30.06.2014

Czerwcowe love / INGLOT, SALLY HANSEN, NYX, PAT & RUB, DA VINCI



W czerwcu popadłam w makijażową rutynę i w obiegu miałam tylko paletkę z cieniami Inglot. A tak naprawdę używałam raptem dwóch kolorów, czyli brązu #402 oraz jasnej perły #12. Jak dla mnie jest to duet idealny. Jeszcze tylko kreska oraz tuszowanie rzęs i makijaż gotowy. A jak zachciało mi się jakiegoś urozmaicenia, to na usta nakładałam matową pomadkę Soft Matte Lip Cream z NYXa w odcieniu Antwerp. Totalnie mnie oczarowała. Nie tylko intensywnym kolorem, ale też jakością. Już dawno nie miałam kosmetyku, który trzymałby się tak długo na ustach i nie blakł zbyt szybko. Innym zaskoczeniem czerwca okazał się żel do usuwania skórek Sally Hansen. Całkowicie zrewolucjonizował moją pielęgnację dłoni i jeszcze nigdy moje skórki nie były w tak dobrej kondycji. Przy regularnym używaniu nie pojawiają się żadne zadziorki, a sam manicure wygląda estetycznie. Muszę też wspomnieć o moim stosunkowo nowym nabytku, który od pierwszego użycia okazał się niezastąpiony. Mam tu na myśli mydełko do mycia pędzli Da Vinci. Różni się od tych tradycyjnych do rąk, ponieważ nie zostawia osadu, słabiej się pieni, ale równie dobrze oczyszcza pędzle oraz gąbeczki do makijażu. Czyszczenie Beauty Blendera przy jego pomocy to bułka z masłem. A skoro mowa już o maśle, to w połączeniu z karmelem, wanilią oraz cytryną tworzy piękną kompozycję zapachową, z której słynie seria otulająca Pat & Rub.  Szczerze ubóstwiam i tutaj dla przykładu pokazuję balsam do rąk. Ostatnio skusiłam się także na balsam do ciała, żeby po całości móc otoczyć się tym przyjemnym zapachem. Jedyne czego nie polecam, to peelingu z tej serii, ale o nim postaram się więcej napisać w lipcu ;) 

_________________________________________

26.06.2014

Podręczny balsam / WELLNESS & BEAUTY Handlotion


WELLNESS & BEAUTY Balsam do rąk


Przed snem lubię używać treściwych kremów na noc. Dotyczy to również pielęgnacji dłoni. Dzięki temu mam spokój na cały następny dzień. Jednak używając regularnie mydeł w piance z Bath & Body Works stało się to niewystarczające. Przesuszały na tyle, że musiałam zacząć wspomagać się dodatkowym kosmetykiem w ciągu dnia. Odpowiedzią na moje potrzeby stał się balsam do rąk Wellness & Beauty, który otrzymałam w paczce z Rossmanna. Będąc w drogerii widziałam, że kosztuje około 12 zł. Moja wersja jest z mleczkiem migdałowym i ekstraktem bambusa. Pachnie niezwykle przyjemnie, dosyć słodko. Długo utrzymuje się na dłoniach, więc przy regularnym używaniu potrafi trochę zmęczyć. Wszystko zależy od upodobań. Dzięki wygodnej pompce dozowanie jest szybkie oraz higieniczne, jednak nie zawsze komfortowe. Potrafi nieźle wystrzelić w innym kierunku niż zamierzony, więc trzeba zachować ostrożność. Balsam ma postać lekkiej emulsji, która błyskawicznie się wchłania, pozostawiając aksamitną warstewkę, bez lepiącego efektu. Zwracam na to uwagę, ponieważ jego poprzednik marki Balea skutecznie zniechęcił mnie do używania tego typu kosmetyków. Okazał się wodnisty i niezbyt skuteczny. Natomiast produkt Wellness &Beauty przynosi natychmiastowe ukojenie oraz nawilżenie. Skóra dłoni staje się miękka i elastyczna, ponownie przyjemna w dotyku. Poza tym jest niezwykle wydajny, bo mała ilość wystarcza do pokrycia całych dłoni. Sądzę, że będzie mi służył bardzo długo.


Do tej pory stał przy laptopie, czyli moim domowym miejscu pracy, ale przez używanie pianek wylądował w łazience. Dzięki nowej minimalistycznej szacie graficznej wszędzie prezentuje się elegancko. Niby szczegół, ale jeśli pamiętacie poprzednie, to wiecie co mam na myśli ;)  Ucieszyłabym się gdyby była dostępna wersja do torebki. Taka mini tubka, którą zawsze można mieć pod ręką, bo 250 ml trochę ciężko nosić przy sobie.

 - Produkt wegański, nietestowany na zwierzętach.

25.06.2014

Czarne mydło oliwne / ORGANIQUE Savon Noir


Do tej pory byłam ogromną zwolenniczką oczyszczania twarzy żelem Vichy Normaderm. Nie jestem w stanie zliczyć ile opakowań przewinęło się przez moje ręce. Kupowałam je regularnie, kiedy tylko widziałam zbliżające się dno i zawsze wybierałam dużą pojemność 400 ml. Jak widzicie długo gościło w mojej pielęgnacji twarzy i żyłam w przeświadczeniu, że jest najlepszym kosmetykiem do mycia twarzy. Co się zmieniło? Kiedy zaczęłam używać kremów z kwasami i wprowadziłam na stałe Effaclar Duo z La Roche Posay, żel Vichy okazał się zbyt mocny. Wysuszył moją cerę oraz spowodował podrażnienie. Wtedy zaczęłam rozglądać się za czymś równie dobrym, ale łagodniejszym w działaniu. I tak natknęłam się na informację o czarnym mydle Savon Noir.

Jego skład jest banalnie prosty, ponieważ składa się z oleju z oliwek oraz samych czarnych oliwek. To właśnie im zawdzięcza swój nietypowy, ciemnozielony kolor. Posiada delikatne właściwości eksfoliujące, natłuszczające i nawilżające. Generalnie można stosować je do mycia całego ciała, również włosów, ale ja dotychczas stosowałam tylko do twarzy. Savon Noir używam codziennie rano oraz wieczorem od ponad dwóch miesięcy i już wiem, że to był słuszny wybór.



