abym mogła zdecydować się na pełnowymiarowe opakowanie. W tym przypadku jestem bardzo ostrożna i często staram się na początku zdobyć próbkę lub miniaturkę, aby podjąć decyzję o zakupie. Tak właśnie było z zestawem Estee Lauder Revitalize Your Eyes, który udało mi się kupić w Douglasie za 39 zł. W jego skład wchodzi krem pod oczy Revitalizing Supreme Global Anti-Aging Eye Balm oraz tusz Sumptuous Extreme Lash Multiplying Volume Mascara w odcieniu 01 Extreme Black. Nazwy mają imponujące ;) 


Z tego co zauważyłam, to krem pod oczy kupiony w takiej postaci wypada bardzo korzystnie cenowo. Słoiczek zawiera 5 ml, natomiast tradycyjny 15 ml i kosztuje około 240 zł. Nie trzeba być matematykiem, żeby wiedzieć, że się opłaca. Warto też się zainteresować ze względu na działanie. Co prawda nie mam większych problemów z przebarwieniami czy opuchlizną i nie oczekuję też wygładzenia zmarszczek mimicznych, ale potrzebuję solidnej dawki nawilżenia. W tym przypadku sprawdził się bardzo dobrze. Nie podrażnił i nie spowodował szczypania, nawet jeśli dostał się do oczu. Nie spowodował też łzawienia. 

Przeznaczony jest do każdego rodzaju skóry. Ma postać lekkiego kremu o blado różowym zabarwieniu. Podobno zawiera drobinki rozświetlające, których szczerze mówiąc nie zauważyłam (może w świetle dziennym są lepiej widoczne). Przyjemnie i nienachalnie pachnie, ale tylko przy aplikacji. Szybko się wchłania nie pozostawiając lepkiej warstwy, ani ściągniętej skóry. Dedykowany jest do stosowania pod makijaż, ale używałam go przed snem wklepując podwójną warstwę. Mimo takiej hojnej aplikacji wystarczył mi prawie na dwa miesiące codziennego używania. Wnioskuję, że pełnowymiarowy słoiczek bez problemu można zużyć w terminie 6 miesięcy (czyli tyle ile wyznaczył producent). 


Pogrubiający tusz Sumptuous Extreme okazał się słabszym ogniwem zestawu. Głównie ze względu na szczoteczkę. Osobiście preferuję silikonowe oraz mniejszych rozmiarów. W tym przypadku od razu widać, że w porównaniu do samego opakowania jest dosyć duża. Niezbyt wygodna i nie potrafiłam podkreślić  nią najmniejszych rzęs. Co do samej formuły, to nie mam zastrzeżeń. Konsystencja jest idealna i od pierwszego otwarcia gotowa do użycia. Jakość jest naprawdę dobra, jak przystało na kosmetyk z tej półki cenowej. Bez problemu można stopniować efekt od naturalnego po ten bardziej dramatyczny. Tusz się nie kruszy i nie powstają grudki. Równomiernie pokrywa rzęsy, a czerń jest idealna. Dobrze też wypada w kwestii trwałości. Nie jest wodoodporny, jednak przy moich łzawiących oczach wytrzymywał cały dzień. 

Ten zestaw obecnie jest dostępny, ale z korektorem pod oczy zamiast tuszu. Żałuję, że nie udało mi się go kupić przy ostatnich zakupach w Douglasie. Na pewno będę się za nim rozglądać, bo dla tego kremu warto!
_________________________________________

16.05.2014

Noc zakupów / BATH & BODY WORKS, DOUGLAS


Wspomniałam wczoraj na Facebooku, że w Galerii Mokotów odbędzie się noc zakupów. Wiele sklepów przyłączyło się do akcji i między godziną 19 a 23 oferowali spore rabaty. Dla przykładu Phenome, Sephora, Douglas oraz Super Pharm przecenili cały asortyment o 20-25 %.  Ostatnio pisałam, że nie mam nic konkretnego w planach, ale nie mogłam przepuścić okazji w Bath & Body Works. Otóż przy zakupie minimum trzech kosmetyków dostawało się 40 % rabatu. Takiej oferty chyba jeszcze nie mieli i nawet pracujące tam hostessy przyznały, że jest bardzo korzystna. No więc trochę zaszalałam ;) Zdjęcia niestety średniej jakości, bo dzisiaj od rana szaruga, ale skoro już obiecałam, to pokazuję. 

