21.11.2014

SPONTANEOUS / MAC Patentpolish Lip Pencil


Kiedy tylko zobaczyłam zapowiedź nowej serii pomadek Patentpolish firmy MAC wiedziałam, że chociaż jeden kolor będzie mój. Mam ogromną słabość do mazideł w formie wykręcanej kredki, a nietypowy zaokrąglony kształt jeszcze bardziej podkręcił moją chęć posiadania. Wiem, mało rozsądne podejście, ale na tym polega konsumpcjonizm ;) Najpierw obejrzałam całą gamę dokładnie w salonie, ale nie potrafiłam się zdecydować na konkretny kolor. Dopiero po przeczytaniu kilku recenzji oraz obejrzeniu swatchy w internecie, z dwunastu dostępnych odcieni wybrałam Spontaneous. Zamówiłam ją online na firmowej stronie i zapłaciłam 84 zł (wysyłka jest darmowa). 


Jak dla mnie Spontaneous to bardzo bezpieczny odcień transparentnej śliwki, który pięknie podkreśla mój naturalny kolor. Sprawdza się przy każdym delikatnym lub mocniejszym makijażu. Wykończenie ma bardzo błyszczykowe, ale nie klejące, takie jakie najbardziej lubię w pomadkach. Usta wyglądają na lekko wilgotne, dzięki czemu stają się optycznie pełniejsze. Blasku dodaje także delikatny złoty shimmer,  który jest niewyczuwalny na ustach. Intensywność koloru można bez problemu budować, bez obawy o karykaturalny efekt. Wszystko zależy od upodobań :)


Konsystencja jest zbita, ale po zetknięciu z wargami staje się masełkowa, gładko sunie i równomiernie się rozprowadza. Trwałość to nie jest zaleta tego kosmetyku, ponieważ dosyć szybko znika, szczególnie kiedy się rozmawia lub spożywa posiłek. Patentpolish porównałabym do powszechnie znanych lip balmów, które koloryzują oraz pielęgnują usta. Jest tak samo łatwy w obsłudze, dobrze nawilża i do aplikacji nie wymaga lusterka. Początkowo miałam pewne obawy, że przez swój kształt nie będzie docierać do zewnętrznych kącików, jednak okazały się one bezpodstawne. Jak przystało na pomadkę MAC posiada uzależniający waniliowy zapach, ale jest bezsmakowy. 


Z tego co widzę na stronie producenta Spontaneous widnieje jako produkt wyprzedany. Inne odcienie są jeszcze dostępne, więc jeśli jesteście zainteresowani radzę się spieszyć. Ponoć jest to kosmetyk limitowany i nie wiadomo jak długo będzie dostępny. Osobiście jestem bardzo zadowolona z zakupu i cieszę się, że nie uległam ogólnemu zniechęceniu do tej serii. 

20.11.2014

Duoaktywny krem pod oczy/ PHARMACERIS A Opti-Sensilium


Dzisiaj podzielę się z Wami moim małym odkryciem. Co prawda wspominałam już o nim w ulubieńcach lipca, ale dopiero teraz jestem w stanie przedstawić go w pełnej krasie. Mowa o duoaktywnym kremie pod oczy z Pharamceris, który w moim przypadku okazał się o wiele lepszy od ostatnio recenzowanego Riche Cremem marki Yves Rocher. Dedykowany jest do codziennej pielęgnacji skóry dojrzałej, nadwrażliwej oraz podatnej na alergię. Powinien pomóc zredukować zmarszczki, ma także właściwości odżywcze oraz regenerujące. Moich mimicznych zmarszczek nie ruszył, natomiast świetnie nawilżył skórę wokół oczu, a na tym najbardziej mi zależało!


Posiada lekką, a przy tym treściwą konsystencję. Dosłownie odrobina jest potrzebna do jednorazowej aplikacji, ale ja zawsze nakładałam go grubszą warstwą. Za każdym razem rozprowadza się gładko i bez rolowania. Wklepywanie opuszkami przyspiesza wchłanianie, ale sam też bez problemu wnika w skórę, nie pozostawiając po sobie żadnej odczuwalnej warstwy. Nie ściąga i doskonale koi, przy regularnym używaniu okolica wokół oczu prezentuje się znacznie lepiej. W końcu znalazłam dobry kosmetyk, który faktycznie niweluje oznaki zmęczenia od długiej pracy przy komputerze. Ostatnio stosuję go wyłącznie na noc (zużywam do końca nieszczęsnego Riche Creme), ale świetnie sprawdza się również pod makijaż! Szczególnie w duecie z ciężkim i kryjącym korektorem, który wymaga lepszej pielęgnacji. Doskonale zabezpiecza i chroni przed jego wysuszającym działaniem. Przynosi ulgę także dla zmysłów, ponieważ w ogóle nie pachnie.


