31.03.2015

Krem na noc // NUXE Nuxellence Detox


Markę Nuxe poznałam dzięki rewelacyjnemu balsamowi do ust Reve de Miel /recenzja/. Używam go każdego dnia przed pójściem spać i działa znakomicie. Miło wspominam również olejek do ciała Huile Prodigieuse /recenzja/. Natomiast z kremem do twarzy mam styczność po raz pierwszy. Nuxellence Detox jest nowym kosmetykiem w ofercie marki. Dedykowany jest dla każdego rodzaju skóry, niezależnie od wieku. Zapewnia kompleksową, nocną pielęgnację skóry wymagającej wygładzenia, regeneracji oraz natychmiastowego, dogłębnego odżywienia.


Posiada lekką konsystencję o bardzo dobrej wchłanialności oraz przyjemnym zapachu - dosyć oryginalnym, nie męczącym, ale długo utrzymującym się na skórze. Krem można stosować w roli serum  lub tradycyjnie. W obu przypadkach sprawdza się dobrze, ale obecnie używam Vichy Idealia Life Serum, dlatego Nuxellence Detox stał się ostatnim etapem w mojej pielęgnacji twarzy przed zaśnięciem. Do jednorazowej aplikacji potrzebuję dwóch 'pompek', aby pokryć całą twarz oraz szyję. Pomimo nakładania podwójnej dawki, krem okazał się wydajny. Niestety nie widać ile jeszcze produktu zostało w opakowaniu, jednak stosuję go ponad dwa miesiące. Sądzę że te 50 ml spokojnie wystarczy na kwartał, co według mnie jest dobrym wynikiem . Muszę jeszcze wspomnieć o nietypowym dozowniku. W pierwotnej formie jest schowany i należy przekręcić górną część, żeby wysunęła się pompka z dziubkiem. Pomysłowe i bardzo praktyczne w podróży.

Nuxellence Detox okazał się świetnym uzupełnieniem toniku z kwasem glikolowym Alpha-H Liquid Gold, któremu przypisuję największe zalety. Natomiast  po dołączeniu kremu do mojej pielęgnacji zauważyłam znaczną poprawę nawilżenia skóry. Nie mam co prawda zmarszczek, które mógłby wygładzić, ale cera stała się jędrna oraz bardziej elastyczna, jej powierzchnia się wyrównała. Poza tym przywrócił naturalny blask oraz jednolity koloryt i nie wywołał żadnej negatywnej reakcji w postaci zaskórników lub przeciążenia strefy T. Dzięki połączeniu właściwości obu kosmetyków zauważyłam same pozytywne zmiany.

Działanie kremu Nuxe Nuxellence Detox okazało się dla mojej cery bardzo korzystne. Niestety zniechęca cena bo kosztuje 189 zł. Mimo wszystko mam ochotę kupić go ponownie, tylko tym razem w komplecie z wersją na dzień. 

25.03.2015

Fenomenalna maseczka // PHENOME Purifying White Clay Mask


Po nieudanej przygodzie z peelingiem enzymatycznym /recenzja/ miałam odpuścić sobie pozostałe kosmetyki do pielęgnacji twarzy firmy Phenome. Biłam się trochę z myślami i postanowiłam dać jeszcze szansę maseczce do twarzy. Wykonana jest na bazie glinki, która nigdy mi nie zaszkodziła, więc mogła się okazać co najwyżej przeciętna. Na szczęście stało się zupełnie inaczej i od razu napiszę, że już dawno nie używałam maseczki do twarzy, która zrobiłaby na mnie takie wrażenie!


Phenome Puryifying White Clay Mask dedykowana jest cerom tłustym oraz mieszanym. Główne zadanie to niwelowanie zanieczyszczeń, toksyn i usuwanie nadmiaru sebum. Powinna też zapobiegać przetłuszczaniu oraz powstawaniu zaskórników, jak również ściągać rozszerzone pory, a do tego wygładzać i regenerować skórę. Skład jest praktycznie w całości naturalny, a zaraz na pierwszym miejscu znajduje się glinka kaolinowa. Poza tym zawiera hydrolaty: cytrynowy, migdałowy oraz z zielonej herbaty, do tego dobroczynne olejki: migdałowy, arganowy, winogonowy, masło shorea i kilka innych pomocniczych ekstraktów oraz wyciągów z roślin. Termin ważności wynosi sześć miesięcy od otwarcia.