Kosmetyki Bath & Body Works są u nas trudno dostępne, bo istnieją tylko dwa salony w Warszawie. Sądzę że to kwestia czasu, bo należy do tego samego koncernu co MAC oraz The Body Shop. W każdym razie BBW do najtańszych nie należy, dlatego podam ceny, żebyście mogli się lepiej rozeznać. Kosmetyki mimo że drogie, mają oryginalne i bardzo przyjemne kompozycje zapachowe. Kiedy zbliżałam się do sklepu czułam ten odurzający aromat. Naprawdę ciężko przejść obojętnie, bo dosłownie otumania. W środku natomiast trudno się w tym wszystkim rozeznać. Półki pełne towaru aż przytłaczają, a kolorowe flakoniki wręcz onieśmielają. Dlatego zasięgnęłam porady u hostess, które były niezwykle pomocne. 

Zdecydowałam się na dwa zestawy balsamów do ciała oraz żeli pod prysznic z serii "travel size" (88 ml sztuka). Wybrałam Coconut Lime Breeze oraz Cashmere Glow. Każda buteleczka kosztuje 19.90 w standardowej cenie. Różany balsam do ust 25 zł, a peelingi do stóp w wersji mini 29 zł. Wariackie ceny jak za takie pojemności ;) Poza tym kupiłam 3 żele antybakteryjne do rąk (7.99 jedna sztuka) o zapachu Midnight Pomegrante, Ice Cream Dream (polecam! jak prawdziwe lody) oraz Lemon Meringue Tart. Nie mogło też zabraknąć mydeł do rąk w postaci pianki (29 zł). Obecnie używam Sea Island Cotton i jestem nim szczerze oczarowana, zapach jest świeży i niezwykle przyjemny. Rozważałam ponowy zakup, ale ostatecznie do koszyka wpadł Midnight Pomegrante oraz Vanilla Butter Cream.

Świeczki to był pierwszy punkt na zakupowej liście. Mam już jedną, więc wiedziałam że warto się skusić. Nie mogłam tylko odnaleźć się w ich zapachach, bo są dosyć specyficzne. Zupełnie inne niż Yankee Candle. Doszłam do wniosku, że wezmę trzy mniejsze na próbę (39 zł) i może w przyszłości sięgnę po pełnowymiarowe. Spodobał mi się subtelny kwiatowo-owocowy zapach Sweet Pea Pois Delicat, mocno ananasowy Pineapple &Mango oraz waniliowy Frosted Cupcake. 


Odwiedziłam też Douglasa, ponieważ od dawna chciałam kupić żelowy eyeliner Bobbi Brown. Miałam go wcześniej i na przestrzeni tych kilku lat nie trafiłam na lepszy egzemplarz. Ponownie wybrałam ocień #27 Caviar Ink. Możecie poczytać o nim więcej w recenzji, bo moje zdanie na jego temat do dzisiaj się nie zmieniło. Utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że jest najlepszy wśród najlepszych ;)


Na koniec weszłam jeszcze do Super Pharm, ale kolejki były duże, ludzi mnóstwo, więc sobie odpuściłam. W sumie nic konkretnego nie miałam na uwadze i wolałam nie kusić już losu ;)
_________________________________________

14.05.2014

Otulający balsam do rąk // PAT&RUB


Seria otulająca marki Pat&Rub wywołała we mnie duże zainteresowanie, kiedy tylko się pojawiła. Początkowo była to wersja limitowana, ale na szczęście weszła do stałej oferty i dodatkowo została rozszerzona o nowe produkty. Bardzo z tego powodu się cieszę, bo chyba stanie się moją ulubioną. Głównie ze względu na zapach. Łączy w sobie nuty cytryny, karmelu oraz wanilii. Zapach jest słodki, a jednocześnie orzeźwiający. Kompozycja niezwykle przyjemna w odbiorze i sądzę, że polubi ją większość z Was. W każdym razie jestem nią oczarowana i do tej pory skusiłam się na peeling do ciała (opiszę wkrótce) oraz na balsam do rąk, o którym chcę dzisiaj wspomnieć. Kupiłam go pod koniec zeszłego roku, podczas jakiejś akcji promocyjnej. Opakowanie z pompką zawiera 100 ml kosmetyku i normalnie kosztuje 45 zł (obecnie trochę mniej, bo około 38).