Pojemność jest typowa, czyli 15 ml. Na uwagę jednak zasługuje bardzo przyjazne opakowanie typu airless. Niezwykle urocze, a przy tym praktyczne. Według mnie wszystkie tego typu kosmetyki powinny być w ten sposób pakowane. Jest funkcjonalne, ponieważ pompka dozuje odpowiednią ilość, a także higieniczne - czynniki zewnętrzne nie mają wpływu na zawartość. Na pierwszy rzut oka nie widać ile produktu zostało w opakowaniu, ale można się o tym przekonać  przy oglądaniu 'pod światło'. Poza tym jest niezwykle wydajny i mimo że używam go od czerwca, to widzę jeszcze spore zasoby.


W gruncie rzeczy to jeden z nielicznych kremów pod oczy o którym mogę napisać, że jest naprawdę dobry. Do tej pory żadnego z recenzowanych na blogu nie kupiłam ponownie. W przypadku Pharmaceris wiem, że będzie zupełnie odwrotnie. Moje poszukiwania nareszcie zostały zwieńczone sukcesem. Mimo że nie działa na mnie przeciwzmarszczkowo, to daje solidną dawkę nawilżenia. Wydaje mi się na tyle uniwersalny, że niezależnie od wieku u każdego się sprawdzi. Poleciłam go kilku osobom (mam nadzieję, że odezwą się w komentarzach ;) i były również zadowolone z działania. Kosztuje około 30 zł i jest dostępny w większości aptek, więc warto się nim zainteresować!  

18.11.2014

Triki w makijażu / MOJE ULUBIONE FILMY Z YOU TUBE


Makijaż to moja pasja. Nigdy nie aspirowałam do stania się wizażystką, ale maluję się od 15 lat i zawsze zależało mi na tym aby wyglądać dobrze. Poszukiwałam wiedzy w internecie i tak między innymi trafiłam na You Tube oraz ludzi profesjonalnie zajmujących się sztuką makijażu.  Całkowicie zmienili moje podejście i dzięki nim nauczyłam się kilku podstawowych trików. W tym poście chciałam Wam przedstawić kilka ciekawych technik, których sama używam na co dzień oraz jeden filmik, który uświadomił mi jak ważny jest masaż twarzy. 


Wayne Goss
Od Wayne'a nauczyłam się metody krem-puder-podkład, o której wspominałam już kilka razy na blogu. Dla mnie okazała się rewolucyjna. Przede wszystkim faktycznie  przedłuża trwałość makijażu. Niezależnie od użytego podkładu, trzyma się on do końca dnia. Pozwala też utrzymać matowe wykończenie, co sprawdza się doskonale przy cerach tłustych oraz mieszanych. Ułatwia też zmatowienie podkładów o mokrym wykończeniu. Według mnie duże znaczenie ma też puder bazowy. Osobiście preferuję transparentne, sypkie oraz drobno zmielone. W moim przypadku najlepiej sprawdził się puder bambusowy z Biochemii Urody oraz MAC Prep+Prime. W zależności od użytego podkładu czasami pomijam ostatni krok, czyli dodatkowe oprószanie pudrem albo nakładam go tylko w strefie T. 



Bailey Van Der Veen
Odkryłam ją całkiem niedawno, ale z ogromnym apetytem pochłaniam wszystkie filmiki. Ten konkretny pokazuje jak konturować twarz. Niby nic nowego, wszystko to już było i setki tego typu filmów można znaleźć na You Tube. Jednak Bailey ma swój charakterystyczny sposób aplikacji, który najlepiej się u mnie sprawdził. Wszystko możecie obejrzeć w tutorialu, więc skupię się na najbardziej istotnej kwestii. Mianowicie nie nakłada bronzera poniżej kości policzkowych aż do linii żuchwy, tylko rozciera go do góry, co pozwala optycznie wysmuklić twarz o jasnej karnacji. Genialne! 
Poza tym w innym filmiku pokazuje jak przedłużyć trwałość kredki na linii wodnej. Wystarczy przed aplikacją przetrzeć to miejsce suchym patyczkiem kosmetycznym. Zbierze nadmiar sebum oraz resztki kosmetyków, które osadziły się podczas wykonywaniu makijażu. Spróbujcie, to naprawdę pomaga!




