22.10.2015

Baptiste // ILLAMASQUA Nail Varnish



Baptiste brytyjskiej marki Illamasqua jest jednym z nielicznych lakierów do którego wracam tylko jesienią. Uważam że jest piękny i zasługuje na częste pokazywanie, ale najlepiej czuję się z nim właśnie w takim chłodniejszym okresie. Może to wynikać z tego, że jego oryginalny kolor zyskuje na atrakcyjności głównie przy sztucznym świetle. Mianowicie na paznokciach w ciągu dnia wygląda jak ciemny fiolet, czasami nawet przypomina czerń złamaną jedynie odrobiną fioletu. Natomiast silne światło uwydatnia zatopione w nim drobinki, które mienią się na czerwono, fioletowo i różowo, co dodaje mu trójwymiarowego efektu. Całość prezentuje się niepowtarzalnie, ale tylko dla wtajemniczonych ;)


Niestety kosmetyki Illamasqua nie są w Polsce bezpośrednio dostępne, ale można je zamówić na firmowej stronie (wysyłają do Polski). Obecnie lakier kosztuje 88 zł (15 ml), jednak z tego co pamiętam upolowałam go w znacznie niższej cenie podczas wyprzedaży. Jest świetnej jakości, więc naprawdę warto. Kryje już przy przy dwóch warstwach. Posiada bardzo cienki pędzelek, więc wymaga częstego dobierania podczas malowania. Producent zaleca nakładanie lakieru na płytkę w trzech etapach: najpierw na środek, a później po prawej i lewej stronie. Pędzelek jak i lakier nie przysparzają większych problemów, więc całkiem szybko oraz sprawnie maluje się paznokcie bez smużenia czy ścierania. Konsystencja jest dosyć wodnista, lekko kremowa. Przy niewprawnej ręce może rozlać się na skórki. Nie wymaga stosowania top coatu, ponieważ sam błyskawicznie wysycha (kilka minut i można wrócić do poprzednich czynności), ma piękne lustrzane wykończenie oraz jest trwały - ściera się jedynie na końcach, ale nie odpryskuje. Dlatego pomimo swojej wysokiej ceny uważam, że jest godny polecenia. Tutaj muszę jeszcze nadmienić, że mój egzemplarz ma już ponad dwa lata i cały czas jest jak nowy. Nie zmienił w ogóle swojej konsystencji i zachował wszystkie właściwości.


Jestem ciekawa czy lubicie takie odcienie? Znacie kosmetyki Illamasqua?

20.10.2015

Tonik do twarzy // PAT & RUB Smoothing Toner


Toników jako takich używam sporadycznie. Częściej sięgam po płyny micelarne lub wody termalne, bo są bardziej wszechstronne albo po prostu przyjemniejsze w aplikacji. Jednak nie mogłam sobie odmówić przetestowania sławnego toniku od Pat & Rub. Jego regularna cena jest dosyć wysoka, ponieważ oscyluje w granicach 60 zł, ale udało mi się go kupić za połowę tej kwoty. Warto obserwować akcje promocyjne na stronie producenta i cierpliwie czekać na dobrą okazję.



Tonik dedykowany jest dla cery wrażliwej i jego głównym zadaniem jest łagodzenie zaczerwienień oraz podrażnień. Poza tym przywraca skórze naturalne pH i ma działanie przeciwzapalne. Sprawdził się w przypadku mojej cery mieszanej i sądzę, że z powodzeniem mogą go stosować również osoby z cerą tłustą lub normalną. Odnośnie suchej się nie wypowiem, bo tutaj różnie bywa. Warto jednak zwrócić uwagę, że jest to produkt praktycznie całkowicie naturalny, składający się głównie z substancji certyfikowanych oraz ekstraktów i wyciągów z roślin. Stworzony jest na bazie wody, hydrolatu z kwiatu róży, rozmarynu i lawendy, a do tego zawiera łagodzący ekstrakt z rumianku. Przed zakupem pełnowymiarowego opakowania polecam przetestowanie próbki (raczej odlewki 10 ml), którą można otrzymać na stronie producenta przy okazji większych zakupów. Od razu uprzedzam, że w moim przypadku zużycie miniaturki wiązało się z natychmiastowym zakupem toniku ;)


