28.01.2015

NOWOŚCI // PHENOME, KIKO, NUXE, BUMBLE & BUMBLE


Nareszcie udało mi się dotrzeć do salonu Kiko w Arkadii (Warszawa). Dobra wiadomość jest taka, że marka nie poprzestała na jednym sklepie i wkrótce otworzy kolejne w innych miastach. Posiadają też sklep internetowy, ale z tego co się dowiedziałam towar wysyłany jest z Włoch, więc koszty dostawy są znacznie wyższe. Natomiast ceny oraz promocje są identyczne, więc nawet jeśli coś zostało wyprzedane online, to stacjonarnie powinno być jeszcze dostępne. Wystrój niczym nie odbiega od podobnych firm, czyli Inglota lub MACa, za to ceny są znacznie przyjemniejsze (zwłaszcza te obniżone). 

Nie miałam nic konkretnego na uwadze, więc do koszyka trafiły już sprawdzone przeze mnie kosmetyki: Long Lasting Stick Eyeshadow w odcieniu #25 Light Taupe oraz Water Eyeshadow #227 także Light Taupe ;) Zabawne, że w ciemno wybrałam oba odcienie taupe. Nazwy kolorów podane są wyłącznie na stronie, natomiast kosmetyki na opakowaniach mają tylko numerek.To tylko potwierdza jak bliska jest mi ta kolorystyka i jak dobrze się w niej czuję. Na blogu pojawiła się już recenzja innych odcieni, czyli Long Lasting Stick Eyeshadow #05 Rosy Brown oraz Water Eyeshadow #228 Taupe. Poza tym kupiłam koloryzowany balsam do ust Kiss Balm ze stałej kolekcji, w odcieniu #06 Blackberry. W porównaniu do pozostałych jest najciemniejszy, ale daje bardzo subtelny efekt. Po nałożeniu na usta praktycznie go nie widać, za to czuć odżywczą konsystencję. Pierwsze wrażenie mam bardzo pozytywne!


Do testów otrzymałam nowość marki NUXE, czyli krem na noc Nuxellence Detox. Do tej pory miałam przyjemność tylko z balsamem do ust Reve de Miel oraz suchym olejkiem Huile Prodigieuse , dlatego jestem niezwykle ciekawa jak się u mnie sprawdzi. Działa przeciwstarzeniowo i dedykowany jest dla każdego rodzaju cery, która potrzebuje regeneracji oraz energii. Zobaczymy ;) 
Kupiłam też kolejny produkt do stylizacji Bumble & Bumble, czyli tradycyjny lakier do włosów. Upolowałam go na Lookfantastic za połowę ceny, więc trafiłam niezłą okazję. 



Na koniec moje zamówienie z rodzimej firmy Phenome. Po nieudanej przygodzie z peelingiem enzymatycznym miałam odpuścić sobie kosmetyki do pielęgnacji twarzy, ale skusiło mnie -50 %. Wybrałam maseczkę z glinką Sustainable Science Purifying White Clay Mask, która oczyszcza i ściąga pory. Po pierwszym użyciu jestem ogromnie zadowolona i liczę na jeszcze lepsze efekty przy regularnym stosowaniu. Pozostałe dwa kosmetyki w tubkach to nic innego jak kremy do rąk. Na spróbowanie wybrałam mniejszą wersję cukrowego Pure Sugarcane Anti-Aging oraz większą rozgrzewającego Tangerine Spa Warming. Na razie dobrałam się do cukrowego (wiadomo!) i jestem oczarowana jego zapachem, konsystencją oraz działaniem. Niby to tylko krem, ale działa momentalnie. Teraz żałuję, że nie wybrałam większej tubki. Przynajmniej będzie okazja do kolejnych zakupów ;)

26.01.2015

SALLY HANSEN MIRACLE GEL - trwałość hybrydy?


Od lutego mają pojawić się w sprzedaży lakiery Sally Hansen Miracle Gel, które są połączeniem hybrydy z tradycyjnym lakierem do paznokci. Nie wymagają utrwalenia lampą UV, wystarczy nałożyć dwie cienkie warstwy i zabezpieczyć manicure specjalnym top coat'em. Byłam niezwykle ciekawa jak wypadną, ponieważ producent obiecuje aż 14 dni trwałości. Miałam już wiele lakierów, ale przyzwyczaiłam się że noszę je maksymalnie 4 dni. Według mnie jest to optymalny okres w jakim emalia prezentuje się dobrze.


Do testowania otrzymałam głęboką czerwień Red Eye #470, pastelową zieleń B Girl #240, subtelny fiolet Street Flair #270, lekko neonowy koral Redgy #330 oraz beżowego nudziaka Bare Dare #120. Ogromną zaletą lakierów jest kremowa oraz przyjazna w aplikacji konsystencja. Do tego mają szeroki pędzelek, więc pokrycie nawet szerokiej płytki można wykonać za jednym pociągnięciem. Posiadają niezłą pigmentację, jednak do pełnego krycia potrzebne są dwie warstwy (nawet przy krótkich paznokciach).  Emalia nie smuży i nie tworzą się bąbelki. Natomiast schnięcie wymaga cierpliwości. Po nałożeniu top coat'u trzeba odczekać około godziny, aby nie zrobiły się odbicia.


Odnośnie trwałości wypadły dosyć przeciętnie. Sądziłam że będę długie dni cieszyć się nienagannym manicure'm, czyli bez odprysków, ubytków oraz startych końcówek. Niestety Miracle Gel pomimo pięknych kolorów nie były mi w stanie tego zagwarantować. Pierwszy na paznokciach wylądował fiolet i musiałam go zmyć już po 3 dniach. Do tego stopnia starł się na paznokciach, że wyglądał bardzo nieestetycznie. Najdłużej nosiłam czerwień #330 - aż 5 dni! Tylko dlatego, że się zawzięłam. Po dwóch dniach znowu końcówki zaczęły się ścierać. Oprócz widocznego odrostu prezentowały się fatalnie. Zazwyczaj nie zamieszczam tego typu zdjęć, ale chciałam żebyście mieli pełen obraz sytuacji. U stóp nawet nie próbowałam ich nakładać, w obawie że zetrą się jeszcze szybciej. Na szczęście przy zmywaniu nie nastręczają większych problemów, schodzą bez problemu i nie odbarwiają płytki. 


