31.12.2014

EMPTY / KIKO, ALTERRA, TOŁPA, SEPHORA, WELLNESS & BEAUTY


Pożegnanie roku postanowiłam uczcić rozstaniem z ostatnio zużytymi kosmetykami. Tym razem jest ich znacznie mniej niż w pierwszej części, ale wolę wkroczyć w Nowy Rok z czystą kartą ;) Przede wszystkim cieszę się, że zużyłam zalegające żele pod prysznic. Muszę zapamiętać na przyszłość, żeby nie używać kilku na raz. Nie dość że zajmują miejsce w łazience, to jeszcze ich wydajność wzrasta wprost proporcjonalnie do ilości otwartych opakowań. Nigdy więcej! 

Tym razem rozstaję się z dwoma, które nie przypadły mi do gustu ze względu na zapach. Żel Luksja Revive Pomelo & Kiwi  jeszcze nie był taki najgorszy, bo lekko kwaskowy. Dobrze oczyszczał oraz nie wysuszał skóry, ale nie zaskoczył mnie niczym nowym. Natomiast żel Yves Rocher z olejem arganowym według mnie pachniał nieprzyjemnie. Jeśli znacie zapach tego oleju, to wiecie co mam na myśli. Do tej wersji na pewno nie wrócę, natomiast inne bardzo lubię i używam regularnie (np o zapachu kawy).

Z wielką ulgą skończyłam również masło Wellness & Beauty z masłem shea i olejkiem migdałowym /recenzja/. W tym przypadku również przeszkadzał mi zapach, który był całkiem przyjemny- kwiatowy, ale zbyt intensywny. Po dłuższym czasie zaczął mnie przytłaczać, na tyle że nawet jego dobre właściwości nie potrafiły mnie przekonać do regularnego używania. Chyba wolę subtelniejsze wonie, szczególnie jeśli aplikuję kosmetyk przed snem. 

Kolejne dwa produkty to stała część mojej pielęgnacji. Nie jestem w stanie zliczyć ile mydeł w kostce firmy Alterra /receznja/ przewinęło się przez moje ręce. Różane jest moim ulubionym i zawsze mam jedno w zapasie. Regularnie wracam również do odżywki nawilżającej z granatem i aloesem Alterra /recenzja/. Doskonale nawilża, a przy tym nie obciąża moich cienkich włosów. Idealna do stosowania po oczyszczającym szamponie. Zazwyczaj zostawiam ją dłużej co potęguje działanie.

Dużym zaskoczeniem była dla mnie 20-minutowa maska do włosów Babuszki Agafii. To pierwszy kosmetyk tej marki jaki miałam okazję stosować i wypadł naprawdę dobrze. Faktycznie potrzebuje 20 minut żeby pokazać co potrafi. Po zmyciu włosy są niesamowicie odżywione, lśniące, sypkie i widocznie zdrowsze, trochę jak po olejowaniu. Nie jest bezpośrednio dostępna, ale warto jej spróbować. 


Kosmetyków do pielęgnacji twarzy zużyłam znacznie mniej i już tęsknię za kremem KIKO Skin Glow /recenzja/. Lubiłam go stosować pod makijaż, ponieważ miał rozświetlające właściwości. Na początku trochę mi to przeszkadzało, a teraz mi tego brakuje. Najlepiej sprawdzał się w połączeniu z minerałami, niwelując pudrowe wykończenie. Niestety nie jest już dostępny, ale zachęcił mnie do spróbowania innych kosmetyków pielęgnacyjnych tej firmy.

Nie mogę tego napisać o nawilżającym serum odprężającym firmy Tołpa /recenzja/. Pomimo regularnego stosowania nie zauważyłam żadnej różnicy, równie dobrze mogłam całkowicie pominąć ten etap pielęgnacji. Totalne rozczarowanie.

Pozostałe dwa kosmetyki to miniatury. Płyn dwufazowy Sephora miałam już kilka razy i jakoś zawsze trafia do mnie jako gratis. Jest dobry, nie mam mu nic do zarzucenia, ale wydaje mi się zbyt drogi, więc sama go nie kupuję. W planach natomiast mam zakup kremu do twarzy AOX z Pat&Rub. Wywarł na mnie ogromne wrażenie, dobrze nawilżał i pielęgnował, a przy tym jest ultralekki- idealny pod makijaż. Zdecydowanie chcę więcej! Mam nadzieję, że w przyszłym roku trafię na dobrą okazję! 

30.12.2014

ULUBIEŃCY GRUDNIA / ALPHA-H, INGLOT, NAIL TEK, RIMMEL, BUMBLE & BUMBLE


Pewnie większości z Was dała się we znaki świąteczna gorączka oraz prezentowe zakupy. Niby wszystko miałam zaplanowane wcześniej, ale zawsze wyskakiwało coś nowego. Stąd pojawił się mały przestój na blogu, bo jak już święta się skończyły, to musiałam w końcu odpocząć ;) Mój grudzień był bardzo zabiegany i w sumie nie miałam zbyt wiele czasu na pielęgnację czy makijaż. Nie zapomniałam jednak o odżywce do paznokci, która uratowała moją płytkę. 

NAIL TEK Hydration Therapy II
Wcześniej stosowałam Intensive Therapy, ale pomagała mi doraźnie. Kiedy przestawałam jej używać problem rozdwajających się paznokci powracał. Coś mnie tknęło i przy kolejnych zakupach zamówiłam wersję nawilżającą. Już pewnie się domyślacie, że spisała się na medal? W dosyć szybkim czasie odżywka wzmocniła moją płytkę, zapobiegła łamaniu, kruszeniu oraz rozdwajaniu, a efekt utrzymuje się do dzisiaj. Obecnie stosuję ją jako bazę pod lakier kolorowy i też sprawdza się doskonale. 