Nazwa dobrze odzwierciedla jego konsystencję, bo jest to typowy balsam. Jak to określił producent: lekki i aksamitny, dzięki czemu doskonale się wchłania. I faktycznie niewielka ilość kosmetyku momentalnie wsiąka, nie pozostawiając żadnej powłoczki. Natomiast większa już trochę się maże, pewnie ze względu na dużą zawartość oleju słonecznikowego oraz masła z oliwek i awokado. Wystarczy jednak pozostawić na dłużej i bez problemu się wchłonie. Lubię taki zabieg stosować na stopach. Tak, dobrze czytacie ;) Często kosmetyki do rąk aplikuję też na pięty. W tym przypadku działanie jest średnie, więc na pewno przy najbliższej okazji zamówię dedykowany do nich balsam.


Za to z dłoniami radzi sobie nad wyraz dobrze. Moje nie wymagają specjalnej pielęgnacji i smaruję je raz dziennie, przed snem. Skóra staje się miękka, elastyczna i nawilżona. Większego odżywienia nie zauważyłam. Muszę przyznać, że miałam lepsze produkty. Chociażby krem Kamill, który według mnie radził sobie zdecydowanie lepiej, a kosztuje mniej (50 ml około 9 zł). Polubiłam jednak zapach tego balsamu oraz samo opakowanie. Bardzo poręczne, typu airless i dozuje zawsze tyle ile potrzebuję. Nie jest też bardzo wydajny, więc jak widzicie totalnie mnie oczarował, skoro mam zamiar kupić go ponownie :)
_________________________________________

13.05.2014

Kokosowe ciasteczka / ORGANIQUE balsam do ust



Nie mogę uwierzyć, że od moich zakupów w Organique minął już miesiąc. Pamiętam jakby to było dzisiaj. Stałam przy kasie czekając na podsumowanie zakupów i moją uwagę przykuły nowe balsamy do ust. Dostępne są cztery warianty, czyli pomarańczowy sorbet, czekoladowy mus, wiśniowe cukierki oraz kokosowe ciasteczka. Oczywiście wybrałam tę ostatnią wersję. Balsam ma 15 g i kosztuje 29 zł. Wyszło trochę mniej, ponieważ skorzystałam z dodatkowego rabatu. Nazwa brzmi bardzo apetycznie i od razu wizualizuje się półmisek aromatycznych ciasteczek. Dlatego rozczarowanie było duże, kiedy dobrałam się do samego balsamu. Zapach jest delikatnie kokosowy, smak słodkawy, ale podszyty chemiczną nutą. Nawet nie wiecie jak bardzo zniechęcił mnie ten fakt do regularnego używania. Doszłam jednak do wniosku, że skoro już kupiłam, to zużyję i zaczęłam stosować go na noc, żeby przez przypadek nie poczuć tego smaku. Może trochę wyolbrzymiam, bo czasami nakładam też w ciągu dnia, ale tylko wtedy, kiedy jestem w domu. Taka forma, czyli zakręcana, metalowa puszeczka, nie jest zbyt higieniczna. Nie potrafię się przekonać, żeby nosić przy sobie i aplikować palcami poza domem. Tak już mam ;) 


Mimo, że walory smakowe ma przeciętne, okazał się doskonałym kosmetykiem do pielęgnacji ust. W sumie nie spodziewałam się niczego innego, bo jest naładowany naturalnymi składnikami. Zawiera olejki roślinne takie jak rycynowy, z awokado, ze słodkich migdałów, oliwę z oliwek oraz wosk pszczeli i carnauba. Nie mogło inaczej się skończyć, niż zachwytami. Ma zbitą konsystencję, ale bez problemu topi się i nabiera na palec. Pozostawia na ustach błyszczącą warstwę, która nie lepi się i lekko natłuszcza. Szybko odżywia, regeneruje i przynosi ukojenie. Usta stają się zmiękczone, nawilżone, a sam efekt utrzymuje się dosyć długo. Balsam wydaje mi się bardzo wydajny i wątpię żeby udało mi się go zużyć w 6 miesięcy, jak nakazuje producent. Najwyżej będę wcierać go w skórki wokół paznokci ;)
_________________________________________

12.05.2014

EMPTY / CAUDALIE, L'OREAL, SOAP&GLORY, DERMEDIC, BALEA, PAT&RUB


Jestem z siebie dumna :) Jak wiecie całkowicie ograniczyłam się w zakupach i uwzięłam na zużywanie kosmetyków. Efektem czego jest zdenkowanie kilku kolorowych:

L'OREAL Colour Riche Balm - w odcieniu #318 Heavenly Berry. Pomadka, która ma pielęgnować, nawilżać i lekko koloryzować usta totalnie mnie rozczarowała. Stąd ogromna radość, że udało mi się ją zużyć. Miała przyjemny kolor, ale jej działanie pozostawiało wiele do życzenia. Dodatkowo pozostawiała warstwę, którą czułam na ustach. Zdecydowanie się nie polubiliśmy. Z tej serii mam jeszcze jedną #518 Tender Mauve, której używam obecnie.

URBAN DECAY Eyeshadow Primer Potion- praktycznie najlepsza z najlepszych. Używam jej regularnie od kilku lat i jest to kolejne opakowanie z którym się rozstaję. Doskonale przedłuża makijaż oczu oraz podbija nasycenie cieni. Jej neutralny odcień idealnie stapia się z powieką, bez tworzenia nieestetycznej warstwy. Na pewno kupię ponownie, chociaż w tym momencie mam już bazę z The Balm, więc szybko to nie nastąpi.

L'OREAL Super Liner Perfect Slim - to kolejny ulubieniec i żal mi się z nim rozstawać. Używałam go trochę dłużej niż powinnam, bo jest ważny pół roku od otwarcia. Chciałam wykorzystać go do samego końca, szczególne że nie zmienił swoich właściwości. Trzymałam go do góry nogami (na skuwce), więc mogłam dłużej cieszyć się pięknymi kreskami na powiekach. Robi je bardzo równomiernie i jest niesamowicie precyzyjny. Najlepszy liner w pisaku jaki do tej pory miałam!

Trzy kosmetyki kolorowe mogą wydać się małą ilością, ale każdy wie, że ciężko zużyć je do końca. Czego nie można powiedzieć o tych do pielęgnacji, bo w kwietniu poszło mi wręcz hurtowo:

BEAUTY FORMULAS oczyszczające plastry na nos z aktywnym węglem- moje ulubione! Używałam ich regularnie od kilku lat, bo według mnie najlepiej działają. Odkąd używam szczoteczki Clarisonic poszły w odstawkę, ale przedtem bardzo pomagały mi pozbyć się zaskórników z nosa. Świetnie oczyszczają, nie podrażniają i równomiernie się odklejają. Jeśli zajdzie taka potrzeba, na pewno kupię ponownie.

DERMEDIC Hydrain 3 Hialuro serum nawadniające - bardzo fajny kosmetyk, który ma za zadanie nie tylko nawilżyć, ale też nawodnić. Nie działa tylko powierzchniowo jak większość tego typu produktów, tylko dogłębnie. Pomógł mi kiedy używałam wysuszających preparatów. Stosowałam go na całą twarz, nawet na partie tłuste i spisał się doskonale. Dzięki bardzo lekkiej konsystencji szybko się wchłaniał. Będę na pewno do niego wracać, szczególnie że nie powoduje powstawania zaskórników.

ARKO mydło w kostce Coconut & Cream - postanowiłam o nim wspomnieć, ponieważ ma przepiękny zapach, a kosztuje naprawdę niewiele. Bardzo aromatyczne połączenie kokosa z mydlaną nutą. Używanie go to sama przyjemność, także ze względu na dobre właściwości myjące. Pieni się dobrze, nie wysusza i nie rozpuszcza tak łatwo, więc jest też wydajne. Znacie moje zamiłowanie do kokosa, więc wiecie że kupię je jeszcze nie raz ;)


AA ECO peeling do twarzy Śliwka - czyli kremowy kosmetyk do oczyszczania twarzy. Spodobała mi się jego formuła oraz delikatne działanie. Okazał się ideałem do codziennej pielęgnacji mojej skóry mieszanej. Dbał o suche miejsce na policzkach, ale dobrze też peelingował. Najbardziej lubiłam go używać rano, aby usunąć pozostałości kosmetyków nakładanych przed snem. Gdyby nie nowe odkrycie w postaci mydła Savon Noir marki Organique, kupiłabym kolejną tubkę. 