Podsumowując podoba mi się formuła lakierów Miracle Gel, kolory oraz pędzelek, ale czternastodniową trwałością niestety nie mogą się szczycić. Szybkie ścieranie jestem w stanie wybaczyć lakierom za znacznie niższą kwotę, te z kolei mają kosztować około 35 zł. Pomimo, że nigdy nie nosiłam lakieru hybrydowego, nie wydaje mi się żeby mu dorównywały. Będę jeszcze z nimi eksperymentować, szczególnie z innym top coat'em. Może tu tkwi problem? Na pewno dam znać na blogu!

24.01.2015

Termoochrona // TRESEMME, MARION


Termiczna ochrona włosów to taka sfera pielęgnacji, której nie mogę do końca rozliczyć z działania. Bardzo długo nie stosowałam tego typu kosmetyków i zaczęłam dopiero wtedy, kiedy fryzjerka zwróciła mi na to uwagę. Uznała że moje włosy są w dobrej kondycji, jednak skoro codziennie używam szczotko-suszarki BaByliss, to warto je dodatkowo zabezpieczyć. 

Serum termoochronne MARION kupiłam kiedy miałam jeszcze długie włosy. Prostowałam je przy pomocy specjalnej nakładki do suszarki i zależało mi na ochronie samych końcówek. Opakowanie zawiera 30 ml i kosztuje niecałe 10 zł. Serum całkiem przyjemnie pachnie i ma postać gęstego olejku. Dosłownie niewielka ilość jest potrzebna do przeczesania włosów, co wpływa też na sporą wydajność. Jeśli się z nim przesadzi efekt strąków gwarantowany. Stosowane z umiarem zabezpiecza i nie obciąża, ale nie poprawia kondycji włosów. Obecnie są za krótkie żebym mogła stosować serum regularnie, więc od czasu do czasu robię sobie mini 'kurację'. Nie mogę się jednak doczekać końca, ponieważ tłusta forma nie przypadła mi do gustu. Znalazłam coś co bardziej odpowiada moim cienkim włosom. 
[Podobno pompka pasuje do podkładu Revlon Colorstay, ale jeszcze tego nie sprawdzałam osobiście]


TRESemme Thermal Creations Heat Tamer Spray okazał się produktem idealnym. Swój egzemplarz kupiłam na Allegro i zapłaciłam około 20 zł (plus koszty wysyłki). Jest w postaci sprayu z unikatowym atomizerem, który rozpyla równomierną mgiełkę na całych włosach, roztaczając przy tym przyjemny owocowy zapach. Nie zawiera alkoholu oraz dodatkowo stylizuje, a pod wpływem temperatury uwalnia składniki odżywcze. Nie obciąża i nie powoduje wzmożonego przetłuszczania. Odkąd stosuję go codziennie faktycznie włosy stały się bardziej lśniące. Pomaga przy rozczesywaniu, bo zmiękcza oraz uelastycznia. Ogromną zaletą jest też wydajność. Co prawda nie stosowałam go regularnie od momentu zakupu, ale odkąd mam krótką fryzurę (do ramion), aplikuję przed każdym suszeniem i nie doszłam nawet do połowy. Muszę jeszcze nadmienić, że produkt rozprowadzam na wilgotnych włosach, więc nie wiem jak sprawdzi się na suchych przed prostowaniem. Jestem zadowolona z zakupu, ale w planach mam jeszcze spróbowanie innej wersji - Heat Defence Smooth Styling Spray oraz odpowiednika marki CHI (dajcie koniecznie znać jeśli mieliście).

A jak jest z Wami? Używacie kosmetyków chroniących przed wysoką temperaturą czy uważacie, że to zbędny gadżet? 

22.01.2015

Jagodowy krem do ciała // BALEA Bodycreme Blaubeere


Nastawiłam się na ciężką zimę, a za oknem ciągle jesień. Z tego powodu zrezygnowałam z treściwych maseł i sięgnęłam po jagodowy krem do ciała marki Balea. Aż wstyd się przyznać ile przeleżał w mojej szufladzie z zapasami ;) Niby jest to edycja limitowana, ale podczas zeszłorocznego urlopu widziałam go w węgierskim DM'ie i co jakiś czas pojawia się na Allegro. Z tego co pamiętam zapłaciłam za niego około 10 zł. 

Opakowanie zawiera 200 ml produktu i skończyło się zatrważająco szybko. Używałam go codziennie i po dwóch tygodniach dobiłam dna. Wszystko przez konsystencję, która okazała się bardzo lekka, kremowo-żelowa. Zapakowana jest w plastikowy słoiczek z metalowym wieczkiem, ale nie obraziłabym się gdyby była to miękka tubka, albo jeszcze lepiej- butelka z atomizerem. Na pewno nie byłoby problemu z wydobyciem kosmetyku i zużyciem go do ostatniej kropli, ponieważ sam doskonale spływa. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ trafiło mi się opakowanie z nieogradowanym gwintem i nieostrożne nabieranie spowodowało skaleczenie dłoni. Przytrafiło Wam się coś takiego, czy tylko ja mam takie szczęście? Najgorzej, że dzisiaj o tym zapomniałam i użyłam peelingu solnego Wellness & Beauty :]


Z tej serii miałam również mydło do rąk i oba kosmetyki polubiłam za zapach! W tym wydaniu jest intensywniejszy, ale w dalszym ciągu przyjemny i nienachalny. Używałam go wieczorami i nie miałam problemu z zasypianiem. Słodka jagoda bez chemicznej nuty umilała cały pielęgnacyjny proces. Jak już wspomniałam posiada niezwykle lekką konsystencję, która gładko rozprowadza się na skórze. Niestety nie wchłania się natychmiastowo, trzeba odczekać dłuższą chwilę. Nie pozostawia na skórze tłustego filmu i nawilża, ale doraźnie. Nie ma się co oszukiwać, nie jest to kosmetyk odżywczy i na pewno nie zregeneruje suchej skóry. W moim odczuciu był poprawny. W tej cenie można dostać większe pojemności ze zdecydowanie lepszym działaniem. Dochodzę do wniosku, że Balea postawiła po prostu na przyjemny zapach i nic ponad to. Jagodowy krem okazał się typowym limitowanym kosmetykiem - zużyć i zapomnieć. 

