31.07.2014

Wakacyjna paczka od ROSSMANNA / ISANA, SUN OZON, WELLNESS&BEAUTY


Isana

Ostatnio zamieściłam posta z owocowymi kosmetykami pod prysznic, a wychodzi na to że w sierpniu ukaże się kolejny. Wszystko dzięki wakacyjnej przesyłce od firmy Rossmann, która przepełniona jest aromatycznymi produktami. Większość z nich dobrze znam i nieraz recenzowałam na blogu, np żel pod prysznic Isana. Dopiero co zużyłam wersję mojito, czyli limonka z miętą, a już zostałam uraczona nową edycją limitowaną. Tym razem jest to połączenie pomarańczy z grejpfrutem. Czy muszę dodawać, że obłędnie pachnie? Kilka z Was polecało mi go wcześniej w komentarzach i całkowicie podzielam zachwyty!


Kolejny kosmetyk to balsam do opalania Sun Ozon z SPF  30 o zapachu tropikalnych owoców. Nie mogłam się oprzeć i już go otworzyłam. Szybko się wchłania i niezwykle przyjemnie pachnie. Kilka razy przeglądałam ofertę tej marki i miałam w planach przedurlopowe zakupy. Jeden punkt mogę już wykreślić z listy ;) Produkt Domol to nic innego jak odplamiacz w sztyfcie. Nie wiem skąd wiedzieli, że właśnie czegoś takiego szukam. Nie mogę ostatnio pozbyć się plamy po herbacie, którą zrobiłam na białej bluzce, więc mam nadzieję że mi pomoże. Posta o tym nie będzie, ale jeśli się uda, to dam Wam znać na Instagramie. Kosztuje 9 zł i z tego co widzę jest banalnie prosty w obsłudze - wystarczy potrzeć zabrudzoną powierzchnię, a plama zniknie. To coś w sam raz dla mnie, bo mam dwie lewe ręce do takich zabiegów. 


I na koniec coś co najbardziej mnie ucieszyło, czyli peeling cukrowy Wellness&Beauty z mango i kokosem! Już kilka razy pisałam o tym na blogu, ale jeszcze raz się powtórzę: bardzo podoba mi się nowa szata graficzna tej firmy oraz ich aktualna oferta. Oczywiście ciekawość wygrała, więc już zajrzałam do środka. Peeling zawiera drobiny cukru oraz wiórki kokosowe, a całość jest zatopiona w olejku. Nie mam wątpliwości, że sprawdzi się świetnie. Na dodatek połączenie mango z kokosem tworzy cudowną kompozycję, więc już wiem dlaczego do przesyłki dorzucili suszone mango - żeby go nie zjeść ;)

_________________________________________

30.07.2014

Najlepsza baza pod cienie / THE BALM PUT A LID ON IT Eyelid Primer

THE BALM PUT A LID ON IT baza pod cienie

Przyszły upały i nareszcie mogłam przetestować w ekstremalnych warunkach bazę pod cienie 'Put a lid on it' z The Balm. Ogólnie moje powieki są wymagające i niezależnie od marki cienie zbierają się w załamaniu, ścierają lub blakną. Po tytule posta już się pewnie domyślacie, że baza zdała egzamin. Do tej pory sprawdzały się u mnie tylko Too Faced oraz Urban Decay, o czym możecie przeczytać w recenzji /klik/. Kiedy się skończyły szukałam czegoś nowego i podczas zakupów w likwidowanym Marrionaud /klik/ wypatrzyłam bazę The Balm. Zapłaciłam za nią około 50 zł. Niestety kosmetyki tej marki nie są już bezpośrednio dostępne, więc następny egzemplarz będę musiała zamówić online. Na polskich stronach cena waha się od 55 do 75 zł.

THE BALM PUT A LID ON IT Baza pod cienie

Opakowanie jest przyjemne w obsłudze, typowa miękka tubka z higienicznym dziubkiem. Zawiera prawie 12 ml produktu i jest pioruńsko wydajna. Do pokrycia całej powieki wystarcza dosłownie odrobina. Posiada delikatnie żółty kolor, ale po roztarciu staje się transparentna. Ma lekką silikonową konsystencję, dzięki czemu gładko rozprowadza się na powiece. Producent zaleca odczekać minutę do całkowitego wyschnięcia, ale zbiera mi się w załamaniach i muszę ponownie ją rozcierać. Z tego powodu zaraz po aplikacji oprószam ją pudrem lub beżowym cieniem, a dopiero później wykonuję makijaż. Dzięki tej metodzie kolory są nasycone i bez problemu się blendują. Kremowe cienie aplikuję bezpośrednio, bez czekania, co znacznie przedłuża ich trwałość. Potrafią zebrać się w załamaniu po kilku godzinach, ale utrwalone cieniem sypkim czy prasowanym trzymają się nienagannie aż do wieczornego demakijażu. Wszystkie "mokre' kosmetyki muszę w ten sposób utrwalać, inaczej mogę zapomnieć o estetycznym makijażu pod koniec dnia.