Samantha Chapman
Uwielbiam tutoriale makijażowe Sam i zawsze byłam pod wielkim wrażeniem jej umiejętności. W tym filmiku pokazuje dwie podstawowe techniki rozcierania cieni. Pozwolę sobie ją zacytować: jeśli się tego nauczysz, to nie będziesz mieć żadnego problemu z łączeniem kolorów na powiece. Wszystko pokazane jest w bardzo przystępny sposób, więc nawet nie trzeba rozumieć języka, żeby się nauczyć. Nie musicie używać czarnego i białego cienia, wystarczy że będzie jaśniejszy oraz ciemniejszy. Najważniejsze to ćwiczyć, bo praktyka czyni mistrza. 



Lisa Eldridge
Wystarczy spojrzeć na Lisę, aby przekonać się że masaż twarzy to istotna część pielęgnacji. Do tej pory traktowałam to trochę po macoszemu, ale ten filmik mnie zmobilizował. Masaż najczęściej wykonuję podczas demakijażu i używam do tego olejku Dermalogica lub balsamu Clinique. W sieci istnieje wiele filmików instruktażowych na poszczególne partie, ale jeśli zaczynacie dopiero swoją przygodę to szczerze polecam naśladować Lisę. Jak widać w przyszłości się to bardzo opłaci ;)



Jeśli jesteście ciekawi kogo jeszcze oglądam na You Tube, to zapraszam na mój kanał Iwetto Beauty Blog :)

17.11.2014

Maseczka oczyszczająca // THE BODY SHOP TEA TREE OIL FACE MASK


Maseczki do twarzy to stały dodatek do mojej pielęgnacji. Wspominałam już o nawilżającej z firmy Uriage, dzisiaj natomiast przedstawię oczyszczającą z The Body Shop. Potrzebowałam kosmetyku, który nie tylko będzie pielęgnował, ale też pomagał trzymać w ryzach strefę T, ograniczał przetłuszczanie oraz dobrze oczyszczał. Zanim skusiłam się na pełnowymiarowe opakowanie, kupiłam saszetkę. Jest to bardzo dobre rozwiązanie dla tych którzy chcą zapoznać się z produktem oraz sprawdzić jak zareaguje cera. Nie pamiętam ile dokładnie kosztuje, ale przypuszczam że nie więcej niż 10 zł. Natomiast 100 ml udało mi się kupić za pół ceny, regularnie kosztuje około 50 zł, więc warto czekać na dobrą okazję!


Opakowanie to tradycyjny plastikowy słoiczek. Może nie jest to najbardziej higieniczna forma, zwłaszcza kiedy lubi się używać dłoni do aplikacji, ale spełnia zadanie, bo nie zauważyłam aby od momentu zakupu coś się zmieniło. Przede wszystkim maseczkę aplikuję zawsze przy pomocy syntetycznego pędzla i starannie dokręcam zaraz po użyciu. Dzięki kremowej konsystencji gładko i równomiernie rozprowadza się na skórze. Posiadam cerę mieszaną, czyli tłustą w strefie T i suchą na policzkach, ale nakładam ją na całą twarz. Nie wystąpiła żadna reakcja alergiczna, podrażnienie lub zaczerwienienie. Może dawać takie złudzenie, ponieważ zawiera mentol. Z tego względu doskonale sprawdza się podczas kataru ;)


Maseczka Tea Tree Oil zrobiona jest na bazie glinki, jednak nie wysycha oraz nie ściąga cery, nawet jeśli pozostanie dłużej na twarzy. Kilka razy przekroczyłam przepisowe 15 minut i mimo, że tworzyła się skorupka, to skóra  po zmyciu była miękka oraz gładka. Posiada w składzie olejek z drzewa herbacianego, który ma działanie antybakteryjne. Nie jest co prawda jednym z głównych składników, ale robi swoje. Odkąd używam jej regularnie (dwa razy w tygodniu), praktycznie się nie pojawiają, a jeśli coś zaczyna się budować, to jeden zabieg szybko hamuje dalszy rozwój. Muszę jednak zaznaczyć, że nie mam dużej tendencji do wyprysków. Pomogła też przy przetłuszczającej się strefie T. Problem dalej istnieje, ale w mniejszym stopniu.


Na pewno nie każdemu będzie odpowiadać jej intensywny zapach, który jest kombinacją mentolu oraz olejku z drzewa herbacianego. Na początku mnie odrzucał, a teraz wydaje mi się przyjemny i bardzo orzeźwiający. Poza tym maseczka nastręcza trochę problemów przy zmywaniu, jak wszystkie inne na bazie glinki. Bardzo pomaga gąbeczka z celulozy, która zmiękcza i dokładnie usuwa pozostałości. Osobiście uwielbiam niedrogie i ogólnie dostępne Calypso z Rossmanna. 