Pierwsze wrażenie nie było tak dobre ze względu na konsystencję. Była bardzo zbita i ciężko odrywało się mały kawałek. Mydło zaczęłam nabierać wilgotną dłonią i sądzę, że to wpłynęło na zmianę formuły, poprzez dostanie się większej ilości wody. Teraz przypomina smar, zbity i dosyć ciężki do rozprowadzania, ale już znacznie przyjemniejszy w obsłudze niż na początku. Początkowo Savon Noir również pachniało mi smarem/towotem, ale kiedy się przyzwyczaiłam zaczęłam czuć same oliwki. Zapach jest naprawdę specyficzny i jestem pewna, że wiele osób zniechęci. Taka natura ;)

Aplikuję je rozcierając wcześniej w dłoni. Dzięki temu całkowicie się rozpuszcza i zmienia w delikatną pianę. Trzeba uważać, żeby nie dostało się do oczu, bo tak jak każde mydło potrafi szczypać. Dłuższą chwilę masuję nim twarz i spłukuję wodą. Można też wymieszać z glinką i zastosować jako maskę, ale dla mnie jest to niewykonalne ze względu na konsystencję. Po takim krótkim zabiegu mam wrażenie, że skóra jest nieskazitelnie czysta, bo aż piszczy pod palcami. Na początku miałam wrażenie, że mydło pozostawia tłustą warstewkę, ale bardzo szybko przestałam na to zwracać uwagę. Istotne jest aby dokładnie spłukać je z twarzy. W każdym razie działanie ma cudowne, bo faktycznie dobrze oczyszcza i poprawia kondycję cery. Przy takim regularnym stosowaniu może podobno przesuszyć, a nawet podrażnić, jednak nie zauważyłam żadnych negatywnych skutków, wyłącznie same korzyści. Cera staje się gładka, miękka oraz napięta.

To nie jest jeszcze moje ostatnie słowo o Savon Noir. Tak naprawdę dopiero zaczęłam z nim swoją przygodę, ale już chciałam napisać kilka słów więcej na jego temat. Oprócz zapachu oraz struktury całkowicie spełniło moje oczekiwania, a także potwierdziły się słowa producenta. Moje opakowanie zawiera 200 ml, jeśli jednak nie mieliście z nim wcześniej kontaktu radzę wziąć mniej. Lepiej nie ryzykować, bo mydło ma tyle samo zwolenników co przeciwników. Wszystko zależy od cery oraz jej potrzeb. Na szczęście w moim przypadku pokazało się od tej dobrej strony.

 - Produkt wegański, nietestowany na zwierzętach.

24.06.2014

Mydło w piance / BATH & BODY WORKS Gentle Foaming Hand Soap


 BATH & BODY WORKS Gentle Foaming Hand Soap

 BATH & BODY WORKS Gentle Foaming Hand Soap

Forma pianki nie wzbudza we mnie zaufania. Bo jak może coś takiego myć oraz oczyszczać, skoro jest takie lekkie? Pierwszy raz sięgnęłam po mydła do rąk Bath & Body Works i przekonałam się, że jednak potrafią. Jeden egzemplarz otrzymałam na spotkaniu blogerek, drugi kupiłam sama. Regularna cena to 29 zł za 259 ml (zadziwiają mnie te pojemności, jakby nie można było dolać tego 1 ml). Według mnie kwota znacznie wygórowana, więc dobrze że mają różne okazje, które ją obniżają.

Zapachów jest bez liku, zwłaszcza że pojawiają się także oferty sezonowe. Oba które prezentują są w stałej sprzedaży. Sea Island Cotton to jak sama nazwa wskazuje zapach "świeżej bawełny". Chyba najbardziej uniwersalny i przypominający poniekąd dobrze nam znane mydlane aromaty. To taki przyjemny oraz nienachalny zapach czystości. Jeśli będziecie zamawiać w ciemno, to polecam właśnie tę wersję. Vanilla Buttercream przy pierwszym kontakcie oczarowuje waniliowo -maślaną nutą, ale kiedy ta się ulotni, czuć piżmo. Cała kompozycja jest dosyć specyficzna, więc zwolennicy słodyczy lekko się rozczarują. Mi odpowiada, ale tylko przy sporadycznym kontakcie (co można zauważyć po nieznacznym stopniu zużycia w porównaniu do Sea Island Cotton). 

 BATH & BODY WORKS Gentle Foaming Hand Soap

Składy mają dosyć podobne, z reguły różnią się tylko barwnikiem i zapachem. Właściwości pielęgnacyjnych nie zauważyłam, po prostu myją. Na tyle dokładnie, że potrafią przesuszyć skórę rąk. Do tej pory nie spotkałam się aż z takimi silnymi właściwościami, bo zazwyczaj dłonie oczyszczam mydłem w kostce. Odkąd zaczęłam regularnie używać pianki BBW, musiałam równie często stosować balsam lub krem. W domu nie ma z tym problemu, jednak poniekąd mnie to zniechęciło. Wydajność mają zadziwiająco dobrą. Spodziewałam się, że znikną raz dwa, ale w tym przypadku się pomyliłam. Oczywiście przy większej ilości domowników na pewno stopień zużycia będzie większy. 

 BATH & BODY WORKS Gentle Foaming Hand Soap

Pianki zaskoczyły mnie dobrymi właściwościami myjącymi oraz przyjemnymi zapachami, ale z drugiej strony rozczarowały wysuszającym działaniem. Jeśli dołożymy do tego cenę regularną, to od razu ich używanie przestaje się kalkulować. Naprawdę fajny gadżet, szczególnie jeśli polubi się zapach, bo ten utrzymuje się dosyć długo na dłoniach. Czy konieczny w codziennej pielęgnacji? Sądzę że nie :)
_________________________________________

23.06.2014

Nowości / PAT & RUB



Jakiś tydzień temu Pat & Rub ponownie obniżyło ceny wybranych kosmetyków o 50%. Do tego wyszukałam w sieci kupon na dodatkowe 10% oraz otrzymałam wysyłkę gratis, więc nie mogłam przepuścić takiej okazji ;) Zwłaszcza, że większość produktów tej firmy doskonale się u mnie sprawdza i ciągle mam ochotę na więcej. Jak to mówią "apetyt rośnie w miarę jedzenia". Przy okazji zamówiłam też szampon oraz żel pod prysznic dla Taty z okazji Dnia Ojca. Mam nadzieję, że będzie z nich zadowolony. 


Dla siebie wybrałam peeling do ciała i maskę do włosów z serii rewitalizującej, balsam do ciała z serii otulającej (ten zapach!) oraz różaną mgiełkę do twarzy. Mogłam również wybrać dwie próbki, w tym przypadku odlewki. Do tej pory nie miałam okazji używać żadnego kosmetyku do twarzy, więc wzięłam tonik oraz krem pod oczy.