THE BALM PUT A LID ON IT Baza pod cienie

Makijaż noszę 6 dni w tygodniu i zawsze używam cieni, więc pewnie domyślacie się jakim ułatwieniem stała się dla mnie baza The Balm. Mogę na nią nałożyć każdy tańszy kosmetyk i mam pewność, że przetrwa cały dzień, nawet przy obecnych temperaturach. Najbardziej jednak cieszy mnie dostępność oraz cena w porównaniu do moich poprzednich faworytów. Te dwa argumenty zdecydowanie przeważają szalę na korzyść 'Put a lid on it' i pozwalają mi nazwać ją najlepszą z dotychczasowych :)

 - Produkt wegański, nietestowany na zwierzętach.

28.07.2014

Owocowo pod prysznicem / ALTERRA, THE BODY SHOP, BALEA


Pewnie zauważyliście moją znikomą aktywność na blogu i ogólnie w blogosferze. Niestety nie jest to spowodowane urlopem, a wzmożoną pracą. Lipiec to dla mnie intensywny miesiąc, bo pracuję 6 dni w tygodniu bez wytchnienia. Kiedy rano otwieram oczy i widzę piękną pogodę, to chętnie wzięłabym wolne na żądanie. Niestety tak się nie da, więc swoje kroki kieruję do łazienki, żeby orzeźwić się po upalnej nocy i nabrać trochę entuzjazmu. W tym celu zaczęłam używać samych owocowych kosmetyków. Przyjemne zapachy pozytywnie nastrajają i energetyzują. Po takim prysznicu naprawdę ma się ochotę przywitać dzień z uśmiechem na ustach ;) 

Banan - Odżywka i szampon do włosów THE BODY SHOP. O tym duecie usłyszałam wiele zachwytów odnośnie zapachu. Spodziewałam się intensywnej woni, a otrzymałam nienachalny i przyjemny aromat. I całe szczęście, ponieważ toleruję banany (także w diecie), ale za nimi nie przepadam. Co do działania obu kosmetyków, to jest dobrze. Szampon radzi sobie z oczyszczaniem, odżywka zmiękcza włosy, ale oba kosmetyki nie są pionierami w kwestii pielęgnacji. Na pewno używane solo nie polepszą ich kondycji, potrzebne są dodatkowe zabiegi. Mi to nie przeszkadza, bo i tak regularnie stosuję olejki oraz maski. 

Arbuz - Żel pod prysznic BALEA Melon Tango, to połączenie słodyczy z arbuzową nutą. Trochę się rozczarowałam, że nie jest to czysty zapach owocu, ale na plus muszę mu zaliczyć, że nie czuć w nim chemicznej nuty. Ma dosyć wodnistą konsystencję, więc spieniam go na myjce (najlepsze są z Ikea) i dzięki temu staje się też bardziej wydajny. Delikatnie oczyszcza, bez nadmiernego wysuszenia, więc po porannym prysznicu nie używam już żadnych olejków czy balsamów. Przy obecnych temperaturach nie mam z resztą ochoty na dodatkowe smarowanie ;) 

Granat - Emulsja do mycia twarzy ALTERRA przyjemnie odświeża, dzięki lekko cytrusowemu zapachowi (jeśli używaliście odżywki lub szamponu z granatem i aloesem tej marki, to wiecie co mam na myśli). Poza tym jest doskonałym produktem do porannego oczyszczania. Usuwa pozostałości kosmetyków nałożonych przed snem, pozostawiając miękką i elastyczną skórę bez podrażnień. Lubię też używać jej wieczorem w duecie ze szczoteczką Clarisonic. Początkowo obawiałam się, że moja mieszana cera jej nie polubi, ale z tego co widzę bardzo dobrze reaguje na emulsję. 

Pomarańcza - Mydło w kostce ALTERRA to jedno z moich ulubionych, zaraz po różanym! Ostatnio zrobiłam sobie przerwę i zużywałam inne drogeryjne mydła, więc po powrocie poczułam jeszcze większe uwielbienie do Alterry. Już nie chodzi nawet o sam zapach, czy delikatną pianę, ale skuteczne mycie bez wysuszania dłoni. Każdemu szczerze polecam przekonać się o tym osobiście.

Z takim owocowym arsenałem jakoś dotrwam do swojego urlopu :)
_________________________________________