Maseczka The Body Shop bardzo przypomina mi miętową Queen Helene Mint Julep Masque, z tym że jest o nieba lepsza. Może nie w kwestii zapachu, ale posiada przyjemniejszą w nakładaniu konsystencję oraz zdecydowanie lepsze działanie. Do tego jest niezwykle wydajna, więc skoro moja cera ją pokochała, to nawet zakup w regularnej cenie będzie się opłacał ;)

15.11.2014

ZAKUPY / DOUGLAS, CLARINS, MINTI SHOP, STRAWBERRYNET


W październiku nie kupiłam żadnego kosmetyku (sukces!). Tak samo byłoby w listopadzie, gdyby nie kilka atrakcyjnych ofert, których nie mogłam sobie odmówić. Nie, nie będzie nic z Rossmanna ;) Tym razem całkiem spore zamówienie złożyłam na stronie Douglasa. Od września czyhałam na dobrą okazję, żeby zrealizować swoją urodzinową kartę upominkową. Niestety ich marketingowcy zaczęli cwaniaczyć i ostatnio wyłączają z promocji marki, które mnie najbardziej interesują (MAC, Bobbi Brown itd). Na szczęście marki Clarins to nie dotyczyło, więc nie tylko skorzystałam z karty, ale otrzymałam również -15% na całe zakupy oraz pokaźny zestaw miniaturek. To lubię! 


Od dłuższego czasu na mojej zakupowej liście widniał korektor pod oczy Instant Concealer w odcieniu #01 oraz błyszczyk Instant Light Natural Lip Perfector, który jest chyba jednym z najsławniejszych produktów firmy. Długo się przed nim wzbraniałam, bo rzadko używam błyszczyków, ale ten kosmetyk ma dodatkowo pielęgnować usta, więc ostatecznie dałam mu szansę. Wybrałam odcień Reflet Rose #01. 


Poza tym do zakupów dołączyłam jeden zestaw świąteczny, składający się z miniaturowej kosmetyczki, pełnowymiarowego tuszu do rzęs Be Long Mascara, miniaturki wygładzającej bazy pod makijaż Instant Smooth Perfecting Touch oraz miniaturki  rozświetlającgo kremu do pielęgnacji skóry wokół oczu Eye Revive Beauty Flash


Gratis otrzymałam kosmetyczkę podróżną z trzema miniaturkami: kremem na noc Vital Light Night, błyskawiczną maseczką upiększającą Beauty Flash Balm oraz peelingiem do twarzy One-Step Gentle Exfoliating. Poza tym trzy próbki podkładu Dr. Irena Eris Provoke, próbkę kremu Clinique Superdefense, kupon na zakupy oraz próbkę zapachu Paul Smith Rose. Generalnie jestem bardzo zadowolona z dodatków, obsługi oraz szybkiej realizacji zamówienia. Oferta w dalszym ciągu obowiązuje, więc warto skorzystać.


Na stronie Strawberrynet kupiłam kolejną butelkę mojego ulubionego olejku do demakijażu Precleanse firmy Dermalogica. Posiadam kilka innych kosmetyków tego typu, ale uwierzcie mi że ten jest niezastąpiony. Żeby mu nie było smutno tak samemu podróżować w paczce dorzuciłam jeszcze tusz do rzęs Clinique High Impact Mascara.


I na koniec mini zamówienie z Minti Shop. Ostatnio nie nadążam z myciem pędzli do linera, dlatego postanowiłam dokupić jeszcze dwa egzemplarze. Zależało mi na bardzo precyzyjnym zakończeniu i znalazłam takie wśród oferty Maestro. Wybrałam prosty 780 rozmiar 1 oraz ścięty 640 rozmiar 2. Kosztowały około 10 zł za sztukę i wywarły na mnie bardzo dobre wrażenie, więc rozważam dokupienie jeszcze kilku w przyszłości. Poza tym skusiłam się na jeden wosk Yankee Candle o zapachu Fresh Cut Roses. Niezwykle pięknie pachnie ściętymi różami, więc szczerze polecam.
I to tyle :) Do końca roku nic więcej nie planuję, ale liczę na kilka kosmetyków od Mikołaja ;)

13.11.2014

Emulsja do mycia twarzy z granatem / ALTERRA


Większość z Was na pewno dobrze kojarzy poprzednią wersję emulsji Alterry z wyciągiem z róży. Zyskała spore uznanie, ale w tamtym okresie nie wzbudziła we mnie większego zainteresowania. Dopiero kiedy została wycofana żałowałam, że nie zdążyłam jej wypróbować. Dlatego cieszę się że firma postanowiła ponownie wprowadzić emulsję do sprzedaży. Powróciła w całkowicie nowej odsłonie, ale idea pozostała ta sama. 