To już trzecie moje zamówienie z Pat & Rub i wypadałoby coś więcej napisać o samym sklepie. Otóż za każdym razem byłam bardzo zadowolona z obsługi. Zauważyłam, że wysyłka jest szybciej realizowana kiedy płaci się od razu, za pośrednictwem PayU, niż wybiera opcję przelewem. Można wybrać również za pobraniem, a nawet przyjmują zamówienia z zagranicy. Paczka jest zawsze dobrze zapakowana i zabezpieczona (nawet w foliowe torebki, żeby nic się nie wylało). Najczęściej wybieram odbiór w Paczkomacie, ale korzystałam również z kuriera. Nie miałam większych zastrzeżeń i według mnie wszystko przebiega profesjonalnie. Na blogu Anety czytałam, że miała problem z atomizerem i składała reklamację. Firma stanęła na wysokości zadania i wysłała nowe. Jak widać nawet od strony roszczeniowej wszystko przebiega "po ludzku".  

Poza tym rabaty! Oprócz stałych promocji, które są widoczne na stronie można też skorzystać z dodatkowych kodów. Na przykład w tym momencie obowiązuje LATO2014, który daje -20% (ważny do do północy). Sumuje się ze wszystkimi innymi zniżkami na stronie. Dodatkowo przy zakupach powyżej 200 zł otrzymuje się automatycznie wysyłkę gratis oraz 3%, 300 zł - 5% oraz 500 zł - 7%. Jeśli w ciągu 6 miesięcy wyda się powyżej 1000 zł otrzymuje się jeszcze 10 %, ale trzeba być zarejestrowanym na stronie. Nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się taką kwotę przekroczyć, jednak zawsze to jakiś bonus o którym warto wspomnieć. Tym razem sama zapłaciłam połowę regularnej kwoty. Stąd takie małe, nieplanowane szaleństwo ;) 
_________________________________________

21.06.2014

Liner z gumką / BOURJOIS Liner Effacable Erasable


BOURJOIS Liner Effacable Erasable liner z gumką

Która z nas nie chciałaby poprawić krzywej kreski? Nie zawsze wychodzą perfekcyjnie, szczególnie te robione w pośpiechu. Z pomocą miał przyjść liner z gumką firmy Bourjois. Kupiłam go poniekąd z ciekawości w Super-Pharm za 27 zł. Cena była okazyjna, a ja do tej pory nie miałam takiego cudaka. Chciałam się przekonać jak to działa i czy faktycznie się sprawdzi. Okazało się, że nie jest tak różowo. Gumka jest zbyt twarda, więc przy delikatnej skórze wokół oczu bardzo napina i ciągnie skórę przy pocieraniu. Wszelkie poprawki lepiej zrobić palcem lub przy pomocy patyczka higienicznego. Liner faktycznie się ściera, jednak sama forma gotowego produktu mnie nie przekonuje. Poza tym posiada tyle wad, że nie wiem do czego zacząć.

BOURJOIS Liner Effacable Erasable liner z gumką

BOURJOIS Liner Effacable Erasable liner z gumką

BOURJOIS Liner Effacable Erasable liner z gumką

Chyba najważniejsza jest konsystencja. W tym przypadku dosyć gęsta i ciągnąca, ale na tyle płynna, że da się zrobić kreskę. Na szczęście nie zmieniła się na gorsze po ponad półrocznym używaniu. Mimo to ciężko jest namalować równomierną linię. Owszem jest jednolita oraz czarna, ale jej granice są jakby postrzępione. Wszystko przez to, że liner ciągnie powiekę. W tym przypadku nawet precyzyjny pędzelek nie jest w stanie zbyt wiele pomóc. Najgorzej kiedy trafi przez przypadek na rzęsy. Są tak posklejane, że tuszowanie oraz rozczesanie nastręcza wielu problemów. Ma też dziwny chemiczny zapach, który nie umila makijażu. O dziwo nie podrażnił mnie w żaden sposób.

BOURJOIS Liner Effacable Erasable liner z gumką

Do zalet mogę zaliczyć tylko trwałość. Kreska namalowana przy jego pomocy trzyma się nienagannie do końca dnia. Bez ścierania, blaknięcia czy zbierania się w kącikach. Większy problem pojawia się przy demakijażu. Płyn dwufazowy lub micelarny nie jest w stanie rozpuścić całkowicie kosmetyku. Liner roluje się i ściera w postaci drobinek. Nie jest to przyjemne, zwłaszcza kiedy dostanie się do oka. 

Jak widzicie nie mam dobrego zdania i trochę żałuję zakupu. Muszę zapamiętać na przyszłość, żeby unikać tego typu gadżetów. 
_________________________________________

17.06.2014

Najczęściej używane vol. 2 / JOHN MASTERS ORGANICS, VICHY, KIKO, CARMEX, YVES ROCHER



Ostatnio do mojej porannej pielęgnacji dołączyło kilka nowych kosmetyków. Używam ich regularnie, ale jeszcze za wcześnie, żeby wydać ostateczną opinię. Na to przyjdzie czas przy okazji poszczególnych recenzji. Dzisiaj chciałam po prostu przedstawić pokrótce czego używam pod makijaż. 

VICHY Capital Soleil SPF 50, czyli emulsja matująca z wysokim filtrem UVA i UVB. Stosuję ją kiedy używam podkładu lub kremu bez dodatkowej ochrony. Chyba pierwszy raz spotkałam się z kosmetykiem tego typu, który nie bieli i nie powoduje dodatkowego błyszczenia skóry. Emulsja błyskawicznie się wchłania, a każdy makijaż świetnie się na niej trzyma. Solo też radzi sobie świetnie. Miałam okazję przetestować ją podczas bardzo słonecznego dnia i doskonale zabezpieczyła skórę przed promieniowaniem. Przede wszystkim nie nabawiłam się poparzenia, co przy mojej jasnej karnacji często się zdarza. Wróżę nam świetlaną przyszłość :)

CARMEX Classic Moisturising Lip Balm już kilka ładnych lat jest moim podstawowym kosmetykiem przy pielęgnacji ust. Mam jeszcze kilka innych wersji, ale zatęskniłam za klasyczną i kupiłam ostatnio wersję w słoiczku. Używam jej tylko przy codziennym makijażu, czyli raz dziennie. Tyle w zupełności mi wystarcza, aby zabezpieczyć się przed niechcianą opryszczką (dzięki niemu po prostu już nie wyskakuje) oraz przygotować usta przed nałożeniem pomadki. Poza tym jestem uzależniona od mentolowo-waniliowego zapachu z lekkim efektem mrowienia!