Producent zaleca stosować ją dwa - trzy razy w tygodniu po uprzednim oczyszczeniu skóry. Najpierw należy delikatnie wmasować maseczkę, później pozostawić ją na 5-10 minut i zmyć wodą. Pomimo gęstej konsystencji łatwo rozprowadza się przy użyciu pędzla. Pachnie neutralnie, trochę przypomina mi zapach kredy. Po nałożeniu wysycha i nie wymaga regularnego zraszania. Zmywa się bez problemu ciepłą wodą. W porównaniu do naturalnych glinek jest znacznie przyjemniejsza oraz łatwiejsza w częstym używaniu, co dla mnie jest dużą zaletą.


Działanie jest fenomenalne! Jak wspomniałam na wstępie jeszcze nie miałam maseczki, która zachwyciłaby mnie już po jednym użyciu. Dla przykładu zanim ją kupiłam używałam The Body Shop Tea Tree Oil Face Mask /recenzja/. Była naprawdę dobra, ale swoje właściwości pokazała po jakimś czasie. Natomiast maseczka Phenome momentalnie robi porządek z moją cerą, a po kilku użyciach znacznie poprawia ogólny wygląd. Nadaje jedwabistą gładkość, wyrównuje koloryt oraz pomaga utrzymać mat w strefie T. Ściąga, ale nie wysusza, nawet kiedy nakładam ją na suche partie twarzy. Jednak największą zaletą maseczki jest oczyszczanie!

Stopniowo usuwa zaskórniki, sukcesywnie zmniejszając ich widoczność. Z wypryskami rozprawia się natychmiastowo. Kiedy widzę że co się buduje nakładam maseczkę punktowo i zostawiam na dłużej. Ostatnio miałam taką sytuację w niedzielę i na dodatek pryszcz umiejscowił się centralnie na nosie. Zareagowałam od razu i w poniedziałek nie było już po nim śladu. Tak samo dobrze radzi sobie z istniejącymi wypryskami, ale trwa to trochę dłużej. Maseczka Phenome niezastąpiona okazała się przed okresem, kiedy moja cera staje się naprawdę wymagająca. Wtedy stosuję ją trzy lub cztery dni z rzędu, dzięki czemu nie dochodzi do znacznego pogorszenia (wysypu).


Nie do końca odpowiada mi opakowanie, czyli szklany słoiczek z metalową zakrętką, ale jest to naprawdę najmniejszy problem w porównaniu do znakomitej zawartości. Poza tym jest niezwykle wydajna, mimo że nakładam ją dodatkowo na dekolt. Maseczka nie należy do najtańszych, za 125 ml trzeba zapłacić 125 zł. Zapłaciłam za nią znacznie mniej, dzięki 40% rabatowi, więc warto czekać na dobrą okazję. Szczerze polecam Puryifying White Clay Mask osobom z cerą trądzikową, przetłuszczającą się lub mieszaną. Naprawdę warto spróbować. Jeśli jej używaliście, to czekam na Wasze opinie!

Stosujecie gotowe maseczki czy wolicie naturalną glinkę?

23.03.2015

Bazy pod makijaż // BENEFIT Cosmetics That Gal & POREfessional


Byłam bardzo ciekawa działania bazy pod makijaż marki Benefit, dlatego zdecydowałam się na zamówienie miniaturek. W ofercie dostępnych jest aż pięć rodzajów, ale wybrałam tylko dwie, które wydały mi się najbardziej odpowiednie do moich potrzeb. Obie tubki zawierają po 7,5 ml i na stronie Sephory jedna kosztuje 45 zł. Moje były dołączone do brytyjskiego magazynu jako gratis, więc udało mi się kupić znacznie taniej. Całkiem niedawno na stronie Sephory można było otrzymać do zakupów miniaturki Benefit po wpisaniu kodu benefit123, ale chyba nie jest już aktualny.