ALPHA-H Liquid Gold
Po udanej przygodzie z tonikiem Lirene Wybielanie postanowiłam wypróbować kosmetyk o większym stężeniu kwasu. Padło na mocno rekomendowany Liquid Gold marki Alpha-H. Dotarł do mnie na początku grudnia i od tamtej pory używam regularnie, wieczorem po każdym demakijażu. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego produktu. Już po pierwszy użyciu dostrzegłam różnicę w wyglądzie skóry, a przy dłuższym stosowaniu poprawiła się także elastyczność oraz nawilżenie. Z ostatecznym werdyktem jeszcze się wstrzymam, ale już wiem skąd te wszystkie zachwyty na jego temat. 

INGLOT Duraline
To najlepszy fixer jakiego miałam okazję używać. Jest wielofunkcyjny i pomógł mi już tyle razy, że powinnam mu w końcu poświęcić osobnego posta. Może uda mi się w przyszłym roku ;) Obecnie używam go do reanimacji mojego ulubionego eyelinera Bobbi Brown, który zaczął powoli podsychać. Wystarczy niewielka kropelka Duraline, aby przywrócić go do pierwotnej formy. Poza tym nieraz ratował mnie rano, kiedy okazywało się że poprzedniego dnia zapomniałam umyć pędzelek od linera. Rozpuszcza nawet najbardziej zaschnięte konsystencje ;)

BUMBLE & BUMBLE Pret-a-Powder
W sezonie zimowym suchy szampon okazuje się niezbędny. Przestałam używać tych w sprayu, ponieważ miały destrukcyjny wpływ na skórę głowy oraz przyczyniły się do nadmiernego wypadania włosów. Bumble and Bumble okazał się łagodniejszy, a przy tym pozwala nadać fryzurze objętości zaraz po zdjęciu czapki kub kaptura oraz przedłuża świeżość włosów. Może nie należy do najtańszych, ale jest bardzo wydajny i mogę go używać bez większych obaw. 

Jak już wspomniałam na wstępie w grudniu miałam niewiele czasu na makijaż i za każdym razem sięgałam po Rich Russet. Jest niezwykle przyjemny oraz łatwy w aplikacji, do tego robi za cały makijaż, bo mieni się metalicznie i wytrzymuje na bazie do końca dnia. Jak dla mnie nieoceniony, najlepszy w tym przedziale cenowym i żałuję, że pozostałe kolory są takie nieciekawe. 


Jak widzicie większość dzisiejszych kosmetyków nie doczekała się jeszcze pełnej recenzji, ale każdy z osobna mogę Wam szczerze polecić. No może oprócz toniku z kwasem Alpha-H, bo dedykowany jest dla dojrzałej cery ;) Wkrótce zaprezentuję także ulubieńców roku, więc bądźcie czujni! 

29.12.2014

Ulubione świece BATH & BODY WORKS / DARK KISS, PINEAPPLE MANGO, FROSTED CUPCAKE


Po krótkiej świątecznej przerwie wracam z aromatycznym postem :) Lubię otaczać swoje mieszkanie przyjemnymi zapachami, szczególnie w chłodniejszym okresie. Odpoczynek przy blasku świec niesamowicie mnie relaksuje. Dają namiastkę kominka, otulają a przy tym wyciszają swoim migotliwym światłem.  Kilku swoich faworytów znalazłam wśród oferty Bath & Body Works. Nie było to takie łatwe, ponieważ większość kompozycji zapachowych mi nie odpowiada. Poza tym kupując je po raz pierwszy nie wiedziałam jakiej są jakości i żeby nie ryzykować zdecydowałam się na mniejszy rozmiar. Jedna kosztuje 39 zł, ale często można kupić kilka sztuk za niższą kwotę. Teraz mogę śmiało napisać, że są warte tej ceny i chętnie kupiłabym je w większym rozmiarze. 


Frosted Cupcake pachnie wanilią podszytą maślaną nutą. Dosyć szybko zaczyna roztaczać przyjemny aromat, który niestety zwiększa apetyt. Nie jest słodki, raczej zrównoważony, idealny na chłodniejsze dni. Pineapple Mango także ma w sobie odrobinę wanilii, ale na pierwszym planie jest ananas oraz subtelne mango. Najbardziej zależało mi na samym ananasie i się nie zawiodłam, bo jest bardzo wyczuwalny. Natomiast Dark Kiss jest niezwykle złożonym zapachem, który w uproszczeniu łączy w sobie słodkie jeżyny wraz z domieszką piżma. Zapach jest głęboki, niezwykle przyjemny oraz kobiecy, ale nie duszący. Z tej linii można kupić całą serię kosmetyków, również wodę toaletową.


Świece Bath & Body Works nie należą do najtańszych, ale są bardzo wydajne. Wystarczy spojrzeć na moje egzemplarze, aby zobaczyć że ubytek jest niewielki. Nie są to typowe świeczki, które pali się godzinami, dopóki same nie zgasną. Tak naprawdę, aby rozkoszować się zapachem wystarczy zapalić je na pół godziny i zgasić. W pomieszczeniu będzie unosić się przyjemny aromat, który utrzyma się nawet do rana, jeśli nie wywietrzy się pokoju. Z tego powodu nigdy nie zapalam ich w sypialni. Wolę używać ich wyłącznie w salonie, skąd zapach rozchodzi się po całym mieszkaniu. Wypalają się równomiernie, ale problemem okazały się knoty. Szczególnie wersja Dark Kiss, która potrafi palić się żywym ogniem, jeśli przed zapaleniem nie skrócę go do minimum. Czytałam na ten temat kilka opinii i niestety ostatnio trafiają się takie dosyć często, także w innych egzemplarzach. Mam nadzieję, że marka poprawi je w przyszłości.