KIKO Skin Glow Moisturizing sublime light effect day cream with SPF 10, czyli krem na dzień. Ma postać lekkiej emulsji z drobinkami rozświetlającymi. Niestety umknęło to mojej uwadze podczas zakupów. Gdybym o tym wiedziała, raczej nie trafiłby do koszyka. A tak muszę zużyć, mimo że moja mieszana cera nie potrzebuje dodatkowego świecenia. Krem zawiera sporo drobnego brokatu, ale po nałożeniu podkładu już nie jest widoczny, więc ostatecznie zaczęłam go nawet lubić. Szczególnie za lekką konsystencję oraz dobre właściwości nawilżające.

YVES ROCHER Creme Riche , to krem przeciwzmarszczkowy pod oczy, który na początku chciałam stosować na noc. Sądziłam że będzie bardziej treściwy i ciężki, a okazał się dosyć lekki, kremowo- żelowy. Trochę mnie rozczarował. Naczytałam się o nim tyle dobrego, więc spodziewałam się silnego działania. Otrzymałam natomiast dobry nawilżacz pod korektor. Nie jest  najgorzej, ale za tę cenę jakoś tak za mało. No i jeszcze plastikowe opakowanie mnie irytuje, ale o tym nie będę się dzisiaj rozwodzić. Poczekam jeszcze na rezultaty i wtedy napiszę ostateczną opinię. 

JOHN MASTERS ORGANICS Bearberry Skin Balancing Face Serum to kosmetyk w postaci dosyć wodnistego serum. Ma za zadanie trzymać w ryzach strefę T, czyli zapobiegać nadmiernemu przetłuszczaniu, zmniejszyć pory oraz zapobiegać niedoskoanłościom. Mam wrażenie, że faktycznie pomaga, ale dosyć krótkotrwale. Muszę jeszcze spróbować aplikować go z jakimś innym kremem. Może wtedy zauważę lepsze efekty. Obecnie mam mieszane uczucia, zwłaszcza jeśli chodzi o pompkę, która dozuje kosmetyk. Potrafi się zacinać i niestety nabranie odpowiedniej ilości serum graniczy z cudem. Używam go pod makijaż, ale chyba zacznę stosować na noc, bo może wtedy okaże się lepsze. 

_________________________________________

14.06.2014

Kolorowe nowości / MAC, NYX, DOUGLAS



Dawno nie kupowałam nic z kolorówki. Ostatnio udało mi się zużyć kilka pomadek, więc z czystym sumieniem zamówiłam nowe. Wybór był jak najbardziej świadomy, bo od dawna miałam je na uwadze. Kolory wybrałam stacjonarnie, ale wszystko kupiłam online. Głównie ze względu na niższą cenę :)


Na Allegro zamówiłam korektor NYX HD Photogenic Concealer w odcieniu Porcelain /recenzja/. Szukałam go w sklepach, ale za każdym razem ten odcień (najjaśniejszy) był wykupiony. Zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, szczególnie zastosowany pod oczami. Niezła trwałość, lekka konsystencja, no i krycie. Razem z nim kupiłam pomadkę NYX Soft Matte Lip Cream w kolorze Antwerp /recenzja/. Już wiem, że chcę więcej z tej serii. Ma matowe wykończenie, ale nie wysusza tak bardzo ust. Zachwyciła mnie pigmentacja, zapach (waniliowo- maślany) oraz ponownie trwałość. Muszę przyznać, że kosmetyki NYX bardzo się poprawiły i chciałam nawet zrobić większe zamówienie na Cherry Culture. Niestety po małym przeglądzie strony zauważyłam, że przestało się to opłacać. Z tego powodu wybrałam rodzimych sprzedawców. Drugi błyszczyk NYX Butter Gloss w odcieniu Vanilla Cream Pie zamówiłam na stronie Douglasa. 


Zdecydowałam się także na róż MAC Powder Blush Well Dressed. Miałam kupon -15 %, więc bardziej opłacało się niż zakupy w salonie. Odcień chłodnego różu totalnie mnie oczarował. Daje satynowe wykończenie i przyjemnie ożywia cerę. Chyba zdetronizuje mojego mineralnego ulubieńca Dainty ;) Niestety Douglas nie miał w swojej ofercie nowych pomadek w postaci kredek, czyli Patentpolish Lip Pencil /recenzja/. Zamówiłam ją online w MACu, więc zapłaciłam pełną kwotę, ale przynajmniej wysyłkę kurierem dostałam gratis. Chciałam chociaż jeden egzemplarz odkąd się pojawiły, ale odkładałam ciągle ten zakup na później. Dopiero recenzja Agaty z bloga Smaruję, wcieram, maluję zmotywowała mnie do działania. Nie żałuję ;) Wybrałam odcień Spontaneous, który bardzo przypomina mi masełko Revlonu w kolorze Berry Smoothie


Ciężko było zachować takie minimum, bo okazje oraz kolorówka bardzo kuszą. Jednak zasada "jeden za jeden" pomaga mi zachować wstrzemięźliwość oraz kupować to, co naprawdę chcę posiadać. Dzięki temu mam też większą radochę, kiedy wykreślam kolejny punkt z listy :)
_________________________________________

13.06.2014

Maska wzmacniająca / JOHN FRIEDA Frizz-Ease Miraculous Recovery



Znowu obiecali złote góry, a wyszło jak zawsze. Co prawda moje włosy nie należą do zniszczonych, ani przesuszonych, nie farbuję ich i nie robię sobie trwałej, ale liczyłam na wzmocnienie oraz nawilżenie. Miała to zapewnić maska do włosów Frizz-Ease Miraculous Recovery firmy John Frieda. Kupiłam ją dzięki Marcie z bloga Hunger for Beauty, która wyczaiła mi fajną promocję 3 za 2 w Anglii. W Polsce na pewno można ją kupić w Hebe, Rossmannie, Super-Pharm za około 40 zł. Zawiera 150 ml i producent zaleca stosować ją raz - dwa razy w tygodniu i trzymać około 5 minut na włosach. Zupełnie się do tego nie zastosowałam i używałam jej codziennie podczas porannego prysznica, oczekując zadowalających efektów. Formuła maski jest typowa, kremowo- żelowa, rozprowadza i wypłukuje się bez problemu. Włosy stają się po niej miękkie, jedwabiste i lekko wyprostowane, ale bez efektu obciążenia. Chyba dlatego wszędzie przy jej opisie widnieje, że zapobiega tworzeniu się loków. Moje należą do prostych, ale gdzieniegdzie przy grzywce potrafią się zakręcić, więc przy jej pomocy faktycznie nie musiałam ich dodatkowo prostować. Nie zauważyłam jednak, aby stały się po niej lepiej odżywione czy nawilżone. Jako maska nie zaskoczyła mnie w ogóle. Sądzę, że doceniłabym jej właściwości, gdyby była umieszczona w tubce z napisem odżywka. Na maskę to niestety za mało. 