BENEFIT Porefessional - ma postać beżowej oraz dosyć treściwej maści. Dzięki uniwersalnemu kolorowi baza może być stosowana zamiast podkładu albo bezpośrednio na makijaż. Nie daje jednak krycia i w dosyć minimalnym stopniu ujednolica koloryt. Za to doskonale wygładza cerę, przykrywając rozszerzone pory oraz mniejsze zmarszczki mimiczne. Sprawdzi się przy każdym rodzaju karnacji, niezależnie od tonacji, ponieważ odcień bazy jest neutralny i po rozsmarowaniu ładnie stapia się z cerą. Pomimo gęstej konsystencji dobrze rozprowadza się na skórze, ale dla lepszych efektów najlepiej ją wklepać. Zazwyczaj używam jej podczas większych okazji, kiedy chcę mieć pewność że makijaż będzie dobrze się trzymał. Bazę nakładam najczęściej w strefie T oraz wokół nosa, gdzie pory są najbardziej widoczne. Niestety nie pomaga utrzymać matu na twarzy na czym najbardziej mi zależało. W moim przypadku działa połowicznie, dlatego zużyję tubkę i raczej już do niej nie wrócę. Muszę jeszcze wspomnieć, że jak na miniaturkę jest ogromnie wydajna. Co prawda używam jej w małej ilości i rzadko, jednak sądzę że spokojnie wystarczy na miesiąc lub nawet dłużej przy codziennym stosowaniu.  

BENEFIT That Gal - posiada różowy kolor i ma konsystencję lekkiej emulsji. Ma za zadanie wygładzić i rozświetlić poszarzałą cerę. Można ją mieszać z innym kosmetykami jak np krem do twarzy lub podkład. Nie należy się przejmować kolorem, ponieważ na skórze jest niewidoczny. Nie opalizuje i nie zawiera drobinek, a sam efekt rozświetlenia zawdzięcza mokremu wykończeniu ('dewy'), jakbyśmy dopiero co nałożyli krem nawilżający. Przy mojej cerze mieszanej sprawdza się tylko na suchych partiach twarzy, czyli na policzkach. Generalnie czuję się trochę rozczarowana jej właściwościami, ponieważ znacznie gorzej sprawdza się jako baza. Lubię jej używać kiedy chcę zakryć lekkie przesuszenia, ale nie wygładza tak dobrze jak Porefessional. That Gal zdecydowanie lepiej działa, kiedy wymiesza się ją z innym kosmetykiem, np podkładem, dzięki czemu znacznie przedłuża trwałość (szczególnie tych wybitnie ścierających się).  



Baza pod makijaż to nie jest mój makijażowy niezbędnik i tak naprawdę skusiłam się na propozycję marki Benefit z ciekawości. Poza tym nie mogę ich używać regularnie, bo wtedy momentalnie pogarsza się stan mojej cery. Niestety obie wersje są nafaszerowane silikonami, więc wysyp zaskórników mam gwarantowany. Lubię ich używać, jednak nie są to produkty które kupiłabym w pełnowymiarowym opakowaniu. 

Używacie bazy pod makijaż? Jaka najlepiej się sprawdziła? 

19.03.2015

EMPTY // ALTERRA, LIRENE, BUMBLE & BUMBLE, ISANA, YVES ROCHER


Przyszła pora na kolejną garść zużytych kosmetyków. Byłoby tego znacznie więcej, ale przez przypadek kosmetyki poleciały do kosza zanim zrobiłam zdjęcia. Przynajmniej będzie mniej do opisywania i czytania ;)  Większość kosmetyków doczekało się już własnej recenzji, dlatego w tym poście będzie krótko i na temat! 


Bardzo fajny produkt do pielęgnacji ciała w postaci treściwego balsamu. Dobrze się rozprowadzał oraz wchłaniał, pozostawiają na skórze zabezpieczającą warstwę. Z tego powodu używałam go wyłącznie na noc, ale dzięki niemu rano czułam się niezwykle komfortowo. Działanie było bardzo dobre - zmiękczał, regenerował, koił oraz nawilżał, a przy tym przyjemnie i subtelnie pachniał. Z żalem się rozstaję... 

Emulsję najczęściej stosowałam podczas porannej pielęgnacji. Świetnie oczyszczała twarz oraz pozostałości kosmetyków nakładanych przed snem. Pewnie kupiłabym ją ponownie, gdyby nie zaczęła mnie podrażniać. Wiedziałam, że ma wysoko w składzie alkohol, ale zaczął pokazywać swoją moc dopiero pod koniec używania. Na razie zrobię sobie przerwę, ale w przyszłości pewnie jeszcze wrócę do tej emulsji.