23.07.2014

Nowości lipca // PAYOT, MAC, YVES ROCHER, ALTERRA, FUSSWOHL



Po szaleństwach w czerwcu miałam nie robić większych zakupów, ale kilku okazji nie mogłam odpuścić. Między innymi odkupienia od Anety pomadki MAC Lustering z wykończeniem Lustre, które bardzo lubię. Miałam ją na uwadze od dłuższego czasu, więc szczęście w nieszczęściu- u Anety się nie sprawdziła, a ja mogłam kupić ją trochę taniej. Poza tym nie mogłam odpuścić nowej emulsji myjącej z Alterry. Poprzedniej nie było mi dane spróbować, dlatego cieszę się że została ponownie wprowadzona do sprzedaży. Wywarła na mnie dobre wrażenie, szczególnie używana ze szczoteczką Clarisonic. Jak będzie dalej zobaczymy. Przy okazji zakupów w Rossmannie do koszyka wpadł krem do stóp FussWohl z zawartością 10 % mocznika. Akurat była promocja na produkty tej marki i żal mi było nie wziąć, skoro kosztował 3,50. Trochę się maże przy aplikacji, ale działa doskonale, dlatego następnym razem chyba zrobię zapas ;) Z zagranicznych sklepów skusiła mnie Truskawka (StrawberryNet.com), która w jednej z promocji dnia oferowała olejek do demakijażu Payot. Lubię taką formę, więc kliknęłam bez zastanowienia. Dopiero kiedy dotarł okazało się, że jest na bazie parafiny. Moja cera jej nie lubi, ale skoro już kupiłam, to postanowiłam spróbować.  


Na koniec aromatyczne zamówienie ze strony Yves Rocher. Dzięki Martynie dowiedziałam się o kodach, dzięki którym cztery zapachy dostałam w cenie jednego. Nie mogłam się oprzeć i zamówiłam moje ulubione Moment de Bonheur oraz letnią wersję L'eau. Z ciekawości kupiłam również mgiełkę aloesową do ciała. Na pewno przyda się podczas urlopu. Nic więcej już nie planuję, ale wiecie jak to bywa ;)

21.07.2014

Kokos vol. 3 / ORGANIQUE Coconut



Od dawna jestem fanką kokosowego aromatu w kosmetykach, dlatego robiąc pierwsze w zakupy w Organique skupiłam się głównie na tym zapachu. Wybrałam aż cztery różne produkty, żeby mieć większe rozeznanie. W salonie już czułam, że będę zadowolona, ale pierwsze wrażenie zawsze może okazać się mylne. Minął kwartał, więc zdążyłam wszystko zużyć i sądzę, że nadeszła dobra pora na małe podsumowanie.  

Balsam do ust "kokosowe ciasteczka" - rozczarował mnie słodkim posmakiem. Szczerze tego nie lubię, bo według mnie jest to sztuczny i zbyteczny dodatek. Na szczęście oprócz tego małego niedociągnięcia innych wad nie dostrzegam. Doskonale pielęgnuje, niezależnie czy nakładam cienką warstwę w ciągu dnia, czy grubą na noc. Dodatkowo przyjemnie pachnie słodką wersją kokosa - nienachalnie i bardzo apetycznie. Nie jest to balsam na który zdecyduję się ponownie, ale doceniłam za działanie.

Mydło glicerynowe o zapachu kokosa - musiałam przeciąć na połowę, ponieważ cała 100 g kostka okazała się dosyć nieporęczna. Zużyłam ją na dwa razy, w dłuższym odstępie czasu i przy obu podejściach byłam zadowolona. Nie wysuszało dłoni jak większość drogeryjnych mydeł. Dobrze się pieniło i początkowo sądziłam, że szybko zniknie, ale okazało się wydajne. W przyszłości chętnie wypróbuję inne dostępne warianty.

Peeling solny z masłem shea "coconut" - to mój największy faworyt. Drobinki są średniej wielkości, więc nakładane na ciało nieźle masują. Natomiast dzięki zawartości masła shea skóra po zabiegu jest elastyczna, zmiękczona i dobrze odżywiona. Nie muszę już aplikować balsamu czy masła. Następnym razem zdecyduję się na większe opakowanie, bo 100 g zostawiło mały niedosyt. 

Kula do kąpieli "coconut" - po otwarciu sama dzieli się na połowę, więc wystarczyła na dwie kąpiele. Po wrzuceniu do wody rozpuszcza się do ostatniego okruszka, zmieniając kolory wody na lekko mleczny. Oprócz walorów zapachowych, ma także cudowne właściwości. Zmiękcza wodę dzięki zwartości olejków oraz nawilża i pielęgnuje skórę. Prawdziwy relaks dla zmysłów oraz ciała!

Pierwsze spotkanie z Organique okazało się bardzo owocne. Odkryłam kosmetyki do których naprawdę warto wracać. W kwestii zapachu było bardzo przyjemnie oraz subtelnie, czyli tak jak lubię. Gdyby był mocniejszy szybko poczułabym przesyt, a tak mam ochotę ponowić zakupy. Oprócz balsamu do ust, bo "kokosowymi ciasteczkami" jeszcze długo będę się zajadać ;)
_________________________________________

18.07.2014

Maska nawilżająca / LOREA'L EVER RICHE nourishing intense mask


 LOREA'L EVER RICHE maska nawilżająca

Na początku tego miesiąca pokazywałam czerwcowe zakupy ze strony Feelunique.com, gdzie zamówiłam między innymi maskę L'Oreal Ever Riche. Postanowiłam o niej wspomnieć na blogu, ponieważ nie jest dostępna w Polsce, na dodatek recenzje zamieszczone w sieci można policzyć na palcach jednej dłoni. Może się komuś przyda, szczególnie że moje zdanie odbiega od ogólnego. Przeznaczona jest do włosów suchych i zniszczonych, a jej głównym zadaniem jest nawilżenie. 