20.01.2015

BOURJOIS Twist Up The Volume Mascara



Twist Up The Volume jest chyba pierwszym tuszem Bourjois, jakiego miałam okazję używać.  Lubię kosmetyki tej firmy, ale gdybym nie dostała go na spotkaniu blogerek, to pewnie nigdy nie zwróciłabym na niego uwagi. Zawsze wybieram podkręcające, ten natomiast ma za zadanie wydłużyć oraz pogrubić rzęsy.

Innowacją jest silikonowa szczoteczka, która zmienia się w zależności od położenia. Pierwszy stopień odpowiada za wydłużenie oraz równomierną aplikację produktu. Przy drugim stopniu szczoteczka zmienia kształt- staje się krótsza a wypustki skręcają się (zagęszczają), co przyczynia się do pogrubienia rzęs. Osobiście nie odczułam różnicy między tymi etapami i najczęściej używałam pierwszej opcji. Dzięki długiemu kształtowi szczoteczka pozwalała mi dotrzeć nawet do najkrótszych włosków i podkreślić je bez robienia odbić. Razem z nim używałam zalotki i byłam zadowolona z efektu. Rzęsy były wydłużone, rozdzielone oraz naturalnie podkreślone. Nie było problemu z grudkami czy posklejanymi kępkami. Natomiast nie udało mi się ich w żaden sposób pogrubić, chociaż nakładałam dwie warstwy.


Początkowo byłam zadowolona z działania, ale im dłużej używałam tuszu, tym czułam coraz większe rozczarowanie. Wszystko za sprawą konsystencji, która znacznie zmieniała się na przestrzeni kilku miesięcy. Za pierwszym razem wydał mi się zbyt mokry, więc musiał trochę dojrzeć. Później nastała faza idealna, czyli tusz był odpowiedni, dobrze pokrywał rzęsy, trzymał się idealnie cały dzień. Dosyć szybko przeszedł jednak do trzeciej fazy. W dalszym ciągu był wilgotny, ale zaczął się kruszyć i odbijać na dolnej powiece. Z tego powodu przestałam go używać, mimo że jeszcze nie wysechł i bez problemu można podkreślać rzęsy. Co z tego skoro w ciągu dnia musiałabym nanosić poprawki i zastanawiać się, czy nie mam drobinek na policzku.

Kosztuje około 50 zł i jest naprawdę wydajny, ale jak widać nie mogę zużyć tuszu do samego końca. Ogólnie czuję małe rozczarowanie. Poniekąd się sprawdza, jednak nie jest na tyle wybitny żebym mogła sięgnąć po niego ponownie. Jak dla mnie Twist Up okazał się trochę przereklamowany.

18.01.2015

RÓŻA vol 1 // PAT&RUB, LIRENE, DKNY, BAYLIS & HARDING


Mam słabość do kosmetyków o różanym zapachu i nie mogę oprzeć się, kiedy widzę jakąś nowość. Większość oscyluje wokół najbardziej popularnej róży damasceńskiej. Najbardziej lubię kiedy kosmetyk pachnie przyjemnie i nienachalnie. W tym poście przedstawię pięć produktów, które doskonale się u mnie sprawdzają również w pielęgnacji.


Mydło do rąk Vintage Rose BAYLIS & HARDING
Nazwa w tym przypadku potrafi wprowadzić w błąd. Vintage Rose przywodzi mi na myśl charakterystyczny mocny zapach różanego olejku. Mydło natomiast pachnie subtelnie świeżo ściętymi kwiatami. Zachwyca mnie za każdym razem kiedy myję dłonie. Do tego nie wysusza i skutecznie oczyszcza, więc spełnia się w swojej roli. Obecnie dostępne jest w nowej szacie graficznej. Swój egzemplarz kupiłam online, ale pojawia się również w drogeriach Hebe. W ofercie są także balsamy do rąk oraz żele pod prysznic o tym samym zapachu.

Różana mgiełka do twarzy PAT & RUB
Mgiełka jest najbardziej subtelna ze wszystkich przedstawianych przeze mnie kosmetyków. Bazowym składnikiem jest woda różana, która powstaje podczas destylacji olejku z róży damasceńskiej. Dedykowana jest do skóry suchej, naczynkowej oraz wrażliwej ze względu na swoje właściwości ściągające. Tak naprawdę każdy może ją stosować, ponieważ przynosi natychmiastowe ukojenie, nawilża oraz tonizuje, a do tego roztacza bardzo przyjemny zapach. Osobiście stosuję ją zamiast toniku, także do zraszania maseczek z glinki lub scalania makijażu mineralnego, a dzięki właściwościom łagodzącym sprawdza się po wszelkiego rodzaju zabiegach pielęgnacyjnych.


Balsam do ust Rose Salve C.O. BIGELOW (BATH & BODY WORKS)
To mój zdecydowany faworyt! Posiada lekką, wazelinową konsystencję, która gładko sunie po ustach, pozostawiając transparentną powłoczkę. Zapach przypomina mi różane nadzienie, które doskonale pamiętam z babcinych pączków. Niezwykle apetyczny, chociaż bezsmakowy! Sam produkt natomiast wygląda niepozornie, ale posiada właściwości lecznicze. Używam go tylko do ust, jednak producent zaleca aplikację na każdy kawałek skóry, który wymaga natychmiastowej regeneracji oraz nawilżenia (np kolana, łokcie, skórki wokół paznokci itd). Balsam kupiłam za 25 zł w Bath & Body Works i szczerze Wam go polecam.