ISANA Żel pod prysznic Winterdusche Pinguin
Wersja z pingwinkiem jest zimową edycją limitowaną. Przypuszczam, że nie jest już dostępna. Nawet jeśli trafię w Rossmannie, to nie kupię ponownie. Ogólnie lubię żele tej marki, ponieważ dobrze myją, przyjemnie pachną, nie wysuszają mojej skóry i kosztują około 3 zł. W tym przypadku rozczarował mnie zapach. Był przyjemny - waniliowy, ale po LE spodziewałam się naprawdę czegoś oszałamiającego, za czym będę tęsknić (do dzisiaj miło wspominam wersję arbuzową). Niestety oprócz uroczego opakowania nie wyróżnił się niczym szczególnym w porównaniu do stałej kolekcji.



Okazał się doskonałym zamiennikiem mojej ulubionej kulki Vichy. Znacznie tańszy, dostępny bezpośrednio w Rossmannie oraz bezzapachowy. Zapewnia mi skuteczną ochronę, a przy tym zawiera dosłownie kilka składników. Kolejne opakowanie już jest w użyciu :)

YVES ROCHER Expert Fermete Lifting Buste Mleczko ujędrniająco - napinające do biustu
Dostałam ten kosmetyk jako gratis do zakupów i podczas pisania tego posta sprawdziłam z ciekawości ile kosztuje. Musiałam przetrzeć oczy, bo nie uwierzyłam - 89 zł za opakowanie o pojemności 100 ml. Wow! Naprawdę wygórowana, szczególnie że mleczko było dosyć przeciętne i miało dziwny zapach. Na pewno nie kupię, ale jedno muszę przyznać - kosmetyk okazał się niezwykle wydajny jak na tak małą pojemność. 

Moje włosy cierpią po rozstaniu z tym duetem i chcę do niego jak najszybciej wrócić. Oba kosmetyki pachniały tak samo, konsystencję miały tradycyjną, ale działanie naprawdę dobre. Szampon dobrze oczyszczał skórę głowy, a odżywka dodawała włosom objętości. Stały się wzmocnione, bujne oraz dobrze odżywione. Chyba znalazłam swój duet idealny do codziennego stosowania, więc w przyszłości skuszę się na pełnowymiarowe opakowania. 


AA Sensitive Nature SPA Multiwitaminowe masło do ciała - borówka
Miałam napisać oddzielną recenzję, ale szczerze mówiąc kosmetyk nie zasłużył na takie wyróżnienie. Pachniał subtelnie i długotrwale moją ulubioną borówką. Działanie okazało się dosyć dobre, ale nie polubiłam masła za wchłanianie. Producent nawet uprzedził na opakowaniu, że wymaga długiego wcierania w skórę. Nie spodziewałam się że będzie aż tak wymagające. Powrotu nie planuję, ponieważ nie należę do cierpliwych osób i na dodatek jest drogie - kosztuje około 50 zł.

Ostatnio peelingi tej marki stały się moimi ulubionymi i na stałe zagościły w mojej pielęgnacji. Kosztują około 10 zł, dostępne są w trzech wariantach zapachowych, natłuszczają oraz skutecznie usuwają martwy naskórek. W sumie nie dostrzegam w nich żadnych wad, może oprócz opakowania, które co prawda jest przyjemne dla oka, ale ma dosyć niewygodne zamknięcie i z czasem przestaje wyglądać estetycznie (co widać na zdjęciu). 

Niezaprzeczalny faworyt i chyba jedyny kosmetyk tej marki do którego regularnie wracam. Mimo że zawiera naturalne oleje, zawsze stosuję maskę po wcześniejszym olejowaniu włosów. Dzięki temu stają się jeszcze lepiej zregenerowane oraz nawilżone, ale nie obciążone, co ma ogromne znaczenie przy moich cienkich włosach. Przy najbliższej okazji trafi do zakupowego koszyka. 


Na koniec - zapachy! Raczej nie szukam niczego nowego, ale ostatnio znowu namnożyło mi się sporo miniaturek, dlatego staram się zużywać je systematycznie. Zadziwiające jak bardzo wydajne są te małe fiolki. Nie skłamię jeśli napiszę, że jedna spokojnie wystarczała mi na tydzień używania. Najbardziej spodobał mi się Tommy Girl Brights, ponieważ lubię takie owocowo - kwiatowe zapachy. Down Town Calvina Kleina też był całkiem niezły, ale wydawało mi się że na mojej skórze nie utrzymuje się zbyt długo. Natomiast Moderm Muse Chic od Estee Lauder, to zdecydowanie nie jest moja bajka. W sumie to czułam się jakbym pachniała szamponem pokrzywowym ;) Cieszę się że miałam okazję ich spróbować, ale żaden nie przekonał mnie do zakupu całego flakoniku. 