Ma niewielką pojemność, raptem 200 ml, ale według producenta do jednorazowej aplikacji wystarczy ilość wielkości orzecha. Jakoś nie byłam w stanie się do tego zastosować i za każdym razem nabierałam trochę więcej. Konsystencja jest tradycyjna, przypomina budyń, więc łatwo się rozprowadza. Na opakowaniu jest adnotacja, aby trzymać ją około 3-5 minut, więc często używałam jej zamiast odżywki. Doskonale sprawdziła się również po olejowaniu, kiedy trzymałam ją znacznie dłużej. Minimum 30 minut ;)

 LOREA'L EVER RICHE maska nawilżająca

Co do działania mam mieszane uczucia. Od razu zaznaczę, że moje włosy są w dobrej kondycji. Nie farbuję ich, nie prostuję i nie suszę gorącym powietrzem, a jedynym grzechem jaki popełniam to codzienne mycie. Jednak pomimo regularnego stosowania maski nie przekładało się to na widoczne efekty. Owszem zmiękczała włosy, trochę nawilżała oraz wygładzała. Odniosłam nawet wrażenie, że wnika we włosy, jakby ją piły. Tylko to było za mało, takie nawilżenie "na pół gwizdka". Należy jej się jednak pochwała za brak obciążenia oraz piękny zapach, który dosyć długo utrzymywał się i umilał chwile w ciągu dnia. Na tym jednak kończą się zalety. Używałam jej z przyjemnością, ale nie zachwyciła mnie na tyle, abym miała kupić ją ponownie. Szczególnie, że jej cena oscyluje w granicach 35 zł. Przyznacie, że nie jest to mało, a na naszych półkach znajdzie się wiele tańszych oraz lepszych kosmetyków. Coś nie mam szczęścia do masek zakupionych w UK, bo John Frieda też wypadł średnio. Chyba najwyższa pora rozejrzeć się za czymś nowym na własnym podwórku ;) 
_________________________________________

16.07.2014

Metalicznie / RIMMEL SCANDALEYES Shadow Paint #006 Rich Russet


Ostatnio popadałam w makijażowy minimalizm. Na twarz nakładam tylko minerały, a na powieki oprócz tradycyjnej kreski oraz tuszu, ląduje jeszcze cień w kremie firmy Rimmel. Kupiłam go w Hebe podczas szalonej akcji promocyjnej za niecałe 20 zł. Bardzo dobrze wspominam wycofaną serię Colour Mousse tej marki i po cichu liczyłam, ze Scandaleyes będzie tym samym kosmetykiem, tylko w nowym wydaniu.

Jak widać ma "błyszczykową" formę z aplikatorem w formie pacynki. Od razu napiszę, że nakładanie cienia przy jego pomocy mija się z celem. Po pierwsze jest niewygodny, po drugie nieprecyzyjny, a po trzecie nakłada za dużo. Konsystencja jest bardzo lekka i dobrze napigmentowana, więc łatwo można z nim przesadzić. Osobiście wolę  nabierać cień przy pomocy pędzelka (MAC 217, Zoeva 227, Hakuro H79) i dopiero wtedy rozprowadzać go na powiece. Dzięki temu uzyskuję cienką warstwę, która szybciej zastyga i mogę stopniować efekt. Ma dobre krycie, więc niewielka ilość wystarcza, aby uzyskać jednolitą warstwę.


Z trwałością bywa różnie, szczególnie na moich powiekach. Podczas zimy trzymał się nienagannie i dopiero pod wieczór potrafił zebrać się w załamaniu. Przy obecnych temperaturach wymaga niestety zastosowania bazy. Czasami dla lepszego efektu oprószam go jeszcze cieniem Inglota w podobnej kolorystyce. Mimo to uważam, że jest jednym z lepszych kosmetyków tego typu, bo metaliczny efekt utrzymuje się przez cały dzień, bez blaknięcia czy ścierania. I tutaj kolejny mały minus dla firmy, bo dostępnych jest raptem pięć odcieni.

Posiadam Rich Russet, czyli neutralny brąz o niesamowicie metalicznym wykończeniu. Pozostałe to: srebrny Mercury Silver, miedziany Golden Bronze, stalowy Slate Grey oraz intensywny fiolet Manganese Purple. Rozważałam jeszcze zakup tego ostatniego, ale jak wspomniałam ostatnio popadłam w makijażową rutynę, więc częściej leżałby w szufladzie niż gościł na moich powiekach.