Świece zapachowe Bath & Body Works nie są dla mnie produktem pierwszej potrzeby. Przyjemnie pachną i umilają czas, dlatego  od czasu do czasu mogę sobie pozwolić na jedną sztukę. Wybieram te kompozycje, które najbardziej mnie interesują i chyba dzięki temu jeszcze się nie rozczarowałam. Pachną cały czas tak samo intensywnie, więc okazały się dobrą inwestycją.

Macie swoje ulubione zapachy z BBW? 

18.12.2014

EMPTY / URIAGE, L'OREAL, PAT & RUB, LA ROCHE POSAY, AA


W dzisiejszym poście przedstawię Wam pierwszą partię grudniowego denka. Nie każdy kosmetyk doczekał się recenzji, dlatego niektóre będą poniekąd nowością na łamach bloga. Pozostałe goszczą u mnie regularnie i przewijają się do znudzenia również w postach zakupowych. Tak już mam, że jak znajdę coś co się sprawdza, to mogę używać na okrągło. Nie przedłużając zapraszam do przeczytania kilku krótkich recenzji :)


NIVEA kremowy żel pod prysznic 'Angel Star'
To dla mnie prawdziwe zaskoczenie. Naprawdę! Na opakowaniu ma jasno i wyraźnie napisane "zniewalający malinowy zapach" (a wiecie że uwielbiam), natomiast w rzeczywistości w ogóle nie pachnie malinami. W sumie nie powinnam narzekać, ponieważ otrzymałam go w prezencie i pachniał całkiem przyjemnie... jednak za każdym razem kiedy go używałam, zastanawiałam się gdzie są te maliny? Nie był taki najgorszy, ale na przekór firmie nie kupię go ponownie.

Kolejny balsam tej firmy, który się sprawdził. Lubię je za lekką konsystencję oraz intensywne działanie. Wersję hipoalergiczną miałam pierwszy raz i doceniłam również za zapach- świeży, trochę męsko-morski. Zazwyczaj unikam takich aromatów, ale w tym wydaniu jest niezwykle przyjemny.

NIVEA Antyperspirant 'Angel Star'
Dołączony był do zestawu razem z żelem pod prysznic. Dawno nie używałam innego antyperspirantu niż zielona kulka Vichy i miałam wątpliwości czy zapewni mi pełną ochronę. Po kilku użyciach przekonałam się do niego całkowicie. Działa, a do tego subtelnie pachnie i jest wydajny. Kosztuje znacznie mniej niż mój dotychczasowy faworyt, więc może jeszcze się spotkamy.

ALVERDE olejek do ciała o zapachu kokosa /recenzja/
Świetny kosmetyk do pielęgnacji ciała o niezwykle przyjemny zapachu kokosa. Dobrze rozprowadza się na wilgotnej skórze, a po osuszeniu ręcznikiem pozostawia niewyczuwalną warstewkę. Bardzo go polubiłam i żałuję, że już się skończył. 




HIMALAYA HERBALS Pasta do zębów
Zakup tej pasty był moim pierwszym krokiem w kierunku naturalnej pielęgnacji jamy ustnej. Niestety ten konkretny produkt się nie sprawdził. Na początku nie do końca odpowiadał mi smak.  Z czasem nawet się do niego przyzwyczaiłam, ale pojawiły się inne problemy. W skrócie napiszę, że raczej nie jest to produkt stworzony dla mnie. Na razie wróciłam do tradycyjnej pasty .

YVES ROCHER Krem do rąk Beaute Des Mains
Bardzo dobrze pielęgnował dłonie, mimo że smarowałam je tylko na noc. Moje nie są bardzo wymagające, więc taka jednorazowa aplikacja w zupełności mi wystarczała. Szybko się wchłaniał nie pozostawiając lepkiej warstwy na skórze. Ogólnie jest to dobry produkt, ale posiada wyciąg z arniki, który zdominował zapach. Nie do końca mi odpowiada, więc jeśli będę mieć wybór, sięgnę po coś przyjemniejszego.

Uwielbiam! I z wielkim bólem się rozstaję, bo mam jeszcze kilka tuszy w zapasie, które muszę zużyć, zanim ponowię jego zakup. Obecnie jest moim numerem jeden! Odpowiada mi lekka konsystencja, malutka silikonowa szczoteczka, efekt jaki daje na rzęsach oraz czekoladowy zapach. Jak dla mnie jest to tusz idealny i nie dostrzegam w nim żadnych wad. 

HIMALAYA HERBALS Mydło w kostce Cream & Honey
Mydełka tej marki okazały się ciekawą alternatywą dla moich ulubionych z Alterry. Udało mi się kupić dwa w cenie jednego, więc wypadły też atrakcyjnie cenowo. Ładnie pachną oraz nie wysuszają dłoni. Jedyny minus, to dosyć szybko się rozpuszczają, czyli oblepiają mydelniczkę i nie są zbyt wydajne. 


Kolejne zużyte opakowanie świadczy tylko o tym jak bardzo lubię ten kosmetyk. Przy regularnym używaniu świetnie pielęgnuje moją skórę, niwelując podrażnienia oraz niedoskonałości. Naprawdę działa, więc jeśli macie cerę mieszaną lub tłustą to szczerze polecam spróbować! 