Żel pod prysznic 'Różany Ogród' LIRENE
Kąpiel w połączeniu z tym żelem, to niezwykle relaksujące doświadczenie. Posiada dosyć intensywny zapach, który nie każdemu przypadnie do gustu. Pomimo ciekawej kompozycji oraz uwielbienia dla różanych zapachów, nawet ja czasami czuję przesyt. Z tego powodu zaczęłam używać go wyłącznie podczas kąpieli. Daje sporą ilość piany, a aromat staje się subtelniejszy. Dobrze oczyszcza skórę i nie wysusza, do tego jest wydajny. Mam nadzieję że jeszcze długo będzie dostępny w ofercie Lirene!


Woda perfumowana DKNY Pure A Drop of Rose
W zestawieniu nie mogło zabraknąć jednego z moich ulubionych zapachów od Donny Karan. Tym razem zapach oscyluje wokół róży tureckiej, która została połączona z czarną porzeczką, magnolią, werbeną, cedrem oraz wanilią. Kompozycja jest niezwykle lekka, świeża, wydaje mi się nawet odrobinę gorzka. Do tego jest trwała, ponieważ wyczuwam ją na skórze pod koniec dnia. Idealna na co dzień, szczególnie w okresie wiosennym. Na uwagę zasługuje także opakowanie, przypominające kroplę wody. Proste w formie i zarazem eleganckie. Powąchajcie koniecznie przy najbliższej okazji!

To dopiero początek mojej różanej serii- im więcej produktów odkrywam, tym bardziej przekonuję się że nie ma kilku identycznych kosmetyków o tym samym aromacie. Z tego powodu ciągle poszukuję nowych, więc liczę na Wasze podpowiedzi ;) 

16.01.2015

Korektor NYX HD Photogenic Concealer // CW01 Porcelain



Korektor NYX HD chwaliłam już w ulubieńcach listopada oraz w podsumowaniu ubiegłego roku. Pisałam o nim w samych superlatywach i moje zdanie się nie zmieniło. Za co go tak naprawdę lubię? Przede wszystkim za kolor. Dostępnych jest kilka różnych odcieni, włącznie z fioletowym oraz zielonym, ale ja standardowo wybrałam najjaśniejszy z całej gamy - CW01 Porcelain. Stacjonarnie zawsze był wykupiony, więc ostatecznie zamówiłam na stronie Douglas (marka NYX w Polsce ma tylko jeden salon firmowy w Blue City w Warszawie oraz sklep internetowy). I wcale się nie dziwię, że akurat ten odcień ma największe wzięcie. Nie posiada żadnych drobinek, za to ma różowy pigment, który pięknie 'rozświetla' skórę wokół oczu oraz doskonale komponuje się z moim naturalnym kolorytem cery. Okazał się dla mnie wielofunkcyjny, ponieważ zakrywam nim z powodzeniem niedoskonałości oraz cienie pod oczami. Oprócz typowego zastosowania sprawdza się również przy rozświetlaniu partii twarzy podczas konturowania.


Konsystencja jest niezwykle kremowa oraz przyjazna w aplikacji. Poziom krycia jest naprawdę wysoki, jednak trzeba z nim uważać ponieważ po wyschnięciu zastyga. Nieumiejętnie nałożony podkreśli zmarszczki, może też lekko wysuszyć, dlatego stosuję go okazjonalnie, kiedy naprawdę mam coś do ukrycia. Wcześniejsze nawilżenie to podstawa. U mnie najlepiej sprawdza się duoaktywny krem pod oczy Pharmaceris. Sposób aplikacji też jest istotny - musi być szybko i dobrze rozprowadzony (wklepany). W tym celu zawsze używam wilgotnej gąbeczki, najczęściej Beauty Blendera. Za jej pośrednictwem jestem w stanie uzyskać maksymalne krycie, przy cienkiej warstwie produktu. Później jeszcze utrwalenie sypkim pudrem i gotowe. Z kryciem niedoskonałości idzie znacznie łatwiej, ponieważ wystarczy nałożyć równomiernie niewielką ilość i poczekać aż zastygnie.


Wypadałoby jeszcze porównać go do innych ulubionych korektorów, które opisywałam na blogu. Wiele osób stawia go na równi z Collection Lasting Perfection Concelaer. Według mnie propozycja NYX jest zdecydowanie lepsza. Collection posiada bardziej pudrową, treściwą konsystencję, przez co nie jestem w stanie używać go w ogóle pod oczy. Poza tym mimo jasnego odcienia potrafi trochę ciemnieć, czego nie mogę napisać o NYXie.
W kwestii rozświetlenia nie dorównuje L'Oreal Lumi Magique, który jest moim niekwestionowanym ulubieńcem pod oczy. Nie jest tak wymagający przy aplikacji, nie wysusza, ale większych cieni nie zakryje. Coś za coś ;) 
Korektor NYX HD sprawdził się lepiej niż niejeden kamuflaż (Alverde, Catrice), ale z większością korzyścią dla cery. Doskonale zakrywa przebarwienia i trzyma się cały dzień. Poza tym nie spowodował wysypu zaskórników oraz pryszczy. Kosztuje około 30 zł, co według mnie jest niską ceną przy takiej jakości. To naprawdę świetny produkt, dlatego szczerze polecam!