Bardzo polubiłam Shadow Paint i uważam, że dorównuje serii Colour Mousse. Świetnie sprawdza się przy dziennym makijażu, jeszcze lepiej przy wieczorowym, a przy tym jest niezwykle przyjazny w aplikacji (szczególnie rano). Do tego mam wrażenie, że jest to kosmetyk bez dna, ponieważ mam go już pół roku, a ubytek jest niewielki. Szkoda, że pozostałe kolory takie nieciekawe... z drugiej strony może to i lepiej ;)
_________________________________________

15.07.2014

Śliwkowy CARMEX / Moisture Plus PLUM Sheer Tint

CARMEX Moisture Plus

CARMEX Moisture Plus


Moje zamiłowanie do Carmexów jeszcze nie minęło i ciągle próbuję oraz smakuję nowych wersji. Bardzo polubiłam formę długiego sztyftu, czyli Moisture Plus. Miałam wcześniej wersję Clear oraz Pink. Obie pachniały niezwykle przyjemnie. Pink dodatkowo koloryzował, nadając ustom lekko różowego koloru. Walory pielęgnacyjne mają takie same jak pozostałe (tubka, słoiczek, krótki sztyft), więc chciałam spróbować jeszcze jakiejś innej wersji. Niestety w polskich sklepach pojawiły się tylko dwa, natomiast Peach, Berry oraz Plum nie są bezpośrednio dostępne. Można je kupić w sklepach internetowych i podczas ostatnich zakupów z Feelunique.com dorzuciłam wersję Plum do koszyka. Kosztuje 4,49 £, ale udało mi się skorzystać ze zniżki -20 %. Jak nazwa wskazuje ma odcień ciemnej śliwki. Można stopniować nasycenie koloru, od delikatnego zabarwienia po całkiem intensywny w stylu Vintage. Tego się akurat nie spodziewałam po przygodzie z Pink. Oczywiście jest to zdecydowaną zaletą, zwłaszcza kiedy kolor okaże się odpowiedni. 


Niestety jest jeden minus, który zniechęcił mnie do regularnego używania - zapach. Nie przypomina tego przyjemnego aromatu mlecznych draży, który poznałam dzięki Pink oraz Clear. W tym przypadku bardzo czuć ziemistą woń mentolu. Bardzo przypomina mi Revlon Just Bitten Kissable Balm Stain. Na szczęście Carmex jest bez smaku, więc po ulotnieniu zapachu mija początkowy dyskomfort, a pozostaje przyjemny kolor. Narobił mi ochoty na pozostałe kolory z tej serii ;)
_________________________________________

11.07.2014

Kolorowe eyelinery / MISS SPORTY, BELL



Słoneczne dni zawsze napawają mnie ochotą na kolorowy makijaż. Cienie nie do końca wchodzą w rachubę, bo jednak z ich trwałością bywa różnie. Natomiast eyeliner wydaje się idealnym rozwiązaniem. Kolorowa kreska nie wymaga zbyt wiele czasu, wygląda efektownie i nie nastręcza większych problemów. Pod warunkiem, że trafi się na dobry eyeliner ;) Mam taką zasadę, że jeśli chcę spróbować czegoś nowego w nietypowym dla mnie kolorze, to wybieram najtańszą wersję. Czasami odkryję coś naprawdę dobrego, a innym razem "utopię" pieniądze, ale przynajmniej mam czyste sumienie, że nie była to duża kwota. W ten sposób skusiłam się na zielony liner z Bell w Biedronce za około 10 zł oraz Miss Sporty na wyprzedaży za około 6 zł. 


MISS SPORTY Studio Lash Metallic Eye liner #013 PURPLE HIT wybrałam ze względu na piękny metaliczny odcień fioletu. Na tym niestety zachwyty się kończą. Konsystencja jest dosyć wodnista, więc tworzą się prześwity i potrzebne są wielokrotne poprawki, aby uzyskać jednolitą kreskę nasyconą kolorem. Poza tym sam pędzelek jest za cienki, ma za mało włosia i nawet zrobienie swatcha jest większym wyzwaniem. Potrzebuje też sporo czasu do wyschnięcia. Ponieważ używam zalotki zawsze po zrobieniu kreski zajmuję się brwiami, a dopiero później podkręcam i tuszuję rzęsy. Zazwyczaj te kilka minut w zupełności wystarcza, ale dla Miss Sporty to za mało. Trwałość na powiekach  również nie należy do najlepszych i dosyć szybko ściera  się z wewnętrznego kącika. Oprócz tego potrafi podrażnić oczy. Nie w żaden widoczny sposób, ale po narysowaniu kreski odczuwałam lekkie szczypanie. Z tego powodu już wiem, że nigdy więcej nie sięgnę po liner z tej firmy, nawet gdyby oferowali wszystkie odcienie tęczy ;) 


BELL Eye Liner Deep Colour zachwycił mnie intensywnym turkusowym kolorem. Jest znacznie przyjemniejszy w obsłudze niż Miss Sporty. Przede wszystkim ma lepszą konsystencję, wciąż lekką ale bardzo napigmentowaną. Aplikator jest w postaci twardej gąbeczki. Ogólnie daje radę. Kreska bez problemu wychodzi jednolita za jednym pociągnięciem. Kolor jest bardzo nasycony i nie blaknie w ciągu dnia. Trwałość ma niesamowitą, nawet po demakijażu, bo przebarwia skórę. I to jest chyba jego najgorsza wada, bo żadnym płynem nie jestem w stanie domyć kresek, tak żeby nie podrażnić oczu. Na drugi dzień zawsze jest widoczne zielone odbarwienie. Nie wygląda to zbyt dobrze, więc jedyna rada to namalować czarną. Nie jestem w stanie wybaczyć mu tego kompromisu, więc mimo pięknego koloru nie polubiliśmy się w ogóle.