Według mnie jest to kosmetyk bardzo wszechstronny. Nie tylko tonizuje, ale też odświeża i poprawia kondycję skóry z każdym kolejnym dniem regularnego stosowania. Można go aplikować przy pomocy płatka bawełnianego, ale osobiście wolałam przelać go do atomizera (z Biochemii Urody /klik/). Oryginalne opakowanie jest bardzo wygodne i posiada praktyczne zamknięcie, jednak zauważyłam, że rozpylany bezpośrednio na skórę działa lepiej i niemal dwukrotnie zwiększył swoją wydajność (200 ml wystarczyło mi na kwartał codziennego używania). Po takiej aplikacji trochę napina skórę, a także pozostawia klejącą warstwę, więc jeśli ktoś nie lubi takiego efektu radzę użyć po prostu płatka. Natomiast działanie bardzo mnie zaskoczyło. Moja cera stała się lepiej nawilżona, wyrównał się jej koloryt, wszelkie pryszcze dosyć szybko się goiły i ogólnie pojawiało się ich znacznie mniej niż dotychczas. Poza tym skład okazał się niekomadogenny, więc nie miałam problemu z zamkniętymi zaskórnikami. Nie podrażnił mnie w żaden sposób, nawet kiedy robiłam z niego maseczkę (nasączone tonikiem płatki nakładałam na twarz i pozostawiałam na kilkanaście minut).


Stosowanie tego toniku przyniosło mi same korzyści, więc na pewno kupię go ponownie. Okazał się rewelacyjnym kosmetykiem o działaniu przeciwzapalnym, łagodzącym, odświeżającym, nawilżającym i zmiękczającym skórę. Jeśli nie przeszkadzają Wam ziołowe zapachy, to szczerze polecam wypróbować.

 - Produkt wegański, nietestowany na zwierzętach.

18.10.2015

Ulubieńcy września // CHANEL, ISANA, MAYBELLINE


Pierwszy raz publikuję ulubieńców miesiąca w tak późnym terminie! Jak to mówią 'lepiej późno niż wcale', prawda? Mogłabym sobie odpuścić tego posta, ale jest kilka kosmetyków o których bardzo chciałam wspomnieć na blogu i w pewien sposób wyróżnić. Używam ich regularnie odkąd się u mnie pojawiły, więc mam nadzieję że któryś wzbudzi również Wasze zainteresowanie. Nie przedłużając zacznę od największego hitu września, którym jest...


ISANA YOUNG  - Żel do mycia twarzy i demakijażu oczu
Genialny produkt! Z powodzeniem zastąpił wszelkie kosmetyki do demakijażu oraz żele do mycia twarzy. Bez problemu rozpuszcza makijaż oczu (nawet tusz i trwały eyeliner), a także świetnie oczyszcza całą twarz z podkładu i sebum. Jest to kosmetyk wszechstronny i odkąd wprowadziłam go do swojej pielęgnacji wszystkie inne poszły w odstawkę. Nie wysusza skóry i nie podrażnia oczu, ogólnie jest delikatny w działaniu. Niby przeznaczony do cery normalnej lub mieszanej, ale sądzę że przy każdej innej sprawdzi się tak samo dobrze. Mój demakijaż jeszcze nigdy nie przebiegał tak szybko, a tym bardziej przy udziale tylko jednego kosmetyku. Ogólnie spisuje się świetnie, ale ma jedną wadę - jest perfumowany, więc po zmyciu pozostaje na ustach nieprzyjemny mydlany posmak. Poza tym nie dostrzegam innych wad i szczerze polecam Wam wypróbować!

ISANA PROFESSIONAL Oil Care - Kuracja do włosów z olejkiem arganowym
Kolejny kosmetyk z Rossmanna, który szczerze mnie zachwycił. Przeznaczony jest do włosów ekstremalnie suchych oraz zniszczonych. Takich dużych problemów nie mam, ale do wypróbowania zachęciła mnie obietnica solidnego odżywienia, zmiękczenia oraz dodania włosom blasku. Kurację można stosować na trzy sposoby, czyli jako serum na końcówki, jako maska przed myciem, albo tak jak ja jako zwykłą odżywkę. Oczywiście nakładam ją w minimalnej ilości na długość i spłukuję po kilku minutach. Dzięki temu moje cienkie włosy nie są obciążone, za to po suszeniu wygładzone, lśniące oraz odżywione. Kosztuje raptem 5 zł, więc na pewno będę do niej wracać regularnie.