14.01.2015

Matowa śliwka // WIBO Chic Matte #5



Pomimo sporej kolekcji lakierów nie mogłam oprzeć się nowości marki Wibo. Samo opakowanie w swojej prostocie jest niezwykle urzekające. Nazwa Chic Matte przyciąga, a piękny śliwkowy odcień #5 jest idealny na jesienno-zimowy okres Zapłaciłam za niego około 6 zł w Rossmannie. Na uwagę zasługuje kolor oraz półmatowe wykończenie. Przypomina mi połysk skórzanej ramoneski, bardzo subtelny. Marka wypuściła również lakiery 'Leather', ale według mnie nie odzwierciedlają tego efektu. Wróćmy jednak do tematu ;)

Pędzelek jest dosyć wąski, co niekoniecznie mi odpowiada, bo przy mojej płytce wymaga ciągłego dobierania lakieru. Ze względu na jego wykończenie, na którym widać wszelkie niedociągnięcia, muszę malować z zegarmistrzowską precyzją. Wibo dosyć szybko wysycha, co z jednej strony jest zaletą, ponieważ nie muszę używać wysuszacza. Jednak ma to też negatywny wpływ, bo zanim skończę malować paznokcie u jednej dłoni, lakier na aplikatorze zastyga i zaczyna ścierać już istniejącą warstwę. W trakcie malowania muszę często zamykać i potrząsać buteleczką. Nie odważyłabym się malować nim dłuższych paznokci, szczególnie że wymaga dwóch warstw do jednolitego pokrycia płytki. 


Z racji pięknego wykończenia, nie nakładam żadnego top coatu. Zdałam się całkowicie na markę Wibo i miło zaskoczyła mnie trwałość emalii - nie odpryskuje, ale potrafi zetrzeć się na końcach. Z tego powodu 3 dni to maksymalny okres, jaki jest w stanie wytrzymać manicure w przyzwoitym stanie. 

Miałam pewne obawy co do jakości, które poniekąd się potwierdziły, ale ten kolor oraz wykończenie całkowicie wynagradzają mi pewne niedociągnięcia. W końcu kosztował 6 zł, więc trzeba cieszyć się tym co oferuje :)

12.01.2015

NOWOŚCI // DOUGLAS, LOOKFANTASTIC, SEPHORA


Ostatnio nie kupuję zbyt wielu kosmetyków, dlatego w tym poście pokażę zbiorczo nowości grudniowo-styczniowe. Nie ma tego dużo, o niektórych produktach już nawet wspominałam na blogu lub instagramie. Przede wszystkim skusiła mnie oferta perfumerii Douglas, ponieważ mieli -30% na produkty do makijażu ust oraz oczu i na lakiery do paznokci. Pierwszy poleciał do koszyka lakier Essie w odcieniu Big Spender, który oczarował mnie na blogu Rose and Vanilla. Wybrałam też cień MAC - 'Jest' o wykończeniu Frost. Pasuje idealnie do mojego ulubionego Satin Taupe.
Moje poprzednie zakupy na stronie Douglas obfitowały w kosmetyki marki Clarins. Na tyle przypadły mi do gustu, że tym razem skusiłam się jeszcze na pomadkę Rouge Prodige w odcieniu #111 Raspberry Sorbet. Jestem zachwycona jej nasyceniem koloru, konsystencją oraz trwałością.
Dotarła do mnie też paczuszka od Moniki z bloga Leśne Runo, w której znajdował się cień Metallic Long-Wear Cream Shadow Bobbi Brown w kolorze #16 Pink Oyster Wspominałam w poście z Wish List, że chcę kupić inny odcień, ale ten również ogromnie mi się podoba. Posiada sporo drobinek i lubię nim zaznaczać wypukłą część powieki oraz wewnętrzny kącik. Solo jeszcze go nie używałam, ale będzie dobrze komponować się z kolorystyką mojej ulubionej palety Urban Decay Naked 3.


Pozostałe kosmetyki to zakupy grudniowe. Skusiłam się na tonik z kwasem Alpha-H, o którym już zdążyłam wspomnieć w ulubieńcach. Zamówiłam go na stronie Lookfantastic ze znaczną zniżką. Zakupu nie żałuję, bo okazał się rewelacyjny. Na początku grudnia w Sephorze pojawiła się marka Urban Decay. Uczciłam to wydarzenie nową paletką Naked Basic 2. Wpadła mi w oko kiedy tylko zobaczyłam jej zapowiedź. Utrzymana jest w idealnej kolorystyce i doskonale komponuje się z moją tonacją skóry. Do makijażu dziennego używam wszystkich cieni, więc zakup uważam za bardzo udany.


Zestaw Thickening Bumble & Bumble był dostępny również w Sephorze, ale ja otrzymałam go jako prezent. W jego skład wchodzi spray zwiększający objętość oraz miniaturka szamponu i odżywki. Jak wiecie bardzo polubiłam suchy szampon Pret-a-powder, więc mam nadzieję, że z tych kosmetyków będę tak samo zadowolona. Innych zakupów w tym miesiącu już nie planuję i przechodzę w tryb oszczędzania ;)

09.01.2015

NAJLEPSZY SUCHY SZAMPON // Pret-a-powder BUMBLE & BUMBLE



Moje włosy już pod koniec dnia potrafią stracić mocno na świeżości, dlatego wszelkiego rodzaju suche szampony są dla mnie wybawieniem. Nastała jednak taka chwila, kiedy zaczęły mi szkodzić. Pojawiło się nadmierne wypadanie włosów i żadna próba zahamowania tego procesu nie pomagała. Pojawiło się też podrażnienie oraz swędzienie. Dopiero całkowite odstawienie suchych szamponów w sprayu pomogło uporać mi się z problemem. Wtedy natknęłam się na produkt marki Bumble & Bumble Prêt-à-powder, czyli suchy szampon w formie proszku. 

Ma tą cenną przewagę, że nie zawiera wysuszającego skórę głowy alkoholu oraz innych szkodliwych składników, mających destrukcyjny wpływ na włosy. Nie zawiera też talku, a cały skład jest dosyć naturalny, opierający się głównie na skrobi kukurydzianej, glince, skrobi z tapioki oraz mączce owsianej: 

Zea Mays (Corn) Starch • Montmorillonite • Tapioca Starch • Avena Sativa (Oat) Kernel Flour • Polysilicone-22 • Fragrance (Parfum) • Hexyl Cinnamal • Linalool • Citronellol • Limonene • Coumarin • Geraniol • Butyphenyl Methylpropional • Potassium Sorbate.