AA SKIN FUTURE Płyn micelarny
Całkiem niezły micel, który dobrze radził sobie z oczyszczaniem twarzy. Przy demakijażu oczu potrzebował trochę więcej czasu, to znaczy musiałam odczekać chwilę trzymając wacik na powiece zanim zaczął działać. Później szło już jak z płatka. Nie mam mu nic do zarzucenia, ale powrotu nie planuję. 

Nowa wersja okazała się jeszcze lepsze od poprzedniej, o czym możecie przeczytać w pełnej recenzji. Nie wiem które opakowanie już zużyłam, ale w tym roku sięgałam po niego regularnie. Obecnie robię sobie małą przerwę (kupiłam tonik z kwasem glikolowym, więc wolę nie ryzykować stosowania obu na raz), ale następne opakowanie już czeka w szufladzie na swoją kolej ;)

Jedna z moich ulubionych! Ma świetny wpływ na moje włosy- zmiękcza, kondycjonuje, nawilża oraz wygładza. Bardzo ją lubię i jest to kolejne zużyte opakowanie. Posiada też miły zapach, który ciężko mi opisać, ale jest słodki, jakby karmelowy. Żałuję że nie jest u nas bezpośrednio dostępna.

Dzisiaj tylko tyle, ale już pracuję nad następną porcją ;) 

16.12.2014

Szampon wzmacniający włosy GARNIER FRUCTIS



Ostatnio moje włosy nie miały się najlepiej. Nie wiem czy było to związane z jesiennym przesileniem oraz przeziębieniem które mnie dorwało, ale długo nie mogłam z nimi dojść do ładu. To znaczy zaczęły wypadać i były zupełnie bez życia, nawet po znacznym skróceniu. Pomógł mi olejek Sesa oraz maska Biovax, ale dużą rolę odegrał również szampon wzmacniający Garnier Fructis. Szczerze mówiąc, to mnie zaskoczył. Nigdy nie miałam zaufania do marki i zawsze gdzieś z tyłu głowy odbijały się jak echo narzekania mojej przyjaciółki, która po jednorazowym użyciu dostawała łupieżu. Z tego powodu sama nigdy nie kupiłam pielęgnacyjnych kosmetyków firmy Garnier i gdybym tego szamponu nie dostała w ramach współpracy, pewnie nie przekonałabym się o jego świetnych właściwościach.


Producent obiecuje, że włosy staną się sprężyste, gęste oraz bujne. Szampon ma za zadanie pogrubić ich strukturę, wzmocnić, a także ułatwić rozczesywanie. Do tego zawiera ekstrakt z granatu, który jest bogatym źródłem antyoksydantów i kwasów owocowych. Glukoza i fruktoza mają wspomóc wzrost włosa, a witaminy B3 i B6 wpływać na ich kondycję. Poza tym zawiera innowacyjną molekułę Fibra - Cylane, która wnika we włókna włosów, wypełnia je i pogrubia od środka.


Nie ukrywam, że do tego typu opisów zawsze podchodzę sceptycznie. Szczególnie, że producenci ostatnio prześcigają się w wymyślaniu nowych, cudownych składników o dziwnych nazwach. W tym przypadku nie jest inaczej, ale przynajmniej działa! Dobrze oczyszcza skórę głowy, nie wzmagając przetłuszczania. Pomimo początkowych obaw nie dostałam po nim łupieżu, ani żadnego uczulenia, ale jak wiadomo jest to kwestia indywidualna. Faktycznie moja fryzura nabrała objętości, włosy stały się grubsze i sprawiają wrażenie gęstych. Kiedy zbieram je w kitkę czuję jakby było ich więcej. Częściej jednak chodzę w rozpuszczonych włosach i cała fryzura (w moim przypadku długi bob) jest pełniejsza, a włosy odbite u nasady. Co najważniejsze uzyskuję taki efekt bez dodatkowego utrwalenia pianką lub lakierem. W końcu przestały smętnie wisieć i prezentują się zadowalająco. Przestałam nawet używać odżywki, bo po myciu są na tyle miękkie, że z rozczesywaniem nie mam większych problemów. W zupełności wystarcza mi spray termoochronny albo odżywka dwufazowa.


Na pewno ogromny wpływ miała systematyczność. Myję włosy codziennie, a szamponu używam ponad półtora miesiąca. W tym okresie nie stosowałam innego, więc świadczy to też o jego wydajności. Tak naprawdę do jednorazowego mycia wystarcza niewielka ilość. Dobrze się pieni oraz łatwo rozprowadza, a do tego opakowanie zawiera 250 ml, co dla jednej osoby spokojnie wystarczy na dwa miesiące albo i dłużej. Konsystencja jest typowo żelowa o ładnym perłowym odcieniu. Jak większość kosmetyków tej firmy pachnie niezwykle przyjemnie oraz owocowo i żałuję, że ten aromat nie utrzymuje się na moich włosach.

Podsumowując jestem z niego zadowolona i cieszę się, że odkryłam coś dobrego, na co sama nie zwróciłabym uwagi. Działa bardzo podobnie do mojego ulubionego z Pharmaceris, z tą różnicą że włosy wyglądają po nim lepiej. Poza tym kosztuje znacznie mniej - około 8 zł, więc coś czuję że będzie gościł u mnie regularnie. Rozważam też dokupienie pozostałych kosmetyków z tej serii, dlatego będę wdzięczna za Wasze opinie na temat maski, odżywki oraz serum :)

14.12.2014

Niedziela - czas dla siebie! /TAG


W tygodniu mam mało czasu na odpoczynek, dlatego rekompensuję to sobie w niedzielę. To jest mój dzień na totalny reset, chwilę wytchnienia od dnia codziennego. Najczęściej spędzam go po prostu w domu, wyciszając się i nabierając energii na następny tydzień.