MAYBELLINE Color Elixir Lip Lacquer #705 Blush Essence
Otrzymałam go dzięki uprzejmości Marty z bloga Hunger for Beauty, ponieważ w Polsce nie jest dostępny. Szkoda, bo jest to naprawdę świetny produkt (obecnie podobny można dostać z Catrice), wzorowany na błyszczyku Diora. Oczarował mnie neutralnym kolorem różu, który zawiera dodatkowo niewyczuwalny na ustach lekki shimmer. Posiada dobre krycie i już po jednej aplikacji nadaje jednolitego koloru z subtelnym blaskiem. Trwałość nie jest jego mocną stroną, ponieważ połysk szybko znika, ale kolor pozostaje na dłużej. Nigdy nie byłam zwolenniczką błyszczyków, jednak ten produkt bardzo przypadł mi do gustu i to właśnie on gościł najczęściej na moich ustach w ubiegłym miesiącu.


CHANEL Chance Eau Tendre
Wspominałam już w poście z nowościami, że tego zapachu używam odkąd dostałam go w prezencie. Chance Eau Tendre to kwiatowo-owocowy zapach, składający się z pigwy, jaśminu i hiacyntu oraz otulającej nuty białego piżma. Energetyzujący, a przy tym nienachalny, więc doskonale sprawdza się jako zapach na każdą okazję, szczególnie na dzień. Spotkałam się z opinią, że nie należy do najtrwalszych, więc radzę wypróbować przed zakupem. U mnie akurat trzyma się do samego wieczora i nie wymaga ponownej aplikacji, więc z prezentu jestem ogromnie zadowolona :)

16.10.2015

Hot Chocolate Season // ASTOR Quick & Shine #502



Nie będę ukrywać, że dostałam małej obsesji na punkcie tego lakieru. Astor skradł moje serce od pierwszego wejrzenia i początkowo nosiłam go jako dodatek, czyli błyszczący akcent na palcu serdecznym lub wskazującym. Było mi jednak mało tego efektu 'blink blink', więc odważyłam się na pomalowanie wszystkich paznokci. Od tamtej pory sięgam po niego regularnie, więc już rozumiecie dlaczego słowo 'obsesja' jest tu bardzo na miejscu ;) 



Hot Chocolate Season posiada foliowe wykończenie, czyli metaliczne z widocznymi drobinkami. Całość jednak prezentuje się jednolicie, tworząc po prostu błyszczącą taflę o chłodnym, brązowym kolorze ze złotymi refleksami. Wpasowuje się idealnie w obecną porę roku, a do tego pięknie odbija sztuczne światło. Jakościowo również okazał się rewelacyjny, co przyznam było dla mnie sporym zaskoczeniem. Nie pamiętam kiedy używałam jakiegokolwiek kosmetyku tej marki, a tym bardziej lakieru do paznokci. Okazało się że śmiało może konkurować z moimi ulubionymi z firmy Essie. 


Emalia rozprowadza się jednolicie i przy krótkich paznokciach kryje już po jednej warstwie. Przy dłuższych spokojnie wystarczą dwie. Wysycha błyskawicznie w kilka minut i nie bąbelkuje. Pędzelek jest szeroki, więc bardzo ułatwia malowanie. Lakier utrzymuje się długo, powoli ścierając jedynie na końcówkach. Nie odpryskuje, więc w kryzysowej sytuacji można nałożyć jeszcze jedną warstwę i cieszyć się manicurem przez kolejne dni. Jak na lakier za 10 zł, to jest według mnie rewelacyjny. Dostępny oczywiście w każdej sieciowej drogerii, a na pewno w Rossmannie. 
Jak Wam się podoba?

14.10.2015

NOWOŚCI // CHANEL, ISANA, ROSSMANN, TISANE


We wrześniu nie kupiłam żadnego kosmetyku! Chciałabym napisać, że w końcu zapanowałam na swoimi kompulsywnymi zakupami, ale tak naprawdę było zupełnie inaczej ;) Mianowicie kosmetyki, które sama chciałam kupić otrzymałam jako prezent urodzinowy lub w ramach współpracy.   