W ten sposób przeszła mi ochota na tanie i kolorowe linery. Mogłabym kupić droższe, na przykład Make Up For Ever, ale szkoda mi pieniędzy na jeden sezon. Z tego powodu zawsze wracam do sprawdzonego płynu Duraline z Inglota. Dzięki niemu mogę wyczarować każdą kolorową kreskę, mieszając odrobinę fixera z cieniem lub pigmentem.

P.S. Makijaż z kolorowymi kreskami pojawił się jako drugi post w historii bloga ;)
Makijaż przy użyciu płynu Duraline
_________________________________________

09.07.2014

empty / PAT & RUB, PHENOME, ORGANIQUE, JOHN FRIEDA, SANOFOLORE



Czerwiec okazał się udanym miesiącem w zużywaniu próbek oraz miniaturek. Dzięki mojemu uporowi ich ilość znacznie się zmniejszyła, a ja odkryłam kilka ciekawych kosmetyków. Najpierw jednak zacznę od pełnowymiarowych, bo mam już na ich temat wyrobione zdanie. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na temat konkretnego produktu, to każda recenzja jest podlinkowana.

Balsam do rąk PAT & RUB z serii otulającej, to mój zdecydowany faworyt, głównie ze względu na zapach. Słodki, karmelowy, ale z orzeźwiającą nutką cytryny. Z pielęgnowaniem dłoni również radzi sobie doskonale, a przy tym ma lekką formułę oraz wygodne opakowanie typu air-less. Same zalety, więc przy następnej okazji na pewno kupię kolejny egzemplarz.

Antyperspirant SANOFLORE był moją nadzieją  na naturalną ochronę. Kolejny raz przekonałam się, że tylko Vichy daje radę. Do Sanoflore robiłam kilka podejść i niestety nie daje mi takiego komfortu. To pierwszy kosmetyk od dawien dawna, którego nie zużyłam do końca i wyrzucam po prostu do kosza.

Szampon do włosów JOHN FRIEDA Luxurious Volume to najbardziej wydajny kosmetyk z całej serii. Dobrze oczyszczał oraz przyjemnie pachniał, więc nie mam do niego większych zastrzeżeń. W przyszłości z przyjemnością kupię ponownie. 

Maska do włosów JOHN FRIEDA Frizz-Ease Miraculous Recovery również podobała mi się ze względu na zapach, ale jak na tego typu kosmetyk trochę mnie rozczarowała. Gdyby była odżywką nie miałabym zastrzeżeń, a tak jej działanie okazało się zbyt słabe. Pojemność oraz cena dodatkowo zniechęcają mnie do kolejnego zakupu.


Płyn micelarny BE BEAUTY, czyli "tanioszka" z Biedronki. Lubię do niego wracać, kiedy nie mam nic nowego na uwadze. Przyzwoita pojemność w niskiej cenie, a do tego dobrze radzi sobie z makijażem oczu oraz wstępnym oczyszczaniem twarzy. Nienachalnie pachnie i nie pieni się zbytnio, więc bardzo przypadł mi do gustu. 

Pomadka Colour Riche Balm L'OREAL to już druga sztuka, którą zużyłam do samego końca. Cieszę się z tego niezmiernie, bo miałam wobec niej większe oczekiwania. Lepsze okazało się masełko do ust Revlon. Ma przyjemniejszą konsystencję oraz jest lepiej napigmentowane. Z tego powodu jeśli będę rozważać zakup pomadki nawilżającej, skuszę się właśnie na Lip Butter marki Revlon. 

Peeling solny z masłem shea ORGANIQUE o przyjemnym zapachu kokosa polubiłam od pierwszego użycia. Dobra konsystencja, która nie spływa i świetnie peelinguje. Do tego spora ilość olejków zmiękczających oraz pielęgnujących skórę. Po takim zabiegu czułam się niezwykle komfortowo, chociaż nie każdy będzie zadowolony z warstwy jaką pozostawia. Nie mniej warto spróbować. 