Co czytasz albo oglądasz podczas takiego czasu dla siebie?
Ostatnio zaczytuję się w kryminałach Zygmunta Miłoszewskiego, czyli trylogii o prokuratorze Teodorze Szackim. Bardzo spodobał mi się styl oraz poczucie humoru autora, poza tym potrafi stworzyć intrygującą fabułę oraz ciekawe postacie. Oglądałam też film 'Uwikłani', który powstał na podstawie pierwszego tomu. Mimo że główna postać została zmieniona na żeńską, a cała historia oraz zakończenie skupia się na innym wątku, to film okazał się naprawdę niezły. W styczniu do kin wchodzi ekranizacja drugiego tomu, więc nie mogę się już doczekać. 
Poza tym lubię oglądać seriale! Między innymi: The Walking Dead, Revenge, Awkward, Parenthood. Czekam też na kolejne sezony True Detective, Sherlock, Bron/Broen, The Fall, Girls.


W co jesteś ubrana podczas czasu tylko dla siebie?
Cenię sobie komfort w domowym zaciszu, więc zawsze wybieram coś miękkiego, ciepłego oraz wygodnego. Najczęściej są to legginsy, ciepłe skarpetki (lubię chodzić bez kapci) oraz sweter lub bluza.

Jakich wtedy używasz pielęgnacyjnych produktów?
Niedziela to odpoczynek dla mojej cery. Nie stosuję wtedy żadnych dodatkowych zabiegów pielęgnacyjnych, stawiam na minimum, które opisałam w tym poście /klik/. Zupełnie odwrotnie jest w kwestii pielęgnacji ciała. W końcu mam czas na pełen relaks w wannie, czyli długą kąpiel zamiast szybkiego prysznica. Najczęściej dodaję odrobinę olejku, ostatnio jest to sezamowy z ekstraktem z wanilii Wellness&Beauty. Do tego koniecznie oczyszczająca maska na włosy Phenome oraz maska regenerująca Biovax. Pozostałe kosmetyki zmieniają się w zależności od upodobań i nastroju ;)

Aktualnie ulubiony lakier do paznokci?
Obecnie moje paznokcie przechodzą nawilżającą kurację odżywką NailTek Hydration Therapy II. Jednak nie mogę się doczekać kiedy znów będę mogła  pomalować je moimi ulubionymi lakierami Essie w jesiennych kolorach, czyli Island Hopping, Sole Mate oraz Smokin Hot.


Co w trakcie takiego czasu jesz i pijesz?
Jestem herbaciarą, więc zawsze mam pod ręką kubek z ciepłym napojem. Moim ostatnim odkryciem jest turkusowa G'tea. Uzależniona jestem też od karmelowego Rooibosa z Biedronki, a tak poza tym to co się nawinie pod rękę ;) Lubię mieć wybór, dlatego zawsze mam kilka różnych smaków w zapasie.

Czy byłaś kiedyś sama w kinie?
Byłam! Kupić bilety ;) A tak na poważnie to w tym zestawieniu jest to dosyć absurdalne pytanie. Może autor miał na myśli 'czy lubię spędzać wolny czas sama'. Otóż najlepiej czuję się kiedy nikt mi nie przeszkadza, w totalnej ciszy. Jednak przyjemnie jest dzielić przestrzeń z kimś obok. Do kina zawsze chodzę w towarzystwie, natomiast sama byłam tylko na koncercie. Najbliższe plany kinowe to Hobbit.

Ulubiony sklep on-line?
Robię zakupy w wielu sklepach online, wszystko zależy od tego czego potrzebuję w danej chwili. Zawsze biorę pod uwagę cenę, więc przyciągają mnie dobre promocje. Kosmetyki najczęściej kupuję na stronie Feelunique.com, Strawberrynet.com, Pat&Rub, Yves Rocher oraz Sephora.pl.

Czy chciałabyś coś dodać?
Wolne chwile najbardziej lubię spędzać przy akompaniamencie Chilli Zet. Na tygodniu w samochodzie lub pracy zazwyczaj wolę słuchać Eski Rock, ale w weekend zawsze włączam Chilli. Lubię jak coś subtelnego plumka w tle. Poza tym mam kilka ulubionych playlist na You Tube. Tutaj jedna z nich:


13.12.2014

Kremowe kredki NYX JUMBO PENCIL / MILK, ICED MOCHA


Najpopularniejszym kosmetykiem marki NYX jest kredka Jumbo Pencil. Swoje egzemplarze zamówiłam z amerykańskiej strony Cherryculture, jeszcze kiedy o firmie słyszało się tylko na zagranicznych kanałach You Tube. Dopiero od niedawna są dostępne w Polsce, czyli w firmowym sklepie w Blue City (Warszawa) oraz w perfumeriach Douglas. W sumie miałam cztery kolory, ale dwa już mi się dawno temu skończyły, czyli czarna Black Bean oraz fioletowa Purple Velvet. Obecnie posiadam Milk, która jest dosłownie biała jak mleko oraz brązową Iced Mocha. Według mnie wszystkie były takiej samej jakości, więc nawet jeśli nie jestem w stanie pokazać swatchy, to moja opinia na ich temat jest jednoznaczna.