Zacznę może od najbardziej wymarzonego różu, czyli 72 Rose Initial od Chanel. Jest dokładnie taki jak sobie wyobrażałam, czyli subtelnie mieniący, dający naturalne wykończenie i niesamowicie przyjazny w aplikacji, a do tego wypiekany (a ja mam słabość do 'kopułek'). Coś pięknego! Kolejnym upominkiem był zapach Chanel Chance Eau Tendre. Tak się składa, że znam go doskonale ponieważ sama sprezentowałam go mamie jakiś czas temu. Odkąd go dostałam używam codziennie i obecnie jest to mój zapach numer jeden (co doskonale widać po stopniu zużycia). Z obu kosmetyków jestem ogromnie zadowolona. 
Pierwszy raz otrzymałam też kupon urodzinowy od perfumerii Sephora, dzięki któremu mogłam odebrać pakiet trzech pojedynczych cieni. Muszę przyznać, że na przestrzeni lat zyskały na jakości. Wszystkie trzy mają perłowe wykończenie i są utrzymane w neutralnych beżowo - brązowych kolorach.


W ramach współpracy otrzymałam paczkę z nowościami Rossmanna. Na największą uwagę zasługuje szczoteczka do mycia twarzy Rival de Loop. Byłam jej naprawdę ciekawa i muszę przyznać, że spisuje się całkiem nieźle. Wiadomo - Clarisonic to to nie jest, ale ułatwia demakijaż oraz oczyszczanie twarzy. W zestawie znajdują się cztery końcówki: dwie miękkie do wrażliwej cery i dwie średnie do mieszanej. Od razu poszłam na żywioł i zaczęłam używać mocniejszych. Okazały się mięciutkie oraz niezwykle delikatne. Szczoteczka bardzo fajnie spienia żel, ułatwiając rozprowadzenie go na całej twarzy. Pobawię się nią jeszcze i na pewno napiszę pełną recenzję. 


Oprócz szczoteczki w przesyłce znajdował się jeszcze duet do włosów Isana z serii Power Volumen. Przeznaczony jest do włosów przetłuszczających się, oklapniętych i bez objętości, czyli takich jak moje. Ostatnio przeżywam zachwyt maską Oil Repair Isana, więc mam nadzieję że podobnie będzie w tym przypadku. Poza tym otrzymałam kremowy żel pod prysznic z miodem kwiatowym, który pochodzi z limitowanej edycji. Bardzo przyjemnie i otulająco pachnie, a do tego ma urocze opakowanie ;) 


To jeszcze nie koniec Rossmannowych nowości. W paczce znajdowała się również maseczka naprawcza Rival de Loop, olejek do włosów suchych i łamliwych Alterra, balsam do rąk Wellness & Beauty 'Wiśnia i Róża' (bardzo ładnie pachnie i do tego ma fajne opakowanie) oraz mój największy faworyt - Isana Young - żel do mycia twarzy i demakijażu oczu. Niesamowity kosmetyk, który polubiłam od pierwszego użycia i zdetronizował dotychczasowe żele, olejki i inne produkty do demakijażu. Już teraz Wam napiszę, że warto go wypróbować.


Na koniec jeszcze przesyłka z dobrociami od marki Tisane, czyli balsam do ust w sztyfcie i słoiczku oraz balsam do skórek i paznokci /recenzja/. Słyszałam oraz czytałam o nich wiele dobrego, dlatego cieszę się że mogę osobiście przetestować każdy z tych produktów.
Mieliście okazję używać któregoś z tych kosmetyków? Co o nim sądzicie?

12.10.2015

Dwufazowy płyn do demakijażu // MIXA Optymalna tolerancja


Dwufazowy płyn do demakijażu to mój pierwszy kosmetyk marki Mixa jakiego miałam 'przyjemność' używać. Kupiłam go w Rossmannie za około 15 zł, a głównym powodem była nowa maskara L'Oreal Million Lashes Mascara - Feline. Niestety nawet najlepsze płyny micelarne oraz olejki do demakijażu kiepsko sobie z nią radzą, dlatego musiałam wspomóc się dwufazówką. Gdzieś mi się obiło o oczy, że ta z oferty Mixa jest całkiem niezła, więc postanowiłam dać jej szansę.