Początkowo musiałam przyzwyczaić się, a nawet nauczyć aplikacji. Puder posiada plastikowe opakowanie i mały otwór, więc trzeba je ścisnąć aby cokolwiek wyleciało. Nie potrafiłam do końca opanować dozowanej ilości, ale z czasem doszłam do wprawy. Nakładam go jak tradycyjną zasypkę, rozdzielam pasma włosów i oprószam u nasady jeśli potrzebuję je odświeżyć. Natomiast jeśli chce zwiększyć objętość  to aplikuję na dłonie i przeczesuję palcami. Nie wyczesuję Pret-a-powder, bo później nawet po zdjęciu nakrycia głowy jestem w stanie podnieść włosy u nasady. Pozostawia lekki mat, ale nie bieli, więc jest praktycznie niewidoczny. Pachnie subtelnie oraz przyjemnie, po jakimś czasie wręcz uzależnia ;)

Uwielbiam ten produkt i według mnie to najlepszy suchy szampon jaki miałam okazję używać. Sądzę że każda posiadaczka cienkich oraz przetłuszczających się włosów będzie z niego zadowolona. Nie tylko przedłuża świeżość fryzury, ale też stylizuje oraz nie ma tak szkodliwego wpływu na skórę głowy jak tradycyjne szampony w sprayu. Jedynym mankamentem jest cena, ponieważ oscyluje w granicach 130 zł (56g), jednak warto czekać na promocje, zwłaszcza na zagranicznych stronach. 

06.01.2015

ULUBIEŃCY ROKU 2014 - PIELĘGNACJA // PHENOME, ORGANIQUE, BUMBLE & BUMBLE, NUXE, JOHN MASTERS ORGANICS, PHARMACERIS, L'OREAL


W poprzednim poście pokazałam ulubione kosmetyki do makijażu, ten natomiast będzie dotyczył wyłącznie pielęgnacji. Dopiero po zrobieniu zdjęć zorientowałam się, że praktycznie nie ma wśród nich produktów drogeryjnych. Mam mieszaną cerę z dużą skłonnością do 'zapychania', dlatego staram się starannie dobierać wszelkie kosmetyki do pielęgnacji twarzy. Jednak jest jeden do którego wracam regularnie...

Powinnam tutaj jeszcze wspomnieć o płynie micelarnym Garnier /recenzja/ , którego używam zamiennie z L'Oreal. Są tak samo dobre i zagościły u mnie na stałe. Dobrze zmywają makijaż twarzy oraz oczu, rozpuszczając nawet wodoodporne kosmetyki. Okazały się bardzo dobre przy wstępnym demakijażu, a do tego są dostępne w każdym sklepie, więc najczęściej po nie sięgałam w minionym roku. Posiadają też całkiem prosty skład, który nie miał negatywnego wpływu na moją cerę i za to chyba lubię je najbardziej. 

To jeden z tych kosmetyków, który zrewolucjonizował moje oczyszczanie twarzy. Odstawiłam wszelkiego rodzaju antybakteryjne żele na rzecz czarnego mydła. Posiada delikatne właściwości eksfoliujące, natłuszczające i nawilżające. Dzięki niemu stan mojej cery się poprawił i nawet polubiłam jego specyficzny zapach. W dalszym ciągu stosuję je wyłącznie do mycia twarzy, ale na pewno spróbuję używać go także do ciała oraz włosów. Jak widzicie ma wiele zastosowań ;) 

PHENOME Purifying Hair Mask - Maska oczyszczająca do włosów
Kolejny doskonały kosmetyk! Niestety mam problem z nadmiernym przetłuszczaniem włosów, do tego są cienkie oraz przyklapnięte, więc często używam różnych środków do ich stylizowania. Maska Phenome pomaga mi usunąć ich pozostałości oraz oczyścić skórę głowy. Posiada drobinki peelingujące i jest wykonana na bazie glinki. Poza tym zawiera szereg innych naturalnych składników, które mają zbawienny wpływ na skórę oraz włosy. Szczerze polecam się z nią zapoznać!

BUMBLE & BUMBLE Pret-a-powder - Suchy szampon
Produkt wielofunkcyjny, który sprawdza się jako suchy szampon oraz jako kosmetyk do stylizowania włosów. Do tej pory stosowałam te w sprayu, ale miały negatywny wpływ na moje włosy, wręcz destrukcyjny. Pret-a-powder pomógł mi przedłużyć trwałość fryzury oraz unieść włosy u nasady, bez obaw o nadmierne wypadanie czy podrażnienie skóry głowy. Jest łagodny, pachnie przyjemnie i okazał się także wydajny, więc nawet wysoka cena stała się nieistotna. 


Niezwykle wydajny oraz skutecznie nawilżający krem pod oczy. Małe odkrycie, które zagości na stałe w mojej pielęgnacji. Świetnie sprawdza się stosowany zarówno pod makijaż, jak i na noc. W tym drugim przypadku zawsze nakładam go w dużej ilości. Bardzo dobrze się wchłania, nie roluje i nie ściąga delikatnej skóry, wręcz odwrotnie - koi, nawilża oraz uelastycznia. Nie wpłynął znacząco na moje zmarszczki mimiczne, ale przynajmniej dobrze je pielęgnuje ;)

Właśnie zużyłam drugie opakowanie i mam ochotę krzyczeć: Eureka! Nareszcie delikatne serum pod makijaż, które faktycznie działa. Wywiązuje się całkowicie z obietnic producenta, czyli reguluje produkcję sebum, ma dobroczynny wpływ na cerę i przy regularnym używaniu niweluje powstawanie pryszczy. Jest subtelne w działaniu, nie podrażnia, bo zawiera same naturalne składniki. Na efekty musiałam cierpliwie czekać, ale dzięki niemu moja skóra stała się jednolita i znacznie lepiej prezentuje się na niej makijaż. 