Najbardziej docenianą cechą Jumbo Pencil jest pigmentacja. Posiadają duże nasycenie koloru i kryją już za pierwszym razem. Do tego są niezwykle miękkie, wręcz masełkowe. Na początku wcale nie byłam z tego powodu zadowolona, ponieważ posiadam 'tłuste' powieki i dosyć szybko zbierały się w załamaniu. Dopiero kiedy trochę podeschły stały się idealne. To znaczy w dalszym ciągu stosuję bazę pod cienie, jednak makijaż trzyma się znacznie dłużej.

Jumbo Pencil w odcieniu Milk używam wyłącznie przy zaznaczaniu wypukłej części górnej powieki, czyli rozcieram od wewnętrznego kącika do 2/3 powieki. Co mi to daje? Taki trik fajnie otwiera oko oraz podbija matowe cienie. Na linię wodną w moim przypadku się nie nadaje - za bardzo odcina się od całości oraz szybko spływa.

Natomiast Iced Mocha najczęściej używam w roli tradycyjnej kredki do podkreślenia dolnej linii rzęs lub jako cienia nałożonego na całą ruchomą powiekę. Nie jest niestety trwała i czasami pomimo użycia bazy potrafi zebrać się w załamaniu, ale lubię ją za kolor.


Kredki można bez problemu przetopić, czyli zrobić z nich kremowe cienie. Na You Tube jest całe mnóstwo tego typu filmików. Osobiście wolę oryginalną formę, ponieważ dla mnie jest szybsza w obsłudze. Do ostrzenia używam temperówki z Rossmanna For Your Beauty, która posiada dwa różnej wielkości otwory.

Pomimo powszechnego zachwytu Jumbo Pencil nie do końca mi odpowiadają. W moim przypadku okazały się nietrwałe, a do tego cena oscylująca w granicach 20 zł nie przekonuje mnie do kolejnych zakupów. Na uwagę oczywiście zasługuje Milk, która ma niesamowitą pigmentację. Na naszych półkach nie znalazłam innej, która byłaby w stanie z nią konkurować. Biel idealna!

09.12.2014

Nawilżające serum odprężające TOŁPA Dermo Face Hydrativ


Do tej pory byłam bardzo zadowolona z serum nawilżającego Yves Rocher Hydra Vegetal oraz Dermedic Hydrain 3 Hialuro, ale tym razem skusiłam się na bardzo podobne firmy Tołpa. Ich kosmetyki interesowały mnie od dawna i jakiś czas temu skorzystałam z atrakcyjnej obniżki cen oraz darmowej wysyłki, dzięki czemu za kosmetyk zapłaciłam znacznie mniej niż jego regularna cena (37.99  na stronie producenta).

Od razu poszło w ruch i pierwsze co mi się spodobało to opakowanie, które jest zupełnie inne od powszechnie stosowanych szklanych buteleczek z pipetką. W tym przypadku całość wykonana jest z plastiku i można rozłożyć je na części pierwsze. Na pewno przyda mi się w przyszłości, na przykład na własnoręcznie robione serum. Początkowo opakowanie wydało mi się małe, ale zawiera 25 ml, czyli praktycznie tyle samo co inne tego typu kosmetyki. W użyciu jest bardzo poręczne, higieniczne oraz działa bez zarzutu. Pipetka dozuje tyle ile potrzebuję, czyli zazwyczaj cztery kropelki: dwie na policzki, jedna na czoło oraz brodę.



Serum ma lekką konsystencję, dosyć wodnistą, spływa po nałożeniu na twarz. Po wklepaniu bardzo szybko wsiąka, nie pozostawiając odczuwalnej ani lepkiej warstwy. Zapach jest neutralny, świeży, niezbyt intensywny. Dedykowane jest dla cery wrażliwej, odwodnionej i skłonnej do podrażnień, dlatego miałam dosyć duże oczekiwania. Posiadam cerę mieszaną, jednak przez używanie wysuszających żeli do mycia twarzy oraz kremów lub toników z kwasami potrzebuję dodatkowego nawilżenia. Serum nakładałam zawsze wieczorem pod krem nawilżający, żeby wspomóc jego działanie. Dobrze współpracowało z kosmetykami innych firm, także stosowane pod makijaż.


Niestety nie zauważyłam żadnej różnicy przed i po jego używaniu. To znaczy stan cery się nie pogorszył. Tutaj muszę wspomnieć, że ma bardzo przyjazny, niekomadogenny skład. Podczas kuracji nie pojawiły się nowe zaskórniki ani grudki, nie obciążyło mojej cery i nie wzmogło przetłuszczania w strefie T, dlatego z nadzieją czekałam na rezultaty. Długo zwlekałam z recenzją w oczekiwaniu na jakiekolwiek efekty, ale nic się nie zmieniło. Nie jest gorzej, nie jest lepiej i mimo, że opakowanie sięga dna, nie jestem usatysfakcjonowana z zakupu. Mam wrażenie, że na moją cerę w ogóle nie działa i równie dobrze mogłabym nakładać sam krem. Na plus muszę mu jeszcze zaliczyć wydajność, starczyło mi prawie na dwa miesiące. 

W mój gust całkowicie trafia szata graficzna opakowań, opis kosmetyków oraz przekaz jaki ze sobą niosą. Szkoda tylko, że kolejny kosmetyk tej marki mnie rozczarował. Parafraza głównego hasła Tołpy będzie najbardziej adekwatna do tego serum, czyli 'mała nie-wielka pielęgnacja'. Jestem ciekawa czy mieliście z nim do czynienia i jaka jest Wasza opinia?

05.12.2014

Tusz do rzęs MAYBELLINE MEGA PLUSH Volum' Express Mascara


Przez moje ręce przewinęło się wiele tuszy do rzęs różnych firm. Część wspominam miło, o innych chciałabym zapomnieć, a tylko dwa kupuję regularnie. Tusz Maybelline Mega Plush Volum' Express to dla mnie nowość, mimo że od dłuższego czasu kosmetyk jest dostępny na naszym rynku.