Dedykowana jest do wrażliwych oczu, ze skłonnością do reakcji alergicznych. Moje co prawda do takich nie należą, ale kilka razy zaszkodziły mi tańsze płyny (np słynna Ziaja), które przy regularnym stosowaniu spowodowały spore podrażnienie. Od tamtej pory wolę nie ryzykować i staram się wybierać kosmetyki łagodne w działaniu. W tej kwestii Mixa sprawdziła się doskonale, ponieważ przez cały okres stosowania ani razu nie odczułam szczypania i nie pojawiło się zaczerwienienie. W ogóle ma całkiem prosty skład, bez zapachu, parabenów i alkoholu.

Opakowanie jest tradycyjne i z tego co pamiętam było dobrze zabezpieczone (trzeba było odkręcić dozownik i zerwać plombę). Jednak podejrzewam, że trafił mi się jakiś felerny egzemplarz, bo płyn leciał pod dziwnym kątem. Miałam niezłą zabawę, dopóki nie wywierciłam większego otworu. Tak poza tym nie mam zastrzeżeń.


Konsystencja jest również typowa: widoczne są dwie fazy - olejowa oraz wodna. Obie dosyć łatwo się łączą, ale równie szybko rozwarstwiają, dlatego przed każdym użyciem należy zamknąć buteleczkę i jeszcze raz nią potrząsnąć. Producent szczyci się faktem, że płyn bardzo dobrze rozpuszcza nawet wodoodporny makijaż bez pocierania, wystarczy tylko przyłożyć nasączony wacik na kilka sekund. Faktycznie radzi sobie bardzo dobrze, ale mój makijaż (trwały eyeliner, cienie w kremie i tusz do rzęs) wymagał podwójnego zmywania. To znaczy za pierwszym razem usunięte było niemal wszystko, ale u nasady rzęs zawsze coś zostawało. Dlatego nie zaliczam tego płynu do cudotwórców, ani ulubieńców, a jedynie do sprawdzonych kosmetyków. Przypuszczam że lżejszy makijaż zmyje bez problemu i co najważniejsze bez podrażnień. Poza tym muszę go pochwalić za brak tłustej warstwy na powiekach. W porównaniu do innych płynów dwufazowych nie sprawia tego problemu i nie powoduje zamglenia oczu. Co do wydajności to uważam, że jest w normie. Wystarczył mi na półtora miesiąca codziennego stosowania, a jak już wspominałam używałam go w większej ilości.

Ogólnie byłam zadowolona z płynu dwufazowego Mixa, chociaż mógłby skuteczniej usuwać makijaż. Powrotu w najbliższym czasie nie planuję, ponieważ odkryłam o wiele lepszy kosmetyk - wypatrujcie posta z ulubieńcami września ;) 

11.09.2015

Błyszczyk RIMMEL Oh My Gloss! // #340 Captivate Me


W ostatniej przesyłce od marki Rimmel otrzymałam do recenzji błyszczyk Oh My Gloss, który jest nowością w ich ofercie. Pochodzi z kolekcji Colourfest i sygnowany jest przez Ritę Ora. Dostałam odcień 340 Captivate Me, czyli transparentną malinę z dużą ilością kolorowych drobinek. Jak przystało na fankę pomadek, podchodziłam do niego bardzo sceptycznie. Głównie za sprawą brokatu, który zawsze odstrasza mnie w tego typu kosmetykach. Druga kwestia to konsystencja, jednak pomimo moich obaw błyszczyk okazał się całkiem niezły.


Pierwsze co rzuca się w oczy, to asymetryczne opakowanie (które nastręczało mi wielu trudności przy robieniu zdjęć ;) Dosyć nietypowe, ale poręczne w użyciu. Natomiast aplikator to już typowa gąbeczka, przyjemna w dotyku i miękka. Dozuje odpowiednią ilość produktu, a dzięki lekkiej konsystencji błyszczyk łatwo nakłada się na usta. Posiada delikatny kremowy zapach, ale nie pozostawia żadnego posmaku. Poza tym nie klei się, nie ściąga ust i dzięki zawartości olejku arganowego oraz witaminy E dodatkowo pielęgnuje. Nie zastąpi  odżywczego balsamu, ale przy całodniowym używaniu utrzymuje je w bardzo dobrej kondycji. 