Peeling enzymatyczny PHENOME  mimo, że przez wielu jest zachwalany, w moim przypadku okazał się rozczarowaniem. Przyjemnie zmiękcza cerę, ale nie zauważyłam żadnych innych efektów. W moim przypadku obietnice producenta w ogóle nie zostały spełnione. Chciałabym kupić kolejne opakowanie, żeby całkowicie się o tym przekonać, ale pojemność mnie stanowczo zniechęca. Peeling trzeba zużyć w pół roku, a ja nawet po rozdaniu większości, ledwo zdążyłam. Może jeszcze kiedyś podejmę wyzwanie, na dzień dzisiejszy mówię żegnaj. Ale ale! Nie wyrzucam opakowania! Jeśli przyniesie się zużyte do Phenome, to dostanie się rabat na zakupy. Niestety nie pamiętam szczegółów, ale zawsze można zadzwonić do sklepu ;)


Zużyłam też pięć miniaturek, z czego wszystkie wywarły na mnie dobre wrażenie i chętnie kupiłabym pełnowymiarowe opakowania. Nie chce się rozwodzić, więc napiszę w skrócie co o nich myślę. Tonik Pat & Rub polubiłam za działanie, które przypomina mi mój ulubiony hydrolat oczarowy (bardzo podobnie też pachnie). Czyścik Dermalogica już opisywałam na blogu i jestem pod dużym wrażeniem jak dobrze oczyszcza twarz. Mleczko do ciała Biotherm Lait Corporel świetnie nawilża i bardzo szybko się wchłania. Natomiast olejek migdałowy L'occitane oraz odlewka Soap & Glory Clean on me umilały mi chwile pod prysznicem swoim pięknym zapachem.


Jak już wspomniałam na początku udało mi się też pożegnać kilka próbek, z czego na uwagę zasługuje żel pod prysznic Original Source Chocolate&Orange. Dosłownie pachnie jak wedlowskie delicje z galaretką pomarańczową. Tak samo przyjemny aromat ma maseczka jogurtowa, z tym że jest to mieszanka wanilii, miodu oraz kakao. Cudownie nawilża twarz i żałuję, że nie jest u nas dostępna. W końcu poznałam też nowy zapach Yves Rocher, czyli L'eau Moment de Bonheur. Jest to sezonowa wariacja na temat mojej ulubionej wody toaletowej i nie ukrywam, że bardzo mi się spodobała. Będę polować na okazję ;) Kremy do twarzy Nuxe i Clarins również zrobiły na mnie dobre wrażenie, ale taka saszetka to za mało, żeby odczuć większą różnicę. Jak widzicie trochę mi tego ubyło, ale nie spocznę na laurach i będę dalej rozprawiać się z próbkami oraz zalegającymi miniaturkami ;)
_________________________________________

07.07.2014

Zakupy z FEELUNIQUE / L'OREAL, CARMEX, REAL TECHNIQUES


Feelunique

W zeszłym miesiącu na stronie Feelunique.com była obniżka -20 % z której postanowiłam skorzystać. Zamówienie dotarło do mnie po tygodniu, ale jakoś zapomniałam o nim wcześniej wspomnieć. Zależało mi najbardziej na kosmetykach do włosów firmy L'Oreal, zwłaszcza na serii Ever Riche, która nie jest u nas ogólnodostępna. Wybrałam maskę, odżywkę oraz szampon. Od razu zaczęłam ich używać i bardzo spodobał mi się zapach, ale w kwestii działania jeszcze nie jestem w stanie nic napisać. Nie mogło też zabraknąć Carmexa w odcieniu Plum. Mam słabość do wersji Moisture Plus, ale w tym przypadku było małe rozczarowanie. Głównie w kwestii zapachu, który przypomina mi Revlon Just Bitten Kissable Balm Stain. Nie ma co ukrywać, że mi zupełnie nie pasuje i jest całkiem inny od pozostałych z tej serii. Przynajmniej ma interesujący kolor, więc zakup w połowie okazał się trafiony. Zdecydowałam się również na nowość Real Techniques, czyli silikonowy pędzelek do eyelinera. Muszę przyznać, że to prawdziwy oryginał i pierwszy raz się z takim spotykam. Bardzo łatwo się domywa, co jest ogromną zaletą, ale aplikacja przy jego pomocy nie do końca mi odpowiada. Muszę jeszcze się nim pobawić i dam znać czy jest godny uwagi. Co do samego sklepu, to kolejny raz się nie zawiodłam i jestem zadowolona.

_________________________________________

06.07.2014

Odpoczynek dla cery / URIAGE, ORGANIQUE, NUXE, VICHY



Niedziela to zazwyczaj mój jedyny wolny dzień w całym tygodniu. W końcu mogę się wyspać, trochę zwolnić i wyciszyć wewnętrznie, nie podejmować żadnych decyzji. Po prostu odpocząć. Tego dnia daję też chwilę wytchnienia dla mojej cery. Zazwyczaj nie robię makijażu, a jeśli już muszę to wybieram minimalizm. Nie nakładam też żadnych kremów i nie robię zabiegów. Pozwalam jej na własne funkcjonowanie, ale pod małą kontrolą. 