Używaliście któregoś z tych kosmetyków? Co o nim sądzicie?

16.03.2015

ekoAmpułka 4 - serum dla cery trądzikowej // PAT & RUB



Ostatnio kondycja mojej cery znacznie się poprawiła, na tyle że dzisiaj rano mogłam użyć wyłącznie korektora. Pozostały nieliczne przebarwienia, cera przestała się przetłuszczać w strefie T i jest dobrze nawilżona w suchych partiach. Zaczęłam się zastanawiać co jest tego przyczyną. Na pewno duże znaczenie miało odstawienie kremu Vichy Idealia /recenzja/, który powodował u mnie powstawanie zaskórników. Natomiast rewelacyjnie działającymi kosmetykami na pewno są tonik Aplha-H Liquid Gold z kwasem glikolowym w duecie z kremem Nuxe Nuxellence Detox. A jak w tym wszystkim odnajduje się EkoAmpułka 4 dla cery trądzikowej marki Pat & Rub? 


Wybrałam to serum w zastępstwie mojego stałego ulubieńca, czyli serum regulującego z John Masters Organics /recenzja/. Przede wszystkim jest łatwiej dostępne, bo bezpośrednio można je kupić w Sephorze lub zamówić ze strony producenta. Najbardziej opłaca się robić zakupy na stronie ze względu na częste akcje promocyjne. Regularna cena wynosi 135 zł. Pozwolę sobie przytoczyć oryginalny opis produktu:

'Serum działa na skórę trądzikową seboregulująco, przeciwbakteryjnie i łagodząco. Wspomaga regenerację tkanek, działa antyoksydacyjnie i promieniochronnie. Może być stosowane pod krem na dzień i na noc.  Zawiera antyoksydanty, kwasy omega 3 i 6, bioflawonoidy, polisacharydy, alginiany, substancje bakteriostatyczne i seboregulujące.'
EkoAmpułkę można używać również jako maski, ale ja poprzestałam na stosowaniu jej wyłącznie rano pod makijaż ze względu właściwości seboregulujące. Opakowanie jest klasyczne, szklane z poręczną pipetką. Nie mam do niego większych zastrzeżeń oprócz tego, że pod koniec trochę ciężko wydobywa się kosmetyk z samego dna. Serum ma postać żelu o żółtym zabarwieniu oraz intensywnym zapachu. Nie będę ukrywać, że mam do niego największe zastrzeżenia. Przypomina mi rosołową kostkę grzybową, a niektórzy porównują go do popularnej przyprawy maggi. Uprzykrza mi poranną pielęgnację, ale na szczęście dosyć szybko się ulatnia. Zazwyczaj dozuję cztery kropelki, po jednej na oba policzki, czoło oraz brodę. Bardzo dobrze się rozprowadza i dosyć szybko wchłania. Trochę się lepi podczas wklepywania, ale po całkowitym wyschnięciu nie pozostawia żadnego filmu. Można serum stosować solo, jednak zawsze używałam w duecie z kremem (obecnie Pat & Rub AOX).  



Nie mam cery trądzikowej, jedynie mieszaną z tendencją do zaskórników oraz pojedynczych wyprysków. Jak już wspomniałam wygląd mojej skóry znacznie się poprawił i jestem pewna, że w jakiejś mierze EkoAmpułka również się do tego przyczyniła. Odkąd włączyłam ją do pielęgnacji nie miałam problemu z przetłuszczaniem cery. Nie pomogła mi jednak w walce z pryszczami, tak dobrze jak serum JMO. Cera faktycznie się ujednoliciła, stopniowo zniknęły przebarwienia, ale nie mogę tego przypisać temu konkretnemu produktowi. W moim odczuciu serum dobrze współpracuje z innymi kosmetykami, ale samo w sobie nie jest w stanie spełnić obietnic producenta. Podoba mi się, że zawiera składniki z certyfikatem naturalności i nie zauważyłam żadnej niepożądanej reakcji.  