Dyskusyjną kwestią jest trwałość, ponieważ producent obiecuje, że błyszczyk wytrzyma aż sześć godzin. Nie dajmy się zwariować! W moim przypadku znika momentalnie po wypiciu herbaty lub spożyciu posiłku, nie mówiąc już o brokacie, który osadza się... wszędzie. A tak poza tym wytrzymuje maksymalnie godzinę. Nie mam mu tego za złe, bo nawet pomadki typu 'lip cream' nie są w stanie tak długo wytrzymać. Jedynie Was ostrzegam żebyście nie mieli złudzeń. 

Jak wspomniałam na początku kolor jest dosyć transparentny, więc nie wymaga użycia lusterka podczas aplikacji. W subtelny sposób podbija moje naturalne zabarwienie ust, a przy tym dodaje sporo blasku. Drobinki są niewyczuwalne (nie chrzęszczą między zębami jak się początkowo obawiałam) i nie migrują poza kontur. W świetle dziennym są praktycznie niewidoczne, dopiero przy ostrym słońcu mienią się na różne kolory (czerwony, złoty i wydaje mi się, że jeszcze zielony). Błyszczyk nadaje subtelnego koloru, lustrzanego połysku, a dzięki drobinkom widoczne są delikatne refleksy. Całość prezentuje się naturalnie, bez dyskotekowego efektu i nawet przekonałam się do częstego używania.


Rimmel oferuje aż 15 kolorów, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Regularna cena oscyluje w granicach 20 zł, ale w sieciówkach typu Rossmann, Super Pharm czy Hebe na pewno znajdzie się jakaś dobra oferta. Co prawda nie jest to kosmetyk 'must have', ale spisuje się dobrze i ważny jest przez dwa lata od otwarcia. Jeśli lubicie takie odcienie lub trafi Wam się w przyjemnej cenie, to możecie śmiało kupować. 

07.09.2015

Płatki złuszczające // FIRST AID BEAUTY Facial Radiance Pads


Dobre złuszczanie to podstawa w pielęgnacji mojej mieszanej cery. Na co dzień używam szczoteczki Clarisonic z żelem do mycia twarzy, ale dodatkowo stosuję krem lub tonik z kwasem. Natomiast jakiś czas temu Iwona z bloga Kosmetyki łapię, niczego nie przegapię /klik/ zachęciła mnie do wypróbowania płatków złuszczających. Wcześniej też słyszałam o nich wiele dobrego na zagranicznych kanałach You Tube oraz czytałam pozytywne opinie na blogach, ale dopiero recenzja Iwony zmobilizowała mnie do zakupu. Kosmetyki marki First Aid Beauty są dostępne w polskich sklepach internetowych, jednak ich ceny są niesamowicie wygórowane. Dlatego zajrzałam do swojego ulubionego zagranicznego sklepu - Lookfantasic.com i tam upolowałam cały zestaw w obniżonej cenie. Szczerze polecam tę stronę, ponieważ mają darmową wysyłkę do Polski, częste akcje promocyjne i dodatkowo wysyłają jeszcze kupony rabatowe.


Płatki dostępne są w dwóch opakowaniach - 28 sztuk i 60 sztuk. W moim zestawie znajdowało się to mniejsze, czyli idealne na początek. Płatki są bardzo cienkie (wręcz prześwitujące) i wielkością przypominają bawełniane do demakijażu, jednak wykonane są z mocniejszego materiału, więc nie przerywają się podczas przemywania twarzy. Poza tym są naprawdę mokre i dobrze nasączone. Nawet jeśli dłużej poleżą nieużywane, to pierwsza sztuka za każdym razem jest mocno wilgotna. Do jednorazowej aplikacji spokojnie wystarcza jeden płatek (a nawet połowa, jeśli komuś chciałoby się przecinać). Zazwyczaj stosowałam je zamiast toniku, zaraz po demakijażu, który wykonuję po przyjściu do domu. Natomiast wieczorem standardowo stosowałam serum, kremy itd. Według producenta mogą być stosowane dwa razy dziennie, ale osobiście nie odczułam takiej potrzeby.