Pat&Rub Relaksujący balsam do stóp - odpowiadał mi bardzo pod względem działania, z resztą jak większość kosmetyków tej marki. Nie polubiłam się tylko z zapachem. Trawa cytrynowa w połączeniu z kokosem to dla mnie dziwna kompozycja. Nie sprawiała mi większego dyskomfortu, byłam w stanie ją tolerować, ale następnym razem wybiorę inną wersję. Ogólnie bardzo lubię te balsamy i szczerze polecam spróbować.

CAUDALIE woda winogronowa - cudowny produkt, o jeszcze lepszym działaniu i z bajecznie prostym składem. Dobrze nawilża i nie obciąża, co przy mojej mieszanej cerze ma ogromne znaczenie. Niech Was nie zwiodą pozory, że to zwykła woda. Naprawdę działa i radzę każdemu się o tym przekonać. 

JOANNA Naturia Szampon z kokosem i migdałem - to seria do której zawsze wracam. Przyjemnie pachnie, dobrze oczyszcza i niewiele kosztuje, więc jak dla mnie bomba! 


KAMILL Hand Repair krem do rąk - to moje pierwsze spotkanie z marką i już wiem, że nie ostatnie. Krem kupiłam w okazyjnej cenie 5 zł i bardzo polubiłam. Przypomina mi balsamy do rąk Pat&Rub. Działanie równie dobre, szybko się wchłania, mimo bogatej konsystencji. Opakowanie praktyczne typu airless, nienachalny zapach, no i świetna dostępność. Zacieram rączki na nasze kolejne spotkanie ;)

ISANA med balsam do ciała z mocznikiem - świetny produkt za grosze. Im bardziej odkrywam tę serię Isany, tym bardziej się do niej przekonuję. Posiada znakomite właściwości nawilżające. Najlepsze odkryłam przypadkiem- nałożyłam go na lekko wilgotną skórę. Dzięki temu była dłużej miękka i elastyczna. Do tego lekka formuła, która szybko się wchłania. Gdybym nie miała obecnie kilku maseł w zanadrzu, to z chęcią bym wróciła do tego balsamu. 

BALEA płyn dwufazowy do demakijażu oczu - kupiłam go podczas zeszłorocznego urlopu i zużyłam dopiero teraz. Nie polubiłam tego kosmetyku. Zmywał niedokładnie, kiepsko rozpuszczał makijaż, a oba składniki ciężko było połączyć. Nie był specjalnie drogi, ale znam lepsze w tej cenie. 

BALEA borówkowe mydło do rąk w żelu - historia identyczna jak z poprzednikiem. Męczyłam od urlopu. Miało dziwną konsystencję, żelową ale zbitą. Nie rozcierało się dobrze w dłoniach i potrafiło z nich spaść (dosłownie). Dopiero pod koniec opakowania rozcieńczyłam je z wodą i teraz żałuję, że nie zrobiłam tego na samym początku. Zrobiło się bardziej żelowe. Dobrze oczyszczało i przyjemnie pachniało, ale raczej więcej się nie skuszę.


SOAP&GLORY peeling do ciała - nie spodobał mi się ze względu na zapach. Przypominał bardziej męski niż damski kosmetyk. Co do reszty właściwości nie mam żadnych zarzutów, więc w przyszłości chętnie spróbuję innych dostępnych wariantów.

YVES ROCHER Rose Absolue - Woda perfumowana o dosyć oryginalnym różanym zapachu. Początkowo mi się nie spodobał i dopiero z czasem go doceniłam. Niestety został wycofany. Przynajmniej tak przypuszczam, bo od ponad roku nie widuję go ani na stronie ani w katalogu marki. Na pewno będę go miło wspominać. Szczerze polecam wody z tej serii, ponieważ cechują je piękne kompozycje, a także długo utrzymują się na skórze.

THE BODY SHOP masło kokosowe - to naprawdę bolesne rozstanie ;) Uwielbiam za zapach, konsystencję oraz to jak cudownie odżywia skórę. Obecnie mam wiele innych kosmetyków, ale jesienią na pewno do niego wrócę. 

Trochę żałuję, że rozstałam się z tyloma fajnymi produktami. Mam jednak nadzieję, że nowe, które już na mnie czekają, okażą się jeszcze lepsze!
_________________________________________

10.05.2014

Dlaczego warto kupić KINDLE?