Nie lubię balsamów do ust w słoiczku i do tej pory byłam wierna wyłącznie Carmexom, ale kosmetyk marki Nuxe zmienił całkowicie moje podejście. Obecnie nie wyobrażam sobie pójścia spać bez nałożenia grubej warstwy tego balsamu. Doskonale regeneruje podrażnione oraz spierzchnięte wargi, czyli leczy oraz niweluje pieczenie. Nawet jeśli wydaje się Wam, że go nie potrzebujecie, to jesteście w błędzie ;) On działa lepiej! 

W ubiegłym roku starałam się świadomie wybierać kosmetyki pielęgnacyjne i jak widać w większości mi się to udało. Znalazłam grupę produktów, które bardzo pomogły mi uporać się z problemami. Na pewno będę do nich wracać, chociaż już jestem ciekawa co nowego odkryję w 2015! 

04.01.2015

ULUBIEŃCY ROKU 2014 - MAKIJAŻ // TARTE, THE BALM, NYX, RIMMEL, L'OREAL


Pożegnaliśmy już rok 2014, więc pora na małe kosmetyczne podsumowanie. Wybrałam 14 kosmetyków, które wywarły na mnie najlepsze wrażenie i poleciłabym je każdemu. W dzisiejszym poście przedstawię siedem ulubionych makijażowych produktów oraz jeden paznokciowy, natomiast w następnej części pojawi się pielęgnacja. Większość na pewno dobrze kojarzycie, ponieważ wychwalałam je w ulubieńcach miesiąca. Nie przedłużając...

TARTE  Amazonian clay full coverage airbrush foundation
To podkład mineralny z dużym poziomem krycia, który okazał się dla mnie ideałem. Pięknie wyrównuje koloryt, bez pudrowego wykończenia. Trzyma się do końca dnia, nie podkreśla porów oraz suchych skórek. Jest niekomadogenny, więc dzięki niemu uporałam się z niedoskonałościami. Odkąd go kupiłam nie używam już fluidów, z powodzeniem zastępuje także puder. Marka nie jest u nas dostępna, ale w tym przypadku warto uruchomić wszelkie kontakty ;) 

Baza pod cienie to w przypadku moich powiek konieczność. Miałam ich wiele i The Balm dołączyła jako kolejna do grona ulubionych. Odpowiada mi lekka konsystencja, neutralny kolor oraz wygodne opakowanie. Oczywiście całkowicie spełnia się w swojej roli, czyli przedłuża trwałość cieni. Cenowo też wypada korzystnie, dlatego obecnie jest numerem jeden. 

Tusz do rzęs zwiększający objętość oraz świetnie podkręcający rzęsy. Posiada niewielką silikonową szczoteczkę, która bez problemu dociera nawet do tych najkrótszych i cienkich. Lekka konsystencja nie obciąża oraz równomiernie pokrywa włoski, na dodatek pachnie czekoladą. Poza tym ma szereg innych zalet i szczerze mówiąc nie dostrzegam w tym produkcie żadnych wad.

Produkt, który zrewolucjonizował moją pielęgnację skórek. Dopóki go nie odkryłam męczyłam się z pilnikiem oraz cążkami. Teraz wystarczy nałożyć na niecałą minutę i wszystko bezboleśnie schodzi przy pomocy szpatułki. Używam go regularnie raz w tygodniu, dzięki czemu nie mam już większych problemów ze skórkami.


Pomadki Lip Cream - NYX Soft Matte Lip Cream /recenzja/ oraz MANHATTAN Soft Mat Lipcream /recenzja/
Postanowiłam pokazać obie pomadki w kremie, ponieważ jakościowo są identyczne. Ubóstwiam je za trwałość, która jest o niebo lepsza od tradycyjnych. Podoba mi się ich matowe wykończenie oraz jednolite krycie. Wymagają lepszej pielęgnacji ust, ponieważ potrafią podkreślić niedoskonałości, ale są tego warte. Pięknie się prezentują i nie znikają po pięciu minutach. 

Metaliczny cień w kremie o neutralnym brązowym kolorze i metalicznym wykończeniu. W moim przypadku wymaga użycia bazy, ale jest to kolorowy kosmetyk po który najczęściej sięgałam w ubiegłym roku. Idealny do szybkiego makijażu, bezproblemowy w aplikacji, a do tego daje piękny efekt na powiece, dzięki czemu nie widać że malowałam się na szybko ;) 

Według mnie jest to korektor wielofunkcyjny, ponieważ dobrze sprawdza się do krycia niedoskonałości oraz kamuflowania cieni pod oczami. W tym drugim przypadku wymaga odpowiedniej aplikacji, ponieważ potrafi podkreślić zmarszczki. Jednak kiedy już zastygnie trzyma się do końca dnia. Posiada dosyć lekką konsystencję, więc nie widać go na twarzy, za to kryje jak kamuflaż. Prawdziwy z niego wybawiciel ;)

Kolejni ulubieńcy pojawią się we wtorek, natomiast brakujące recenzje (korektor NYX oraz podkład Tarte) na pewno zamieszczę w styczniu. Już teraz Was zapraszam i koniecznie dajcie znać czy mieliście któryś kosmetyk i co o nim sądzicie? 

02.01.2015

Antyperspirant Neutral // Zamiennik Vichy


Przez długi okres moim ulubionym antyperspirantem była 'zielona kulka' Vichy. Dawała mi całkowite poczucie komfortu, dlatego używałam jej regularnie i nie próbowałam nawet szukać zamiennika. Dopiero kilka innych pozytywnych opinii skłoniło mnie do spróbowania tożsamego produktu firmy Neutral. Kupiłam go we wrześniu w Rossmannie za około 12 zł /klik/ i od razu zaczęłam używać. Już się pewnie domyślacie, że pierwszą jego zaletą jest wydajność. Od tamtej pory używam go codziennie i w dalszym ciągu mam jeszcze spory zapas. 