Warto zwrócić uwagę na skład, bo płatki są polecane przy pielęgnacji cery wrażliwej. Przede wszystkim zawierają łagodny  kwas mlekowy i glikolowy, które mają działanie złuszczające; a także kwas hialuronowy odpowiedzialny za właściwy poziom nawilżenia skóry. Do tego główną bazą jest uwielbiany przez moją cerę sok z aloesu, a oprócz tego znajduje się jeszcze ekstrakt z ogórka, zielonej herbaty, korzenia lukrecji, mandarynki, ze skórki cytryny oraz z indyjskiego agrestu. Produkt nie zawiera parabenów, barwników oraz szkodliwych chemikaliów. Całość ma za zadanie nie tylko oczyścić i zmniejszyć widoczność porów, ale też rozjaśnić cerę, ujednolicić jej koloryt oraz wygładzić zmarszczki.


Od razu przyznam się, że nie stosowałam tego produktu regularnie. Zazwyczaj co drugi dzień, albo codziennie przez tydzień, ale zawsze pojawiały się jakieś przerwy. Już od pierwszego użycia płatki wydały mi się bardzo łagodne. Nie odczułam żadnego mrowienia ani szczypania podczas aplikacji, nie wystąpiło też zaczerwienie. Ogólnie mnie nie podrażniły, nawet kiedy stosowałam je codziennie. I teraz nie mam do końca pewności czy płatki były dla mnie za słabe, czy może za krótko ich używałam i powinnam spróbować większego opakowania, bo po prostu nie zauważyłam żadnej zmiany. A może przyczyną jest moja cera, która ostatnio jest w bardzo dobrej kondycji i niewiele potrzeba jej do szczęścia?


Jak widzicie mam wiele wątpliwości i teoretycznie nie mam powodu do narzekań, ale wprowadzając nowy produkt do swojej pielęgnacji zawsze oczekuję pozytywnych rezultatów. W tym przypadku nie odczułam różnicy, jakbym tylko tonizowała skórę. Zabrakło tego spektakularnego efektu jaki dawał mi tonik Liquid Gold firmy Alpa - H /recenzja/. Z tego powodu jestem w stanie polecić płatki osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z produktami złuszczającymi i poszukują czegoś łagodnego na początek. Chociaż równie dobrze możecie sięgnąć po rodzimy produkt, czyli świetny tonik Lirene Wybielanie /recenzja/.

 - Produkt wegański, nietestowany na zwierzętach.

05.09.2015

NOWOŚCI // L'OREAL, RIMMEL, MAYBELLINE, ORIGINAL SOURCE, ROSSMANN



Ostatniego posta z nowościami pokazywałam w lipcu i było to zamówienie z Sephory /klik/. Od tamtego czasu nie robiłam większych zakupów, jedynie uzupełniałam brakujące produkty. Sądziłam, że jest tego niewiele, ale po podsumowaniu uzbierała się spora gromadka, którą postanowiłam pokazać na blogu. Poza tym otrzymałam jeszcze kilka kosmetyków w ramach współpracy. Wszystkie praktycznie są już w użyciu, więc w tym poście podzielę się również swoim pierwszym wrażeniem. Niektóre już pokazywałam na blogu, nawet doczekały się recenzji. Na pozostałe obiecuję, że nie będzie trzeba długo czekać.


Żel do brwi L'Oreal Brow Artist Plumper Mascara oraz kredkę Maybelline Brow Satin zdążyłam już pochwalić w recenzji /klik/. Oba kosmetyki kupiłam w Rossmannie i od pierwszego użycia bardzo przypadły mi do gustu. Całkowicie spełniły moje oczekiwania pod względem jakościowym oraz kolorystycznym. Natomiast błyszczyk Rimmel Oh My Gloss i tusz do rzęs Scandaleyes XX-treme otrzymałam do przetestowania. Maskary jeszcze nie używałam, ale do błyszczyka dobrałam się od razu. Dostałam odcień #340 Captivate Me, czyli piękną malinową czerwień z mnóstwem różnokolorowych drobinek. Nadaje ustom delikatnego koloru z połyskiem i nie klei się jak większość drogeryjnych. Jestem z niego zadowolona i wkrótce poświęcę mu oddzielnego posta. 