Jakieś dwa lata temu sama się nad tym zastanawiałam. Tani nie jest, a ja kocham tradycyjne książki. Uwielbiam szelest kartek. Zapach świeżej farby drukarskiej. Przyjemny dotyk pod palcami gładkich stron. Kupowanie nowych sprawia mi ogromną przyjemność. Tylko zaczęło mi brakować na nie miejsca. Chęć czytania była duża, a wszystkich mieć nie można. 

Swój egzemplarz kupiłam na Allegro. Wtedy taka opcja najbardziej się opłacała, ponieważ zamawianie z Amazonu i płacenie dodatkowych podatków mocno windowało cenę. Wybrałam jeden z prostszych modeli, czyli 4 Classic wi-fi bez klawiatury. Chciałam, żeby służył mi wyłącznie do lektury. Na dodatek zdecydowałam się na wersję z reklamami, która była jeszcze tańsza. Miałam pewne obawy, że będą przeszkadzać, ale podczas czytania w ogóle ich nie widać. Pojawiają się tylko kiedy jest włączone wi-fi: jako wygaszacz ekranu oraz na stronie głównej (wąski pasek na dole).


Kindle obsługuje ebooki w formacie pdf oraz mobi. Są dostępne w każdej księgarni internetowej. Bez problemu można też konwertować inne pliki, a w tym celu używam darmowego programu Mobipocket. Służy także do czytania na komputerze, ale ja używam go głównie do ładowania nowych książek. Można dodawać także za pomocą kabla USB oraz prze skrzynkę email. Ta druga opcja wymaga zarejestrowania czytnika na stronie Amazon.com. Dzięki temu ma się też dostęp do Kindle Store, czyli darmowych oraz przecenionych ebooków. Warto to zrobić, ponieważ umożliwia czytanie książki na telefonie, przy pomocy aplikacji Kindle. Za pomocą internetu sam się aktualizuje i otwiera tam, gdzie skończyłam czytać. Bardzo pomocne, szczególnie kiedy czytnik nie mieści się w małej torebce ;) W każdej chwili można go także wyrejestrować.


Sama lektura jest niezwykle przyjemna. Kindle ma bardzo prosty interfejs. Można dostosować wielkość liter oraz położenie (pion-poziom). Przez te dwa lata raz mi się zdarzyło, że się zawiesił. W takiej kryzysowej sytuacji wystarczy bardzo długo przytrzymać przycisk włączania (15-20 sekund), a wszystko wraca do normy. Książki jak wspomniałam można pobierać z Kindle Store, ale są one w języku angielskim. Swoje najczęściej kupuję w Publio.pl, czasami w Empiku, sporadycznie też wyszukuję je na Chomiku. Warto korzystać z porównywarek cenowych np. upolujebooka.pl. Często można ulubione pozycje trafić za kilka złotych, co w dzisiejszych czasach bardziej się opłaca. Na szczęście czytnik jest w stanie pomieścić kilkaset pozycji.


Posiada wbudowany słownik języka angielskiego (można też wgrać polski) oraz możliwość zapisywania tekstu i robienia notatek. Szczerze mówiąc nigdy jeszcze z tego nie korzystałam. Najbardziej innowacyjny jest sam wyświetlacz, bo stworzony w technologii e-ink. Nie jest podświetlany jak typowy monitor czy telefon, więc nie męczy oczu. Ponieważ jest matowy- nic się w nim nie odbija, nawet w słoneczny dzień. Litery są wyraźne, a cały tekst przejrzysty. Poza tym jest leciutki, więc nie ciąży w dłoni (czego nie można powiedzieć o niektórych tomiszczach ;). Dobrze naładowana bateria pozwala cieszyć się lekturą mniej więcej przez miesiąc. Można ładować ją za pomocą komputera lub ładowarki. Najlepsze jest to, że wystarczy zwykły kabel USB- micro USB, czyli taki jak do większości telefonów. Z kwestii technicznych muszę jeszcze wspomnieć o futerale. Swój zamówiłam z eBay. Z darmową wysyłką oraz dodatkową lampką zapłaciłam około 35 zł. Obecnie zaczyna mi się trochę przecierać na rogach, ale jeszcze trochę powinien mi posłużyć.