Ma jednak zaletę, która wynagrodziła mi spory wydatek: zapach. Owocowy, niezwykle aromatyczny, który umila cały proces. Na dodatek utrzymuje się długo na włosach, więc jest to całodniowa przyjemność. To jednak zbyt mało, abym mogła kupić ją ponownie.
_________________________________________

12.06.2014

Peelingi solne z masłem shea / ORGANIQUE Coconut & Greek


W kwietniu pierwszy raz robiłam zakupy w Organique i  wiedziałam od razu, że na pewno skuszę się na peelingi. Wybrałam dwa na bazie soli z dodatkiem masła shea oraz olejku kokosowego i sojowego. Zdecydowałam się na wersję kokosową (jakżeby inaczej), która subtelnie odzwierciedla oryginalny zapach. Drugi natomiast wybrałam grecki. Nazwa jest dosyć lakoniczna i ciężko się domyślić jaki aromat może skrywać słoiczek. Mi kojarzy się z gumą balonową. Walory zapachowe są naprawdę satysfakcjonujące.


A jak z działaniem? Rewelacyjnie! Drobinki są średniej wielkości, ale dobrze masują ciało. Poza tym są na bazie soli morskiej, która nie tylko ściera martwy naskórek, ale również odkaża skórę i przyspiesza gojenie stanów zapalnych. Tego akurat nie jestem w stanie potwierdzić, ale lepiej nie używać peelingu po depilacji ;) Mają dosyć zbitą konsystencję, jednak dzięki zawartości różnych olejków, dobrze rozprowadzają się na skórze. W kontakcie z wodą rozpuszczają się, więc wolę nakładać na sucho, żeby mieć mocniejszy efekt.  Po spłukaniu pozostaje śliska warstewka. W moim odczuciu zupełnie inna niż w przypadku peelingów na bazie parafiny. Po nich czuję nieprzyjemną kleistość, która utrzymuje się nawet po osuszeniu ręcznikiem. Organique składa się z samych naturalnych składników, więc skóra po zabiegu jest miękka oraz elastyczna, dobrze odżywiona. Daje to niesamowite uczucie komfortu i nie muszę już aplikować olejku ani balsamu. Takie dwa w jednym, które pozwala zaoszczędzić czas, szczególnie rano.



Nie potrafię sobie przypomnieć ile zapłaciłam za jeden słoiczek. Wiem, że peelingi można kupować na wagę, jednak wybrałam gotowe opakowania. Obie wersje, które zaprezentowałam zwierają po 100 g. Nie chciałam kupować większych, ponieważ było to moje pierwsze spotkanie z marką i nie wiedziałam czy się polubimy. Co do wydajności, to jak wiadomo jest to kwestia indywidualna. Jedno opakowanie wystarczyło mi na kilka razy, co według mnie jest dobrym wynikiem. Z resztą nie ma co kupować na zapas, bo trzeba  je zużyć w ciągu trzech miesięcy od otwarcia. I tutaj należy się pochwała dla producenta, ponieważ na opakowaniu jest zamieszczona naklejka z dokładną datą produkcji oraz terminem ważności.
Chyba po tonie recenzji domyślacie się, że szczerze polecam oba kosmetyki. Co do samej firmy, to zaczynam ją coraz bardziej lubić i już rozmyślam nad kolejnymi zakupami. 
_________________________________________

10.06.2014

Pędzle do makijażu / ZOEVA Makeup Brushes


ZOEVA Makeup Brushes

Pędzli Zoeva używam od ponad roku i chyba czas najwyższy napisać co o nich sądzę. Swoje egzemplarze kupiłam na stronie niemieckiego producenta www.zoeva-shop.de, ale od tamtej pory wiele się zmieniło i stały się również dostępne w polskich drogeriach internetowych. Ceny są dosyć podobne, więc opłaca się zamawiać u rodzimych dostawców. Zwłaszcza kiedy potrzebne są pojedyncze sztuki, a nie całe zestawy. 

Jeśli dłużej czytacie mojego bloga, to wiecie że uwielbiam pędzle Real Techniques do twarzy. Do wykonania makijażu oczu używałam Hakuro, które w większości zakończyły swój żywot. Szukałam dla nich dobrego zamiennika wśród oferty Zoevy i dlatego większość przedstawionych pędzli, będzie tylko do oczu. Każda sztuka przychodzi zapakowana oddzielnie w wodoodpornym etui. Każda jest też opisana, o czym możecie przekonać się zaglądając do mojego posta sprzed roku KLIK

ZOEVA Makeup Brushes

Najpierw omówię je ogólnie, a później przejdę do poszczególnych egzemplarzy. Muszę stwierdzić, że są naprawdę dobrze wykonane: od koniuszka trzonka, aż po same włoski. Trzonek jest wykonany z lakierowanego drewna, a jego długość zależy od rodzaju pędzla. W porównaniu do innych firm są stosunkowo krótkie. Dzięki temu według mnie są wygodniejsze w obsłudze i lepiej leżą w dłoni, po prostu bardziej poręczne. Co najważniejsze po roku używania nie odprysnął nawet kawałek lakieru, napisy się nie starły, więc wyglądają dokładnie jak w dniu zakupu. Przechodzimy dalej, do stalówki. Może wydać się prozaiczną sprawą, że zwracam na nią uwagę, ale według mnie jest bardzo istotnym elementem, bo w końcu łączy ze sobą dwie najważniejsze części: włosie oraz trzonek. Otóż wykonana jest z bardzo twardego metalu, nie podatnego na odkształcenia, rysy oraz zadrapania. Włosie jest różnorakie, w zależności od wybranego rodzaju pędzla. Dostępne są syntetyczne z nylonu lub taklonu, a także naturalne (koza, kuc, wiewiórka). Każdy znajdzie coś dla siebie.  Posiadam różne i wszystkie są doskonale przytwierdzone. Nie skłamię jeśli napiszę, że nie uroniły ani jednego włoska. Poza tym domywają się bez problemu i po kąpieli odzyskują swój  naturalny kształt, co z resztą sami możecie wywnioskować ze zdjęć. 

ZOEVA Makeup Brushes

Podsumowując: wytrzymałość pędzli Zoeva jest równie wysoka co Real Techniques. Używam ich praktycznie codziennie, tak samo często myję, więc mają u mnie niezłą szkołę przetrwania ;) Z tego powodu oceniam je dosyć wysoko, ale z funkcjonalnością bywa tutaj różnie. Kupiłam osiem pędzli, ale nie każdy udało mi się dobrać do swoich potrzeb. Część zupełnie nie spełniła moich oczekiwań, a jeden okazał się nawet za duży. Nie przedłużając, przejdźmy do konkretnych egzemplarzy.