Produkt przeznaczony jest do delikatnego oczyszczania cery suchej oraz wrażliwej. Zawiera łagodne substancje pochodzenia roślinnego z upraw BIO, które oprócz odświeżania, dodatkowo nawilżają skórę. Nie zawiera natomiast syntetycznych barwników, aromatów, konserwantów, silikonów oraz parafiny. Posiadam cerę mieszaną w kierunku suchej, dlatego postanowiłam uzupełnić swoją pielęgnację o kosmetyk z takimi właściwościami. Nie planowałam zastąpić tradycyjnego mycia żelem Effaclar La Roche Posay czy mydłem Savon Noir z Organique, tylko wykorzystać do masażu twarzy przy pomocy szczoteczki Clarisonic.


Emulsja nie pieni się i subtelnie pachnie. Według mnie identycznie jak nawilżająca seria do włosów z granatem i aloesem. Ze względu na dosyć lejąca konsystencję nakładam niewielką ilość bezpośrednio na szczoteczkę. Czekam chwilę, żeby spłynęła wgłąb włosia i dopiero wtedy zaczynam masować twarz. Dzięki pobudzającemu masażowi, wszystkie dobroczynne składniki szybciej oddziałują na skórę co daje zdecydowanie lepsze rezultaty. Po zabiegu można pozostawić ją do wchłonięcia i ściągnąć nadmiar przy pomocy płatka bawełnianego lub usunąć przy użyciu wody. Korzystam z tego drugiego sposobu, czasami funduję sobie jeszcze gorący kompres. Ściągnięcie skóry ustępuje, cera staje się miękka, nawilżona oraz ukojona.


Pomimo moich początkowych obaw nie spowodowała żadnych problemów skórnych. Doskonale sprawdza się także przy porannym myciu, aby usunąć pozostałości kosmetyków nakładanych przed snem. W tym celu stosuję ją regularnie, aby nie nadwyrężać cery silniejszymi kosmetykami.

Spełniła całkowicie moje oczekiwania, a jej niewygórowana cena (6-9 zł) oraz dobra wydajność przyczyniły się do decyzji o włączeniu emulsji na stałe do mojej pielęgnacji. Szkoda, że nie mogę spróbować poprzedniej wersji z wyciągiem z róży. Jak wiecie uwielbiam ten zapach w kosmetykach i mimo, że obecna z granatem też mi się podoba, to sądzę że poprzednią polubiłabym jeszcze bardziej.

 - Produkt wegański, nietestowany na zwierzętach.

11.11.2014

TAUPE / KIKO Water Eyeshadow #228



Jednym z moich ulubionych cieni do powiek jest Water Eyeshadow marki KIKO w odcieniu 228. Jest to kolejny  kosmetyk tej firmy, który mogę szczerze polecić. Cień wzbogacony jest o składniki nawilżające  oraz wygładzające. Można go nakładać na sucho lub mokro. Producent gwarantuje długotrwały efekt, pełen koloru oraz blasku.


Pierwsze co rzuca się w oczy, to nietypowy kształt, który ponoć ma ułatwić aplikację. Szczerze mówiąc wolę nie burzyć tej harmonii i zawsze dotykam pędzlem zagłębienia w centralnej części. Opakowanie to solidna kasetka z lusterkiem. Przetrwała nawet dosyć wysoki lot i kontakt z płytkami podłogowymi. Cień nie doznał uszczerbku, ale wypadł ze środka. Dzięki tej przygodzie już wiem, że 'depotowanie' do oddzielnej kasetki jest niemożliwe. Niestety cień przytwierdzony jest bezpośrednio do plastiku i nie posiada metalowego denka.


Kolor 'taupe' jest miksem fioletu, brązu oraz szarości. Osobiście uwielbiam ten odcień, a przez to że jest połączeniem kilku, to za każdym razem inaczej prezentuje się na powiece. Wszystko zależy od padającego światła, które uwydatnia poszczególne barwy. Poza tym makijaż przy jego pomocy jest bajecznie prosty, bo nie wymaga dodatkowego cieniowania. Wystarczy nanieść go na ruchomą powiekę, rozetrzeć delikatnie ponad załamaniem i makijaż gotowy. Konsystencja jest idealna, lekko 'wilgotna' nie za sucha i nie za miękka. Nie osypuje się i rozciera bez tracenia koloru. Taupe #228 to typowy solista. Jest dobrze napigmentowany i świetnie sprawdza się nakładany na sucho, ale dla intensyfikacji można nałożyć go na mokro. Dzięki temu uzyska się bardziej metaliczne wykończenie. Bez tego też wygląda bardzo efektownie i doskonale sprawdza się w codziennym makijażu. 