Powodem dla którego jeszcze nie zaczęłam używać maskary Rimmel, jest przesyłka od firmy L'Oreal Paris. Dostałam cztery wersje tuszy Volume Million Lashes Mascara, włącznie z najnowszym - Feline /recenzja/. W porównaniu do innych posiada wygiętą szczoteczkę i jest tak samo rewelacyjna. Jeśli czytaliście posta z ulubieńcami sierpnia /klik/, to już wiecie że zachwycił mnie niemal od pierwszego użycia. Na blogu możecie też przeczytać recenzję So Couture /klik/ oraz Excess Noir /klik/. Wersji klasycznej jeszcze nie używałam, więc mam nadzieję że mnie nie rozczaruje. 



Kolejną przesyłkę otrzymałam z lakierami firmy COTY, która przekazuje 1% z ich sprzedaży na rzecz DKMS. Jakiś czas temu pisałam na blogu o akcji Wzór do naśladowania - jest to inicjatywa organizowana przez fundację DKMS, która ma na celu wsparcie walki z rakiem krwi. W paczce znalazła się odżywka Sally Hansen 18K Gold z zatopionymi kawałkami złota oraz lakiery kolorowe: fuksja Rimmel #322 Neon Fest, żółty Miss Sporty #140, zielony Manhattan #018 Made of Jade, czerwony Sally Hansen #550 All Fired Up oraz Astor #502 Hot Chocolate Season, który widać na zdjęciu z błyszczykiem.



Ostatnie kosmetyki to już praktycznie moje własne zakupy. Zmywacz do paznokci Be Beauty kupiłam oczywiście w Biedronce. Wybrałam wersję natłuszczająco- ochronną z olejkiem kokosowym i gliceryną. Poprzedniej wersji nie lubiłam, ale ta sprawdza się całkiem fajnie, a do tego ma wygodny dozownik. W Rossmannie natomiast kupiłam sławną maskę do włosów Isana Professional Oil Care (bardzo fajna!), żel do golenia Joanna Sensual (sprawdza się, ale trochę zbyt mocno pachnie wanilią jak na moje standardy) oraz płyn dwufazowy do demakijażu Mixa (specjalnie do zmywania tuszu VML Feline od L'oreal, bo nie rusza go ani płyn micelarny, ani olejek). Po ostatnich przygodach z różnymi antyperspirantami wróciłam z powrotem do zielonej kulki Vichy. Zamówiłam ją na Allegro, bo po prostu nie miałam czasu żeby pojechać do Super-Pharm (czasami nawet dwa przystanki to daleko). Tak samo było z maseczką peelingującą Fitomed K+K, z której jak już wiecie jestem ogromnie zadowolona. 



Na koniec zostawiłam sobie nowy żel od Original Source Wild Cherry and Nettle z limitowanej edycji, wybieranej przez fanów. Ta marka jak zwykle mnie zaskakuje swoimi wariantami zapachowymi, które są nietuzinkowe i bardzo oryginalne. Tym razem połączyli wiśnię z pokrzywą, co mogłoby się wydawać dziwne, ale w odbiorze jest bardzo przyjemne. Dominuje oczywiście soczysta wiśnia podszyta odrobiną 'zielonego' zapachu. Całość jest zrównoważona i idealnie sprawdza się podczas porannego prysznica. Tak bardzo mi się spodobał, że połowy już nie ma ;)

.

JAKO AUTORKA BLOGA NIE WYRAŻAM ZGODY NA KOPIOWANIE, POWIELANIE LUB JAKIEKOLWIEK INNE WYKORZYSTYWANIE W CAŁOŚCI LUB WE FRAGMENTACH TEKSTÓW I ZDJĘĆ Z SERWISU INTERNETOWEGO www.iwetto.com BEZ MOJEJ WIEDZY I ZGODY (PODSTAWA PRAWNA: DZ. U. 94 NR 24 POZ. 83, SPROST.: DZ. U. 94 NR 43 POZ. 170).