Zaraz po obudzeniu oczyszczam twarz przy pomocy mydła Savon Noir z Organique. Znakomicie się w tym celu sprawdza, ponieważ usuwa pozostałości wieczornych kosmetyków oraz ożywia cerę po nocy. Skóra aż piszczy po jego użyciu, a przy tym jest zmiękczona i nie podrażniona. Później zazwyczaj sięgam po wodę termalną Uriage. Doskonale radzi sobie z moją mieszaną cerą, trzyma ją w ryzach i zapobiega powstawaniu wyprysków. Nigdy nie miałam z nimi większych problemów, jednak odkąd zaczęłam używać jej regularnie w ogóle przestały się pojawiać. Poza tym wytwarza przyjemną mgiełkę, która podczas dzisiejszego upału przynosiła dużą ulgę. Dzięki temu, że jest izotoniczna nie musiałam ścierać nadmiaru z twarzy, co jest bardzo wygodne podczas leżakowania na balkonie ;) Ponieważ spędziłam trochę czasu poza domem nie mogło zabraknąć również warstwy ochronnej, czyli solidnej dawki filtru Vichy Capital Soleil SPF 50. Polubiłam go od pierwszego użycia, za lekką konsystencję, która wchłania się praktycznie do matu. Nie muszę już oprószać twarzy pudrem, chociaż jeśli wychodzę "do ludzi" używam podkładu mineralnego, żeby tylko ujednolicić koloryt cery. Usta najczęściej smaruję balsamem Reve de Miel firmy Nuxe. Jest bardzo odżywczy, więc wystarczy warstewka rano oraz wieczorem, żeby utrzymać je w dobrej kondycji. Ze względu na opakowanie, stosuję go tylko w zaciszu domowym.

Jak widzicie w niedzielę totalnie sobie odpuszczam wszelką pielęgnację cery. Na konserwowanie pozostawiam pozostałe dni ;)
_________________________________________

03.07.2014

Mat na ustach / NYX Soft Matte Lip Cream Antwerp #05



Zachwycając się pomadką NYX rozbudziłam ciekawość kilku osób, więc najwyższa pora napisać więcej na jej temat. Dostępna jest w jedenastu odcieniach, które noszą nazwy głównych miast- stolic. Moja to Antwerp o dosyć ciężkim do zdefiniowania kolorze. Nie potrafię jednoznacznie jej nazwać, ale uogólniając jest to róż z domieszką koralu. W zależności od karnacji oraz naturalnego pigmentu ust na każdym będzie wyglądał inaczej. Kupiłam ją na Allegro, ale jest też dostępna w Douglasie oraz salonie NYX w Blue City (Warszawa).

Co do samego kosmetyku producent określił go jako kremowa pomadka o matowym wykończeniu. Początkowo obawiałam się tego matu, ponieważ dotychczasowe próby nie wypadały najlepiej. W tym przypadku jest zupełnie inaczej. Prezentuje się bardzo naturalnie i nie uwydatnia struktury ust (rowków). Bezpośrednio po wyschnięciu staje się matowa, ale bez ściągnięcia oraz ciężkiego efektu. Potrafi jednak podkreślić skórki, więc dobrze przed nałożeniem zrobić lekki peeling, chociażby szczoteczką do zębów.



Aplikator to tradycyjna błyszczykowa gąbeczka. Dzięki lekkiej, kremowej konsystencji gładko się rozprowadza nie nastręczając większych problemów. Na uwagę zasługuje też waniliowo- maślany zapach. Poniekąd uzależniający, więc czasami odkręcam opakowanie, żeby tylko go poczuć ;) Lip Cream jest bardzo dobrze napigmentowany, więc wystarczy nanieść cienką warstwę oraz delikatnie wklepać, aby uzyskać całkowite krycie. Bardzo szybko wysycha przywierając na stałe już po jednej warstwie. I co najważniejsze nie lepi się, jest niewyczuwalny, także bezsmakowy.

W ciągu dnia ściera się nieznacznie i znika równomiernie po prostu blaknąc. Dla intensyfikacji koloru jest wymagana ponowna aplikacja, ale zalecam najpierw nawilżyć usta balsamem. Pomadka NYX nie ma silnych właściwości wysuszających, jednak kolejne porcje mogą wpłynąć negatywnie. Dlatego zawsze kiedy zaczyna blaknąć smaruję usta pomadką (w podobnym odcieniu lub transparentną) i dopiero po jakimś czasie nakładam Antwerp. Pomimo kilku poprawek w ciągu dnia usta cały czas dobrze się prezentują.


Poza tym jest to jedna z najtrwalszych pomadek jakie miałam. Można gadać, pić, jeść, a kolor będzie tkwił na swoim miejscu. Nie rozmazuje się, nie roluje, nie wylewa poza kontur ust. Szczerze ją polubiłam, o co siebie naprawdę  nie podejrzewałam, bo nie lubię matowego wykończenia. NYX przekonał mnie totalnie, więc skusiłam się na podobny produkt firmy Manhattan. Porównanie wkrótce ;)

_________________________________________

.

JAKO AUTORKA BLOGA NIE WYRAŻAM ZGODY NA KOPIOWANIE, POWIELANIE LUB JAKIEKOLWIEK INNE WYKORZYSTYWANIE W CAŁOŚCI LUB WE FRAGMENTACH TEKSTÓW I ZDJĘĆ Z SERWISU INTERNETOWEGO www.iwetto.com BEZ MOJEJ WIEDZY I ZGODY (PODSTAWA PRAWNA: DZ. U. 94 NR 24 POZ. 83, SPROST.: DZ. U. 94 NR 43 POZ. 170).