Swój egzemplarz kupiłam na stronie producenta za 8,9 £. Pod koniec listopada będzie można obejrzeć go stacjonarnie w warszawskiej Arkadii.  Sama na pewno dołączę jeszcze nie jeden kolor do swojej kolekcji. Wybór nie będzie łatwy, bo jest ich aż 32. Przynajmniej każdy znajdzie coś dla siebie :)

10.11.2014

EMPTY / DOVE, L'OREAL, CAUDALIE, BATH & BODY WORKS


Moim największym kosmetycznym osiągnięciem października było zużycie do końca pudru  bambusowego z Biochemii Urody. Termin ważności zbliżał się nieubłaganie, dlatego cieszę się ogromnie, że zdążyłam przed jego upływem (grudzień). Bardzo polubiłam właściwości matujące bambusa oraz prosty skład, który nie miał negatywnego wpływu na moją cerę. Gdybym nie miała kilku innych na stanie, to kupiłabym go ponownie, ponieważ doskonale sprawdził się przy metodzie puder-podkład-puder. Poza tym jest tani i niezwykle wydajny. W przyszłości na pewno jeszcze się spotkamy, chociaż moim osobistym hitem jest puder sypki MAC Prep+Prime
Z żalem rozstałam się z korektorem pod oczy L'Oreal Lumi Magique. Miałam wersję Light #1, która dobrze komponowała się z moim naturalnym odcieniem skóry i pięknie rozświetlała. Nie posiadam widocznych cieni pod oczami, więc jego średnie krycie w zupełności mi wystarczało. Prawdopodobnie skorzystam z obecnej promocji w Rossmannie (2 kosmetyki kolorowe w cenie 1) i kupię na zapas chociaż jedno opakowanie ;)
Pozostałe kosmetyki z pierwszego zdjęcia wypadły u mnie przeciętnie. To znaczy peeling Lirene z serii Wybielanie przyjemnie oczyszczał cerę, ale zawiera w składzie parafinę, która na dłuższą metę szkodzi mojej skórze. Suchy szampon Dove polubiłam za subtelne działanie, bez białego efektu na włosach. Rozczarował mnie owocowy zapach, który długo utrzymywał się na włosach i okazał się dla mnie zbyt intensywny. Beauty Elixir Caudalie zużyłam do scalania makijażu mineralnego i w tym celu sprawdził się najlepiej. Jednak nie zauważyłam żadnego cudownego wpływu na cerę, a ziołowo-mentolowy zapach nie przypadł mi do gustu. Jestem przekonana, że nigdy więcej nie kupię tej mgiełki. 


Nawilżająca mgiełka do ciała z aloesem Yves Rocher również mnie rozczarowała. Zapach oraz efekt nawilżenia przeciętny, do tego pozostawiała lepiącą warstwę. Już nie wspomnę o małej pojemności oraz dość wysokiej cenie. Żałuję zakupu. Tak samo jest w przypadku płynu do higieny intymnej Lactacyd. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby wziąć ten egzemplarz, zamiast mojego ulubionego i sprawdzonego płynu Lirene Lactima. Mam nauczkę ;) Nie sprawdził się u mnie w ogóle. 
Będę natomiast tęsknić za zapachem peelingu z mango i kokosem Wellness&Beauty. Obecnie używam wersji z zieloną herbatą i oliwą z oliwek, ale jak tylko skończę wracam do poprzedniej :) Oba mają świetne działanie złuszczające oraz nawilżające, więc jeśli jeszcze nie używaliście polecam spróbować. 


Pianka do mycia rąk Bath&Body Works miała niezwykle przyjemny zapach oraz dobrze oczyszczała dłonie. Niestety przy regularnym używaniu zaczęła je nadmiernie wysuszać. Z tego powodu nie mam zamiaru wprowadzać jej na stałe do swojej pielęgnacji, ale od czasu do czasu skuszę się, jeśli trafię dobrą okazję. Na koniec żele pod  prysznic, które umilały moje letnie dni.  Melon Tango marki Balea pachniał cukierkowym arbuzem, natomiast Isana Orange & Grapefruit słodkimi cytrusami. Oba pochodzą z edycji limitowanych, dlatego wątpię żeby były jeszcze dostępna (zwłaszcza Isana). Będę je miło wspominać.