ZOEVA Makeup Brushes

#312 Detail Liner - precyzyjny pędzel do nakładania eyelinera, wykonany ze ściętego syntetycznego włosia- nylonu. Na największą uwagę zasługuje jego rozmiar- idealny do precyzyjnego malowania kresek, a także bardzo pomocny przy małych oczach. Nie będę wnikać w szczegóły, napiszę tylko że większość tego typu pędzli jest dla mnie za duża, ten jest niezwykle dopasowany. Sądzę, że każdy będzie z niego zadowolony. Dla dociekliwych dodam, że mój egzemplarz jest złamany (rzekomo zrobił to sam, przy podnoszeniu przez narzeczonego ;). Wystarczyło skleić oraz załatać rurką termokurczliwą i jest jak nowy.

#317 Wing Liner - to jest właśnie przykład pędzla, który rozczarował mnie rozmiarem. Dostrzegacie na pewno tę kolosalną różnicę między nim a Detail Liner. Jest większy nawet od Hakuro H85. Naprawdę szeroki, więc lepiej sprawdzi się do brwi, niż malowania kresek. Również wykonany z nylonu, o ściętym kształcie.

#230 Pencil - posiada włosie o okrągłym przekroju, zwartym i spiczastym. Według mnie za bardzo zbity, ale dosyć precyzyjny dzięki kształtowi. Przeznaczony do rozcierania lub precyzyjnego nakładania cieni. Osobiście lubię nim nakładać cienie na dolnej powiece, rozcierać kreskę wykonaną kredką lub aplikować cień w załamaniu, ewentualnie zaznaczać zewnętrzny kącik (V).

#223 Petite Eye Blender - to największy koślawiec z całej gromadki. Widzicie na zdjęciu jaki jest krzywy? Na dodatek ktoś nie pomyślał i zamieścił zbyt gruby trzonek. Włosie ma okrągły przekrój, wykonane z syntetycznego taklonu. Dedykowany jest do rozcierania cieni, ale według mnie w ogóle nie spełnia się w tej roli.  Liczyłam, że sprawdzi się pod oczami do rozcierania korektora, ale ma za bardzo zbite włosie, więc robi za duży nacisk na skórę. Poza tym nie radzi sobie z kremowymi formułami, bo nie jest w stanie ich równomiernie rozprowadzić. Do korektora też się nie nadaje. Jest zbyt toporny i częściej go ściera całkowicie niż aplikuje. Ten pędzel według mnie to taka przysłowiowa czarna owca i nie widzę dla niego zastosowania. Gdyby miał włosie takie jak #225, ocena byłaby zupełnie inna.

#225 Eye Blender - jako jeden z nielicznych moich egzemplarzy, posiada włosie naturalne, z wiewiórki. Chyba z tego powodu jest idealny, bo niesamowicie miękki oraz delikatny. Muska skórę niczym piórko. Ma okrągły kształt i służy do rozcierania. Lubię nim rozprowadzać korektor, jest według mnie do tego stworzony. Jednak kremowe konsystencje mu nie służą, niszczy się w ten sposób, więc najczęściej używam go do cieniowania w załamaniu.

#227 Soft Definer - uniwersalny puchacz z kozim włosiem, który sprawdza się wyśmienicie przy codziennym makijażu. Mięciutki i elastyczny. Dosyć duży w porównaniu do MAC 217 oraz Hakuro H79. Mimo wszystko lubię go i używam zamiennie z pędzlami innych firm. Rozcieram i aplikuję nim wszystko, nawet kremowe cienie.

#142 Concealer Buffer - Duża kulka wykonana z syntetycznego włosia - taklonu. Pędzel dedykowany do korektora. Miałam nadzieję, że sprawdzi się pod oczami, ale jest za duży. Do typowego korektora też się nie nadaje, bo sytuacja jest podobna jak przy #223. Za bardzo zbity, więc na razie leży nieużywany. Czasami sięgam po niego, kiedy chcę nałożyć kremowy rozświetlacz.

#122 Petit Stippling - jedyny pędzel do makijażu twarzy na który się zdecydowałam. Wyróżnia go mały kształt oraz syntetyczne włosie (taklon), typu duo-fiber. Potocznie zwany skunksem. Wybrałam go ze względu na rozmiar. Używam głównie do aplikacji kremowych kosmetyków do twarzy, jak bronzer, róż czy rozświetlacz. Nie mam co do niego żadnych zastrzeżeń. Czasami z braku laku aplikuję nim też podkład. Daje radę, chociaż trwa to trochę dłużej.

ZOEVA Makeup Brushes

Wśród pędzli marki Zoeva znalazłam swoich faworytów, ale nie zabrakło też rozczarowań. Mimo wszystko warto w nie inwestować, ponieważ mają zaskakującą trwałość oraz jakość. Sama zastanawiam się nad dołączeniem jeszcze kilku sztuk, w tym zestawu Rose Gold (przepiękny!).
_________________________________________

09.06.2014

Mojito pod prysznicem / ISANA Fruhlings Dusche Lime & Mint



Nie wiem czy słyszeliście nowinę, ale w tym tygodniu ma być upalnie. Czy ta wiadomość należy do dobrych czy złych, to już pozostawiam Waszej ocenie. Osobiście nie przepadam za wysokimi temperaturami, a taki okres najchętniej spędzam w pracy, gdzie mamy klimatyzację. Niestety nocować nie mogę, więc po powrocie do domu zaczynam odczuwać skutki upału. Ukojenie przynosi szklaneczka zimnej lemoniady oraz mojito pod prysznicem. Nie, nie chodzi o drinka, tylko o nowy żel do mycia ciała z Isany. W tym sezonie marka Rossmann wprowadziła orzeźwiającą kompozycję limonki oraz mięty. Znacie moje podejście, do tego typu zapachów i wiecie, że nie do końca mnie przekonuje. Nie w tym przypadku! Jest cytrusowo, ale dzięki złamaniu tej nuty miętą, zapach nie jest męczący. Wręcz odwrotnie, dosyć subtelny. Na tyle, że nawet nie utrzymuje się na skórze. Mimo wszystko ma pobudzającą moc, więc prysznic z jego udziałem dodaje energii.