Najbardziej zainteresowała mnie ruchoma szczoteczka,  która zgina się w połowie. Jej sprężystość ma gwarantować mniejszy nacisk na rzęsy, dzięki czemu łatwiej się dopasowuje do ich kształtu. Faktycznie bardzo delikatnie muska pojedyncze włoski, ale nie sprawdza się to zupełnie kiedy chcę im nadać kształt, czyli dociskając - bardziej podkręcić.


Szczoteczka natomiast wykonana jest z tradycyjnego włosia i swoim kształtem przypomina banana - z jednej strony włoski są dłuższe. Krótsza strona bardzo dobrze sprawdza się przy podkreślaniu dolnej linii rzęs. Po wyjęciu z opakowania na czubku nie zbiera się nadmiar tuszu, nie robi się 'czapa'. W ogóle szczoteczka świetnie dozuje kosmetyk. Nie zdarzyło mi się, żeby na rzęsach został mi jakiś nadmiar lub grudki. Szczoteczka jest dosyć spora i jak na moje standardy trochę za duża. Posiadam dosyć rzadkie rzęsy, a w wewnętrznym kąciku dodatkowo bardzo cienkie, przez co nie jestem w stanie do nich dotrzeć. No i nie ukrywam, że odbicia w tym przypadku to rutyna. Jeszcze nie udało mi się wykonać makijażu bez pomalowania dolnej lub górnej powieki. 


Kolejną innowacją jest konsystencja lekko żelowego musu, która zawiera o 40% mniej twardych wosków. Dzięki temu tusz nie wpływa destrukcyjnie na rzęsy i nie powoduje ich nadmiernego kruszenia. Delikatna formuła pozwala budować efekt od naturalnego po bardziej wyrazisty, pogrubiając każdy włosek z osobna. W moim odczuciu nie daje spektakularnego efektu i w zasadzie obietnice producenta nie zostały spełnione.

Dodatkowo ma tendencję do odbijania się na dolnej powiece. Początkowo sądziłam, że to wina eyelinera lub kredki.  Zrobiłam eksperyment i nałożyłam sam tusz. Moje przypuszczenia niestety się potwierdziły - maskara niemiłosiernie się rozmazuje już po dwóch godzinach od aplikacji. Nie wygląda to estetycznie i ciężko nanieść jakąkolwiek poprawkę, aby nie naruszyć makijażu. Przy grubszej warstwie potrafi się też nieźle kruszyć. Dlatego zazwyczaj nakładam wyłącznie dwie warstwy, które nie dają dużego pogrubienia, ale przynajmniej nadają rzęsom jednolity kolor. 


Tusz kosztuje około 30 zł i według mnie ta cena jest nieadekwatna do jakości. Już dawno nie trafiłam na takiego bubla. Nawet za niższą kwotę można dostać znacznie lepszy tusz. Kolejny raz przekonałam się, że oferta Maybelline nie jest odpowiednia dla mnie. Chyba jedyne co mi się podoba w Mega Plush to kolorystyka opakowania, czyli połączenie zieleni z fioletem ;)

04.12.2014

Olejek pod prysznic / WELLNESS & BEAUTY


Moim ulubionym olejkiem pod prysznic jest migdałowy z L'occitane. Niestety jego wysoka cena nie pozwala mi na regularne używanie, dlatego bardzo ucieszyłam się znajdując bardzo podobny produkt w paczce z Rossmanna. Olejek Wellness & Beauty z olejem migdałowym oraz ekstraktem z bambusa kosztuje około 9 zł, ale już kilka razy widziałam go w znacznie niższej cenie. Buteleczka zawiera 250 ml, więc cenowo wypada naprawdę korzystnie. 

Posiada typową, lejącą konsystencję, która w kontakcie z wodą zmienia się w lekką emulsję. Dobrze rozprowadza się na skórze przy pomocy dłoni. Bardzo delikatnie oczyszcza, nie wysuszając.  Ma dosyć prosty skład i zawiera kilka podstawowych olejków. Główną bazą jest sojowy, ale mamy tu jeszcze migdałowy, słonecznikowy, z awokado i oliwę z oliwek. Do tego ekstrakt z bambusa, pantenol oraz witaminę E.  Dzięki takiej mieszance skóra po kąpieli staje się miękka oraz elastyczna, a co najważniejsze kosmetyk nie pozostawia tłustej warstwy. Jest doskonałym rozwiązaniem dla osób, które nie lubią uczucia lepkości po użyciu tradycyjnego olejku. Najczęściej sięgam po niego rano, bo pozwala mi pominąć etap balsamowania.  Poza tym uwielbiam stosować go zamiast pianki do golenia. Nie wsiąka w skórę, więc daje dobry poślizg dla maszynki. Oszczędność czasu oraz pieniędzy ;) Okazał się także bardzo wydajny. Dosłownie niewielka ilość potrzebna jest do umycia ciała.