Inne zalety? Zawsze się śmieję, że wiatr nie przewertuje kartek, kiedy się czyta na łonie natury. Przydatny jest także dla osób lubujących się w sagach czy trylogiach, ogólnie pozycjach wielotomowych. Często kupuję pierwszą część, aby rozeznać się w stylu autora oraz samej fabule. Znacie to uczucie, kiedy skończycie i macie ochotę na więcej? W tym przypadku nie trzeba biec do księgarni, biblioteki czy czekać na pana listonosza, tylko zasiąść do komputera. Chyba za to uwielbiam go najbardziej. Jest też bardziej mobilny, bo można go używać wszędzie. Kartki się nie zaginają ;)

Po bardziej szczegółowe informacje odsyłam na stronę swiatczytnikow.pl, która bardzo pomogła mi w podjęciu decyzji. Nie żałuję :)
_________________________________________

09.05.2014

Cabaret Red / ISADORA Color Chock Glossy Lip Stain #54



Nie jestem miłośniczką koloru czerwonego i zawsze wzbudzał we mnie mieszane uczucia. Dopiero lip stain IsaDory przekonał mnie, że istnieje taki odcień, w którym czuję się dobrze i doskonale pasuje do mojej chłodnej karnacji. Mam tu na myśli Cabaret Red #54. Gdybym miała dosadnie określić jego kolor, to nazwałabym go buraczkowym. Wciąż czerwień, ale złamana fioletem. 

Pochodzi z zeszłorocznej, jesiennej kolekcji o tej samej nazwie. Dostępne są jeszcze cztery inne kolory. Kosztuje około 50 zł i zawiera 4 ml. Ważny jest 18 miesięcy od otwarcia, więc przy takiej pojemności bez problemu można go zużyć w terminie. Opakowanie jest klasyczne i dosyć małych gabarytów, zmieści się w każdej torebce. Aplikator to typowa pacynka o niedużym rozmiarze. Sprawdza się doskonale, ponieważ precyzyjnie nakłada kosmetyk. 


Producent określa Color Chock jako produkt 3 w 1. Ma łączyć w sobie cechy błyszczyku, pomadki oraz balsamu. Zamiary były fajne, ale nie wszystko się udało. Nie zauważyłam, aby pielęgnował usta. Wręcz odwrotnie! Przy regularnym używaniu lekko wysusza. Wymaga zadbanych oraz gładkich żeby ładnie się prezentować, więc tworzy się błędne koło. Ma lekką, bezsmakową konsystencję. Pachnie trochę dziwnie. Wyczuwam słodycz, ale nie potrafię bliżej tego określić. W każdym razie po nałożeniu zupełnie się ulatnia, więc nie ma sensu się rozwodzić ;) Jedna warstwa wystarczy, aby uzyskać zadowalający efekt. Potrafi wylać się poza kontur ust, dlatego warto stosować konturówkę (teraz żałuję że nie kupiłam bezbarwnej z Yves Rocher).

Cabaret Red jest bardzo napigmentowany i nastręcza trochę większych problemów przy aplikacji. Jak widać na zdjęciu ciężko go równomiernie rozprowadzić. Bez lusterka się nie obejdzie. Można uzyskać naturalny efekt przez wklepanie mniejszej ilości. Jednak jeśli chce się uzyskać typowy błyszczykowy, trzeba go nałożyć więcej i to już powoduje większy dyskomfort. Czuć go na ustach, a dodatkowo zaczynają się lekko kleić. Przy spożywaniu posiłków lub częstych rozmowach błyszcząca warstwa znika, a kolor równomiernie schodzi. Ponieważ nie farbuje trwale ust, pozostawia tylko lekko zaróżowione wargi. Ogólnie rzecz ujmując pod względem trwałości nie jest doskonały.


Doceniam go za kolor, ale wszelkie inne aspekty nie do końca mi odpowiadają. Jestem mu jednak wdzięczna, że przekonał mnie do tego typu czerwieni. Będę teraz szukać zamienników w pomadkach. Wszelkie wskazówki z Waszej strony są mile widziane :)
_________________________________________

.

JAKO AUTORKA BLOGA NIE WYRAŻAM ZGODY NA KOPIOWANIE, POWIELANIE LUB JAKIEKOLWIEK INNE WYKORZYSTYWANIE W CAŁOŚCI LUB WE FRAGMENTACH TEKSTÓW I ZDJĘĆ Z SERWISU INTERNETOWEGO www.iwetto.com BEZ MOJEJ WIEDZY I ZGODY (PODSTAWA PRAWNA: DZ. U. 94 NR 24 POZ. 83, SPROST.: DZ. U. 94 NR 43 POZ. 170).