To dopiero pierwsza część moich październikowych zużyć. Jak wspominałam wcześniej postanowiłam je podzielić, ponieważ ostatnio wychodziły z tego bardzo długie posty, co było męczące w opisywaniu i na pewno czytaniu ;)

07.11.2014

Peeling do twarzy z pudrem z pestek moreli / YVES ROCHER


Przy okazji ostatniej recenzji kosmetyku z Yves Rocher, czyli kremu pod oczy Riche Creme, narzekałam że coraz więcej produktów tej firmy mnie zawodzi. Mam jednak kilka sprawdzonych, do których notorycznie wracam. Jednym z nich jest dzisiejszy bohater, czyli peeling morelowy.  Dziwię się, że do dnia dzisiejszego nie poświęciłam mu całego posta, dlatego postanowiłam nadrobić to przeoczenie. 


Tubka zawiera 50 ml i kosztuje około 22 zł.  Poręczne oapkowanie świetnie sprawdza się pod prysznicem, a zamknięcie nie nastręcza większych problemów. Konsystencja ma formę lekkiego kremu o nietypowym, lekko perłowym żółtym kolorze. Dobrze się rozprowadza i nie spływa podczas aplikacji. Zawiera dosyć spore drobinki z pestek moreli wielkości ziaren maku. Nie są w żaden sposób ostre, a ich głównym zdaniem jest masowanie oraz pobudzanie skóry do przyjęcia dobroczynnych składników. Ogólnie ten kosmetyk jest łagodny w działaniu, więc osoby lubiące moce scruby będą zawiedzione. Natomiast sam krem ma dobre właściwości oczyszczające. Cera po zmyciu maseczki aż piszczy, ale w tym pozytywnym znaczeniu. Nie jest w żaden sposób zaczerwieniona, za to delikatnie nawilżona oraz zmiękczona. Producent ostrzega na ulotce informacyjnej, aby nie stosować na podrażnioną skórę. 

Cały zabieg uprzyjemnia subtelny morelowy zapach, bez odrobiny chemicznej nuty. Najczęściej sięgam po peeling rano, aby dodać skórze blasku i przygotować do nałożenia makijażu. Robię to znacznie częściej niż dwa razy w tygodniu, ale używam mniejszej ilości niż ta prezentowana na zdjęciu ;) Dzięki temu staje się też bardziej wydajny, pomimo małej pojemności.


Na przestrzeni lat jego skład był przez producenta rzekomo ulepszany, ale dla mnie jest to cały czas ten sam produkt. Sprawdza  się doskonale, a sama formuła nie uległa znaczącej zmianie. Nie ukrywam, że często trafia do wirtualnego koszyka również z sentymentu. Nawet jeśli mam kilka innych, to lubię mieć go w zapasie, tak na wszelki wypadek.

05.11.2014

Masło do ciała z masłem shea i olejem migdałowym / WELLNESS & BEAUTY


Markę Wellness & Beauty poznałam od tej dobrej strony, głównie za sprawą peelingów do ciała. Z innymi kosmetykami nie miałam jeszcze do czynienia, dlatego ucieszyłam się z kilku nowości w paczce od Rossmanna. Znalazłam w niej między innymi masło do ciała z masłem shea i olejem migdałowym. Opakowanie zawiera 200 ml i kosztuje około 15 zł. Moje pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne, dopóki nie zaczęłam używać go regularnie. Zacznijmy jednak od początku...


Jak na takie masełko skład jest naprawdę imponujący i to bez dodatku parafiny. Oprócz tytułowego masła shea oraz oleju migdałowego, zawiera również olej z nasion słonecznika, masło kakaowe, olej jojoba, olej z nasion palm Orbigya Oleifera. Przez to posiada dosyć gęstą konsystencję, ale rozprowadza się gładko i równomiernie. Opakowanie zgodnie z nowym z wizerunkiem marki jest minimalistyczne. Wykonane z twardego plastiku, zakręcane metalowym wieczkiem i zabezpieczone folią. 

Tego typu produktów najczęściej używam przed snem, aby dobrze nawilżyć oraz zregenerować skórę. Lubię kiedy efekt utrzymuje się nawet po porannym prysznicu. W tym przypadku niestety nie mogę na to liczyć. Mimo, że masełko jest dosyć treściwe i pozostawia skórę lekko natłuszczoną, to nie daje mi optymalnego nawilżenia. Poza tym nie czuję się po nim komfortowo ze względu na zapach. Ciężko mi go określić, ale uogólniając jest kwiatowy i bardzo intensywny. Początkowo byłam nim zachwycona, ponieważ nie zmienia się i długo utrzymuje, także na tkaninach. W miarę stosowania zaczął mnie przytłaczać, do tego stopnia że odczuwałam dyskomfort. Zapach który wydał mi się przyjemny, obecnie odbieram jako sztuczny i poniekąd duszący. Niestety w tym przypadku producent popełnił błąd umieszczając substancje zapachowe wysoko w składzie. Wieczorem zamiast ukoić mnie do snu - drażni, a po po porannym prysznicu nie mogę go używać, bo 'kłóci się' z perfumami. Obecnie masło zużywam na przemian z innymi, ale dobra wydajność utrudnia mi szybkie rozstanie ;)