Glycine Soja Oil  Laureth-4  Mipa-Laurethsulfate  Olea Europaea Fruit Oil  Prunus Amygdalus Dulcis Oil  Helianthus Annus Seed Oil  Propylene Glycol  Parfum  Persea Gratissima Oil  Panthenol  Aqua  Tocopheryl Acetate  Bambusa Vulgaris Shoot Extract  Alcohol  Coumarin  Limonene  Linalool


Przejdźmy jednak do najważniejszej kwestii, czyli zapachu. Niestety Wellness&Beauty nie dorównuje L'occitane do pięt. Zapach jest bardzo subtelny, natomiast przy aplikacji zmienia się w 'rybny'.  Wiele podobnych opinii słyszałam o olejku Isana (nie miałam okazji jeszcze używać) i niestety w tym przypadku jest podobnie. Zdania na ten temat jednak są podzielone. Jedni w ogóle tego nie wyczuwają, ciesząc się migdałową słodyczą, innych przyprawia o spory dyskomfort. Dla mnie zapach nie jest na tyle nieprzyjemny, żebym miała zaprzestać używania kosmetyku. Jednym słowem da się przeżyć.

Dobrze pielęgnuje oraz świetnie sprawdza się przy depilacji, więc jeśli nie jesteście zbyt wyczuleni na zapach tego typu olejków, to szczerze polecam spróbować!

01.12.2014

Ulubieńcy listopada / URBAN DECAY, NYX, MAESTRO, CARMEX


Ostatni tydzień listopada nie był dla mnie zbyt łaskawy, ponieważ się rozchorowałam. Kolejny raz nieoceniony okazał się balsam Carmex, który pomógł mi podczas kataru. Stosowałam go nie tylko na wysuszone usta, ale też na skrzydełka nosa. Dzięki temu pomimo podrażnienia skóra szybko się zregenerowała i udało mi się uniknąć suchych skórek oraz zaczerwienienia od ciągłego używania chusteczek. Do tego mentolowy zapach przynosił ogromną ulgę i dawał chwilę wytchnienia. Ogólnie od Carmexu jestem uzależniona i uwielbiam go w każdej postaci, ale wersję w słoiczku kupiłam po raz pierwszy. Klasyczna wersja, z całym szacunkiem dla pozostałych, jest według mnie najlepsza  - w działaniu oraz zapachu.


Drugim kosmetykiem, który bardzo mi pomógł w tych ciężkich chwilach jest korektor NYX HD Photogenic Concealer /recenzja/. Najlepszy z najlepszych! Posiadam najjaśniejszy odcień Porcelain. Doskonale sprawdza się zarówno do krycia pojedynczych niedoskonałości, jak i worków pod oczami. Ma lekką konsystencję, doskonałą pigmentację, a przy tym nie ściąga tak bardzo skóry. Jak dla mnie ideał!


Nareszcie znalazłam też ideał wśród pędzli do eyelinera. Do tej pory najczęściej sięgałam po ścięte o bardzo małym rozmiarze, jak na przykład Zoeva #312 Detail Liner /recenzja/. W listopadzie złożyłam zamówienie w Minti Shop i w koszyku wylądował bardzo precyzyjny oraz prosty pędzelek #780 firmy Maestro w rozmiarze 1. Od pierwszego użycia wiedziałam, że to będzie hit! Do tego jest bardzo tani, więc jutro skorzystam z Dnia Darmowej Dostawy i zamówię kolejny egzemplarz ;) Pędzli do linera nigdy dość!


Kolejnym ulubieńcem listopada jest moja nowa paletka cieni Urban Decay Naked Basic 2. Niezmiernie się cieszę, że kosmetyki tej firmy nareszcie są dostępne w Polsce i to w jednej z moich ulubionych drogerii, czyli Sephorze. Poziom mojej ekscytacji można było odczuć na Instagramie, Facebooku oraz Twitterze ;) Chciałam ją zamówić online, jednak jeszcze tego samego dnia została wyprzedana. Na szczęście była dostępna stacjonarnie i udało mi się dodatkowo skorzystać z ostatnich dni VIP (-20%). Radocha wielka, bo marzyła mi się odkąd zobaczyłam zapowiedź. Jest to już moja piąta paletka Urban Decay i kolejny raz jestem zadowolona z zakupu.


Na koniec kosmetyk, którego zaczęłam używać ponownie dzięki mojej ulubionej vlogerce Bailey Van Der Veen. Mowa o białej kredce Jumbo Pencil NYX w odcieniu Milk /recenzja/. Kupiłam ją już jakiś czas temu, głównie z myślą o używaniu jako bazę pod cienie. Niestety kredka okazała się zbyt kremowa i cały makijaż szybko zbiera się w załamaniu. Próbowałam też używać jej na linii wodnej, jednak według mnie daje zbyt intensywny kolor. Dopiero Bailey pokazała mi nowy sposób, czyli nakładanie kredki na wypukłą część górnej powieki, w celu rozjaśnienia tego miejsca. Nakładam jej niewiele, więc nic się nie roluje, do tego aplikuję jeszcze jasny cień, który gruntuje całość. Makijaż trzyma się nienagannie, a ja uzależniłam się od tego pięknego przejścia kolorów. Jeśli brzmi to zbyt skomplikowanie, to odsyłam do filmików instruktażowych na You Tube. 

Jak widzicie w podsumowaniu listopada jest dużo kolorówki, a to wszystko przez Bailey, która niesamowicie mnie inspiruje i tak naprawdę to ona jest głównym 'ulubieńcem' minionego miesiąca ;)

.

JAKO AUTORKA BLOGA NIE WYRAŻAM ZGODY NA KOPIOWANIE, POWIELANIE LUB JAKIEKOLWIEK INNE WYKORZYSTYWANIE W CAŁOŚCI LUB WE FRAGMENTACH TEKSTÓW I ZDJĘĆ Z SERWISU INTERNETOWEGO www.iwetto.com BEZ MOJEJ WIEDZY I ZGODY (PODSTAWA PRAWNA: DZ. U. 94 NR 24 POZ. 83, SPROST.: DZ. U. 94 NR 43 POZ. 170).