Opakowanie jest klasyczne bez udziwnień. Estetyczne oraz praktyczne. Zamyka się i otwiera bez problemu. Właściwości żelu oceniam jako dobre. Ma konsystencję typowego żelu, która pieni się odpowiednio i nie spływa. Oczyszcza ciało, odświeża, ale nie ma dodatkowych walorów pielęgnacyjnych. Nie można tego jednak oczekiwać od żelu za 3 zł. Myje i to się najbardziej liczy, a za taką kwotę można bez wyrzutów sumienia kupić kilka innych wariantów zapachowych, żeby szybko się nie znudziły. Osobiście polecam wersję kokosową, która jest obecnie jedną z moich ulubionych. Poza tym miło wspominam wersję arbuzową, która był ofertą limitowaną przed kilkoma laty. Ciągle mam nadzieję, że jeszcze wróci. Co do limonki z miętą, to niestety również należy do edycji limitowanej, więc jeśli chcecie spróbować musicie się spieszyć ;)
_________________________________________

07.06.2014

EMPTY / Lirene, John Frieda, Yves Rocher, Masaki, Bioluxe, L'occitane, Shiseido



W maju nie udało mi się zużyć zbyt wielu kosmetyków, ale i tak postanowiłam pokrótce je opisać. Kremowy żel do higieny intymnej LIRENE to mój faworyt. Ma przyjemną konsystencję i jest bardzo wydajny. Zużyłam już drugie opakowanie i żałuję, że zastąpił je Lactacyd. 

Odżywka JOHN FRIEDA z serii Luxurious Volume wywarła na mnie dobre wrażenie. Wygładzała włosy oraz zmiękczała, więc nie miałam problemów z rozczesywaniem. Stosowałam ją na przemian z Yves Rocher, które opisałam piętro niżej, bo duża zawartość silikonów źle wpłynęła na końcówki moich włosów. Zużyłam dwie tubki, ale powrotu na razie nie planuję. Postawiłam na nowości i zamówiłam całą serię z L'Oreal.

Odżywki YVES ROCHER Nutrition jak widzicie też zużyłam dwa opakowania ;) Nie zachwyciły mnie jakoś specjalnie, więc to chyba ostatnie sztuki jakie się u mnie pojawiły. No chyba, że Yves Rocher znowu dorzuci mi jako gratis do zakupów. 


Antyperspirant VICHY to mój faworyt od lat, więc używam regularnie. Obecnie postanowiłam zrobić sobie małą przerwę, ale kolejny raz przekonuję się jaki ogromny komfort mi zapewniał. Tylko zużyję to co mam i pędzę do apteki, bo bez niego źle się czuję.

Perfumowany balsam do ciała MASAKI Fluo dostałam razem z wodą toaletową. Lubiłam go stosować w wolne dni, kiedy nie chciałam używać perfum. Miał formę lekkiej emulsji, która szybko się wchłaniała i cudownie uwalniała zapach w ciągu dnia. Będę za nim tęsknić. Ogólnie kompozycje Masaki bardzo do mnie trafiają.

Krem pod oczy Revitalizing Supreme Global Anti-Aging Eye Balm ESTEE LAUDER okazał się bardzo fajnym specyfikiem. Lubiłam stosować go na noc, nakładając podwójną warstwę. Miał lekką formułę, więc szybko się wchłaniał. Dobrze nawilżał, więc żałuję że już się skończył. Tę miniaturkę kupiłam w zestawie i mam nadzieję, że uda mi się kupić ją ponownie.

Krem Effaclar Duo La Roche Posay chyba już nikogo nie dziwi, bo kolejny raz pojawia się w moich zużyciach. Uwielbiam bez dwóch zdań. Za to że świetnie działa, trzyma moją cerę w ryzach oraz ma przyjemną konsystencję. Stosuję na noc albo pod makijaż, w zależności od nastroju. Obecnie używam nowej wersji DUO+ , więc jeśli dobije dna na pewno napiszę poemat na ich temat ;) 

Płyn micelarny DERMEDIC Hydrain 3 Hialuro rozczarował mnie w kwestii demakijażu, oczarował za to właściwościami nawilżającymi. Przy pielęgnacji twarzy sprawdził się doskonale, szczególnie kiedy używałam LRP Duo. Nawilżał i pielęgnował, więc za to najbardziej go doceniłam.


Chusteczki antybakteryjne CAREX otrzymałam jako gratis przy zakupach w Super Pharm. Cieszę się z tego faktu, bo sama nie zwróciłabym na nie uwagi. Przyjemnie i nienachalnie pachniały, a przy tym wywiązywały się ze swojego zadania. Były dobrze nasączone oraz wykonane z mocnego materiału. Idealne do torebki.

Organiczny krem do stóp BIOLUXE o zapachu magnolii totalnie mnie zachwycił. Kupiłam go przy okazji zakupów na Allegro, bo kosztował raptem 5 zł, a ja lubię czuć magnolię w kosmetykach. Nie napisałam o nim oddzielnego posta, bo mam w planach zakup wszystkich dostępnych wersji i zrobienia ogólnej recenzji. Ale już dzisiaj Wam napiszę: kupujcie ;) Niewiele kosztuje, a działanie ma naprawdę dobre. Sięgałam po niego chętniej, niż po ulubieńca z Pat&Rub, więc już wiecie jaki zachwyt we mnie wywołał. 

Krem do rąk Cherry Princess L'OCCITANE był dobrym kremem do torebki. Miał lekko żelową konsystencję, więc szybko się wchłaniał. Do tego bardzo przyjemnie pachniał, więc używanie go było czystą przyjemnością. Nie nawilżał długoterminowo, ale przynosił ukojenie po myciu rąk. 


Ostatni etap to próbki. Jak widzicie w maju nie zużyłam ich zbyt wiele, ale w tym miesiącu mam zamiar mocno uszczuplić zapasy. Znowu dużo mi się uzbierało, więc mam co zużywać. Z tych tutaj na uwagę zasługuje krem pod oczy SHISEIDO Anti-Dark Circles Eye Cream. Mam wrażenie, że jeszcze nie miałam tak dobrego kosmetyku pod oczy. Chcę się o tym przekonać i kupić pełnowymiarowe opakowanie, tylko w dobrej cenie, więc poluję na niego na Truskawce. Zobaczymy czy mi się uda ;)
_________________________________________

06.06.2014

Rewolucja w usuwaniu skórek / SALLY HANSEN, ESSENCE



Nareszcie trafiłam na odpowiedni preparat do usuwania skórek! Może nie powinnam tego pisać raptem po dwóch użyciach, ale skoro widzę że działa, to chyba jest co chwalić. Może zacznę od początku, czyli jak wcześniej radziłam sobie z tym problemem. Używałam tradycyjnego papierowego pilnika, żeby zetrzeć odstające skórki. Skutkiem tego niestety był znaczny narost i nawet regularne nawilżanie nie było w stanie trzymać ich w ryzach. Później odkryłam żele i tutaj bywało różnie.