Pojemność ma tradycyjną, czyli 50 ml. Opakowanie też nie wyróżnia się niczym nowym, Jednak mam małe zastrzeżenia do kulki, która potrafi się zacinać. Nie jest to duża niedogodność, szczególnie kiedy przypominam sobie, że produkt jest kilka razy tańszy od mojego dotychczasowego faworyta ;) Poza tym okazał się tak samo skuteczny, więc nawet nie mam zamiaru na niego narzekać. Zapewnia mi pełną ochronę, nawet przy większym wysiłku fizycznym. Nie ogranicza pocenia tak jak bloker, ale niweluje całkowicie zapach. Dlatego nawet jeśli pojawi się mokra plama, to mam pewność żę nie będzie jej czuć. 

Muszę też zwrócić uwagę na prosty, niewysuszający skład. Tak naprawdę zawiera tylko cztery składniki, czyli: wodę, hydrat chlorku aluminium, glicerynę, hydroksyetylocelulozę. Nie posiada natomiast parabenów, alkoholu, barwników oraz substancji zapachowych, więc nie podrażnia i nie kłóci się z perfumami. Oczywiście można dyskutować na temat wpływu antyperspirantów na zdrowie, ale nie znalazłam jeszcze naturalnego kosmetyku, który zapewniłby mi podobną ochronę. Wszelkie wskazówki są mile widziane.

Produkt marki Neutral ma postać przezroczystego żelu, który nie brudzi ciemnych ubrań. Potrzebuje trochę czasu do wchłonięcia, ale jest on znacznie krótszy niż w przypadku Vichy. Nie wywołał u mnie swędzenia czy pieczenia, nawet po depilacji. Jest na tyle łagodny, że sprawdzi się u osób z wrażliwą oraz skłonną do alergii skórą.

Jak wiadomo działanie tego typu kosmetyków jest kwestią indywidualną. Nie gwarantuję, że u każdego sprawdzi się tak dobrze, ale chyba warto dać mu szansę. Dla mnie największą zaletą jest brak zapachu, który w większości kosmetyków mnie po prostu drażni. Do tego niska cena oraz dobra dostępność powodują, że nie mam ochoty już kupować Vichy. 

Jakie są Wasze sprawdzone antyperspiranty?

01.01.2015

WISH LIST vol. 2 // REAL TECHNIQUES, BOBBI BROWN, NARS, HOURGLASS


Nowy Rok to dobra okazja do planowania! A nie ma nic przyjemniejszego niż lista zakupów, koniecznie kosmetyczna. W ubiegłym roku również taka się pojawiła /klik/, ale nie udało mi się jej do końca zrealizować. Nie kupiłam różu Hourglass, ponieważ nie mogłam zdecydować się na kolor i słyszałam o nich różne opinie. Natomiast lakier Zoya, który upatrzyłam sobie w kolorze Carter okazał się praktycznie nie do zdobycia. Mam nadzieję że tym razem będzie inaczej, ponieważ większość z tych kosmetyków mam na uwadze od dawna. No może z małym wyjątkiem, czyli...

Pędzle REAL TECHNIQUES Bold Metal Collection
Najnowsza kolekcja pędzli sygnowanych przez siostry Pixiwoo po prostu zachwyca. Oniemiałam na widok metalicznych rączek w odcieniu złota, srebra i rose gold. Pojawiło się siedem egzemplarzy, z czego planuję kupić pięć. Wstępne recenzje, które zaczęły pojawiać się w sieci brzmią niezwykle obiecująco. Na razie ciężko je zdobyć i nie wiadomo czy pojawią się w Polsce, dlatego prawdopodobnie zamówię je na zagranicznej stronie. 

NARS Smudge Proof Eyeshadow Base oraz Radiant Creme Concealer
Baza pod cienie i korektor to dwa topowe kosmetyki marki Nars. Nasłuchałam się już tyle dobrego na ich temat, że już nikt więcej nie musi mnie przekonywać do zakupu. Chcę w końcu spróbować i przekonać się osobiście o wspaniałym działaniu. Jeszcze nie wiem jaki odcień korektora wybiorę, ale wstępnie rozważam  Vanilla. 

HOURGLASS Ambient Lightning Powder
Jak wspomniałam na początku w planach był róż, ale chyba jako pierwszy produkt z tej firmy wolę przetestować puder. Prawdopodobnie będzie to Ethereal Light, ponieważ jest najjaśniejszy i utrzymany w chłodnej tonacji. Ponoć matuje, a przy tym daje delikatne rozświetlenie. Niektórzy porównują go do meteorytów Guerlain z których jestem zadowolona i stąd moje całe zainteresowanie pudrem. 

BOBBI BROWN Metallic Long-Wear Cream Shadow  
Lubię kremowe cienie, ale nie wytrzymują długo na moich powiekach. Zazwyczaj muszę się jeszcze posiłkować bazą. W tym przypadku ma być zupełnie inaczej, ponieważ główną zaletą cieni Bobbi Brown jest trwałość. Do tego dochodzi piękne metaliczne wykończenie i już czuję się skuszona. Upatrzyłam sobie odcień Black Pearl i żałuję, że nie udało mi się go kupić podczas ostatniej promocji w Douglasie (-30%). Może uda się w przyszłości :) 

Dajcie znać czy mieliście któryś z tych kosmetyków i co o nim sądzicie. Chętnie poznam też Wasze kosmetyczne chciejstwa! 

.

JAKO AUTORKA BLOGA NIE WYRAŻAM ZGODY NA KOPIOWANIE, POWIELANIE LUB JAKIEKOLWIEK INNE WYKORZYSTYWANIE W CAŁOŚCI LUB WE FRAGMENTACH TEKSTÓW I ZDJĘĆ Z SERWISU INTERNETOWEGO www.iwetto.com BEZ MOJEJ WIEDZY I ZGODY (PODSTAWA PRAWNA: DZ. U. 94 NR 24 POZ. 83, SPROST.: DZ. U. 94 NR 43 POZ. 170).