Tego kosmetyku Wellness & Beauty akurat nie jestem w stanie Wam polecić. Na drogeryjnej półce znajdzie się wiele podobnych cenowo oraz lepszych jakościowo produktów do pielęgnacji ciała. Weźmy chociażby kakaowe masło marki Isana (teraz w promocji za 7 zł), które wprost uwielbiam, także do kremowania włosów ;)

 - Produkt wegański, nie testowany na zwierzętach.

03.11.2014

Ulubieńcy października / BABYLISS, KIKO, WELLNESS & BEAUTY, LUMENE, LIRENE


Moją najlepszą decyzją października było znaczące skrócenie włosów. Potrzebowałam totalnej zmiany, więc zdecydowałam się na dłuższego boba. Tak krótkich włosów nie miałam już od bardzo dawna i po zejściu z fryzjerskiego fotela zaczęłam się zastanawiać w jaki sposób będę je układać. Wtedy przypomniałam sobie o mojej suszarko-lokówce BaByliss. Przy jej pomocy uzyskanie odpowiedniego kształtu okazało się dziecinnie proste, a całość zajmuje naprawdę niewiele czasu oraz nie nastręcza większych problemów. Nasadka kręci się w różne strony, co bardzo ułatwia nawijanie włosów na szczotkę, a strumień ciepłego powietrza utrwala kształt. Kolejny raz przekonałam się, że to był dobry zakup.


To samo tyczy się mineralnego pudru transparentnego Lumene. W opakowaniu widać delikatny beżowy odcień, jednak jest on całkowicie neutralny i nie zmienia koloru podkładu. Zbliża się za to jego termin ważności, który wynosi aż trzy lata od otwarcia. Dlatego też ostatnio zaczęłam używać go regularnie i ponownie doceniłam za świetne matowienie, naturalny, niekomadogenny skład oraz subtelne wykończenie. Coś czuję, że kiedy mi się skończy, to szybko kupię kolejne opakowanie.

Kolejnym ulubieńcem jest tonik Lirene z serii Wybielanie, który recenzowałam na początku miesiąca. Okazał się doskonałym uzupełnieniem mojej pielęgnacji. Nie mogę mu przypisać wszystkich zasług, czyli głównie redukcji przebarwień, ale widzę znaczną poprawę cery odkąd zaczęłam używać go regularnie. Jest na tyle delikatny, że każdy kto potrzebuje lekkiego złuszczenia powinien dać mu szansę. Szczególnie, że jest niedrogi, a ostatnio nawet widziałam go w Rossmannie w znacznie niższej cenie.


O peelingach Wellness & Beauty również już wspominałam, tylko do tej pory miałam inne warianty zapachowe. 'Zielony' jest z zieloną herbatą i oliwą z oliwek. Ma tak samo dobre właściwości ścierające jak jego poprzednicy oraz przyjemny nienachalny zapach. Do tego jest niedrogi i ogólnodostępny, więc prawdopodobnie pojawi się w 'złotej piątce', czyli tegorocznych odkryciach.

Na koniec zostawiłam cień w sztyfcie firmy Kiko w odcieniu #05 Rosy Brown. Zawsze kiedy przymierzam się do recenzji kolorówki, częściej używam danego kosmetyku. Tak było też w tym przypadku. Gościł na moich powiekach praktycznie codziennie i jakoś do tej pory mi się nie znudził. Piękny nietypowy odcień, do tego doskonała jakość oraz całkiem niezła trwałość.  Jeśli wiecie czy już otworzyli sklep w Arkadii, to dajcie znać ;)

.

JAKO AUTORKA BLOGA NIE WYRAŻAM ZGODY NA KOPIOWANIE, POWIELANIE LUB JAKIEKOLWIEK INNE WYKORZYSTYWANIE W CAŁOŚCI LUB WE FRAGMENTACH TEKSTÓW I ZDJĘĆ Z SERWISU INTERNETOWEGO www.iwetto.com BEZ MOJEJ WIEDZY I ZGODY (PODSTAWA PRAWNA: DZ. U. 94 NR 24 POZ. 83, SPROST.: DZ. U. 94 NR 43 POZ. 170).