Ostatni jaki kupiłam z nadzieją na dobre działanie był Essence z serii Studio Nails, czyli Fast Cuticle Remover. Zawiera 8 ml żelu  i kosztował około 10 zł. Ma tradycyjną buteleczkę jak lakier, natomiast aplikator jest w formie gąbeczki, takiej jak np w błyszczykach. Kupiłam go w ciemno, wierząc że będzie działał w 15 sekund, o których wspomina producent na opakowaniu. Niestety nie radzi sobie tak szybko i nawet pozostawiony na dłużej, nie przynosi oczekiwanych efektów. Coś tam zmiękcza, ale nie jestem w stanie przy jego pomocy usunąć skórek. Według mnie w ogóle nie działa i bez owijania w bawełnę napiszę, że wyrzuciłam pieniądze w błoto. 


Będąc w Naturze zwróciłam jeszcze uwagę na radełko Essence z serii Gel Nails at Home, czyli Cuticle Pusher. Kosztował niecałe 10 zł. Ma plastikowy trzonek z logo producenta i ceramiczną końcówkę. Do tej pory stosowałam takie z gumowymi zakończeniami, więc liczyłam że może tutaj tkwi problem. Początkowo miałam pewne obawy, że wersja Essence będzie zbyt twarda i może przez to uszkodzić płytkę. Okazało się, że był to bardzo trafiony zakup, szczególnie w połączeniu z żelem Sally Hasnen. 

Sally Hansen Instant Cuticle Remover

Po rozczarowaniu preparatem Essence postanowiłam spróbować polecanego wszędzie Sally Hansen Instant Cuticle Remover. Podobno jest dostępny w Rossmannie (nie widziałam), w Super-Pharm oraz Hebe. W regularnej cenie kosztuje około 35 zł, ale swój egzemplarz zamówiłam na Allegro, gdzie z dodatkową wysyłką zapłaciłam niecałe 18 zł. Wypada bardzo ekonomicznie w porównaniu do Essence, bo buteleczka ma pojemność 50 ml. Zawiera wygodny aplikator w postaci dziubka. Potraktujcie moją opinię jako pierwsze wrażenie, bo jak wspomniałam użyłam go dopiero dwa razy. Na pełną recenzję przyjdzie jeszcze czas, ale już dzisiaj mam ochotę krzyczeć: TO DZIAŁA! 

Ma dosyć wodnistą, żelową konsystencję. Niewielka ilość wystarcza do zmiękczenia skórek. Nie powinno się go trzymać dłużej niż minutę, więc pod tym względem staram się być restrykcyjna. I tutaj w przeciwieństwie do Essence, faktycznie  po 15 sekundach można zacząć odpychać skórki. Przy pomocy radełka ścieram też odstające zadziorki i wszystko pięknie schodzi. Bez żadnego bólu, rwania czy piłowania ;) Odchodzi samo, delikatnie, po prostu rozpuszcza się i widzę efekty, kiedy wycieram końcówkę w ręcznik papierowy. Po umyciu rąk i nawet na drugi dzień dostrzegam też większy stopień nawilżenia skórek. Co prawda dalej stosuję ukochane masełko Burt's Bees, ale nie muszę już tego robić tak nagminnie. Jak widzicie same plusy, więc cieszę się, że w końcu udało mi się rozwiązać skórkowy problem, który spędzał mi sen z powiek ;)
_________________________________________

05.06.2014

Ski Teal We Drop / OPI



Ostatnio robiłam porządki w lakierach i przy okazji przejrzałam swoje zbiory, żeby sprawdzić co jeszcze warto tutaj pokazać. Zdziwicie się, ale o większości nie pojawiła się nawet wzmianka. Dlatego w tymże poście chcę przedstawić jeden z moich ulubionych lakierów OPI, czyli Ski Teal We Drop. Od razu na wstępie wspomnę, że nie jestem fanką tej marki. Doceniam ją za ogromny wybór kolorów, ale nie do końca odpowiada mi ich jakość. Tak jak wszystkie lakiery Essie sprawdzają się u mnie praktycznie w 100%, tak OPI w nielicznych przypadkach.


Ski Teal We Drop na szczęście okazał się przyzwoity. Potrafi dosyć szybko zetrzeć się na końcach, pomimo grubej warstwy top coatu. Długo się trzyma, nie odpryskuje i dobrze współpracuje z innymi specyfikami. Konsystencję ma idealną, lekko kremową. Już po dwóch warstwach równomiernie zakrywa płytkę mojej długości, bez bąbelkowania czy smużenia. Wysychanie nie jest jego mocną stroną, więc użyłam Seche Vite. Pędzelek jest dosyć szeroki i włochaty, więc ułatwia malowanie. Dobrze się zmywa, ale może przebarwić skórki, więc trzeba poświęcić mu więcej uwagi. Ogólnie same plusy.


Ski Teal We Drop pochodzi z jesiennej kolekcji Swiss Collection z 2010 roku. Kolor jest niebieskozielony, z języka angielskiego teal. Tylko bardziej głęboki i z większą domieszką niebieskiego odcienia, dlatego jest taki wyjątkowy. Wspominałam już nie raz, że niebieski nie jest moim kolorem, ale w takim połączeniu przemawia do mnie całkowicie. Mogę się tylko zachwycać. Jak widać warto czasami pogrzebać w swoich zasobach, żeby odkryć coś na nowo. Wykończenie natomiast ma typowo kremowe.

Posiadam go już trzy lata i na uwagę zasługuje jego trwałość. Od momentu zakupu nie zmienił się w żaden widoczny, ani odczuwalny sposób. Konsystencja jest taka sama jak w dniu zakupu, nawet się nie rozwarstwiła. Nie zmieniła też swojej gęstości. Jestem poniekąd miło zaskoczona, bo spodziewałam się ciągnącego glutka ;) Niestety nie jest już dostępny w regularnej sprzedaży, ale można go jeszcze trafić online.
_________________________________________

.

JAKO AUTORKA BLOGA NIE WYRAŻAM ZGODY NA KOPIOWANIE, POWIELANIE LUB JAKIEKOLWIEK INNE WYKORZYSTYWANIE W CAŁOŚCI LUB WE FRAGMENTACH TEKSTÓW I ZDJĘĆ Z SERWISU INTERNETOWEGO www.iwetto.com BEZ MOJEJ WIEDZY I ZGODY (PODSTAWA PRAWNA: DZ. U. 94 NR 24 POZ. 83, SPROST.: DZ. U. 94 NR 43 POZ. 170).