Podsumowując spodziewałam się czegoś znacznie lepszego, produktu który faktycznie zaskoczy mnie swoim działaniem i będę mogła napisać: 'wow! to jest to!. EkoAmpułka wspomaga moją pielęgnację, ale za taką cenę liczyłam na trochę więcej. Na uwadze mam również sam zapach kosmetyku, który nie należy do najprzyjemniejszych, a jego wydajność przedłuża moje cierpienie ;) W każdym razie spróbowałam, wyrobiłam sobie opinię i wracam do serum regulującego John Masters Organics. 

14.03.2015

Cienie do powiek MAYBELLINE Color Tattoo 24Hr // On and One Bronze #35, Permanent Taupe #40, Infinite White #45



Chyba każda pasjonatka makijażu ma swoim zbiorku chociaż jeden cień Maybelline Color Tattoo. Stały się niezwykle popularne i sama pod wpływem pozytywnych opinii skusiłam się na kilka egzemplarzy. Pamiętam że pierwszym odcieniem był #35 On and One Bronze. Kupiłam go podczas promocji w Rossmannie i zapłaciłam 14 zł. Regularna cena oscyluje w granicach 25 zł, więc naprawdę się opłacało. Później dołączył jeszcze #40 Permanent Taupe oraz #45 Infinite White.


Egzemplarze które posiadam są zróżnicowanej jakości, każdy inaczej rozprowadza się na powiekach. Wszystkie jednak mają taką samą kremową konsystencję, dzięki której aplikacja jest szybka oraz prosta. Z czasem stały się trochę bardziej zbite, ale w dalszym ciągu łatwo się nabierają. Najczęściej nakładam cienie po prostu palcami, ponieważ ich ciepło pozwala mi na równomierne roztarcie cienkiej warstwy. Pigmentacja jest na tyle dobra, że wystarczy dosłownie niewielka ilość, co wpływa także na ich ogromną wydajność. Później tylko nanoszę poprawki pędzlem, czyli rozcieram granice i makijaż jest praktycznie gotowy. Rano są po prostu niezastąpione.

Według producenta posiadają 24-o godzinną trwałość, ale nie w moim przypadku ;) Niestety tylko na bazie The Balm 'Put a lid ony it' /recenzja/ trzymają się nienagannie do wieczornego demakijażu. Wymagają jeszcze utrwalenia cieniem, ale dzięki tym dodatkowym zabiegom w ogóle się nie rolują, nie ścierają i nie blakną w ciągu dnia. 


#35 On and One Brozne - złoto-brązowy kolor, idealny do codziennego makijażu, świetnie komponuje się z cieniem Inglot 402 /recenzja/. Gładko rozprowadza się na powiece, a stopień nasycenia koloru można z łatwością budować. Posiada metaliczne wykończenie. Jest na tyle efektowny że zawsze noszę go solo, bez dodatkowego cieniowania. Najbardziej uniwersalny odcień z całej oferty oraz najlepszy jakościowo, więc zdecydowanie polecam jeśli jeszcze nie macie.

#40 Permanent Taupe - przepiękny matowy odcień taupe, czyli połączenie szarości, brązu oraz fioletu. Polecany jest do podkreślania brwi, ale w moim przypadku jest odrobinę za jasny i przy mojej karnacji uwydatnia się jego fioletowy odcień. Spełnia się natomiast w roli bazy i najczęściej używam go w połączeniu z cieniem KIKO #228 /recenzja/, MAC Satin Taupe /recenzja/ lub Inglot 358, 420 i 434 /recenzja/. Z czasem zrobił się dosyć tępy w nakładaniu, ale wybaczam mu te małe niedogodności ze względu na oryginalny kolor.

#45 Infinite White - spośród mojego niewielkiego zbiorku okazał się najsłabszy. Pigmentacja jest średnia, a przy tym aplikuje się nierównomiernie tworząc prześwity. Najlepszym sposobem na uzyskanie jednolitego białego koloru jest nakładanie bardzo cienkich warstw. Jednak dla mnie jego wada stała się zaletą, ponieważ lubię stosować go pod cienie o satynowym wykończeniu, aby dodać im trochę rozświetlania. Nakładam wtedy bardzo cienką warstwę, aby widoczny był tylko perłowy, mieniący efekty. Można go również zastosować pod łuk brwiowy lub w wewnętrznym kąciku oka, ale ze względu na zimny odcień nie będzie dobrze komponował się z każdym makijażem.


W Polsce dostępnych jest około 8  odcieni i niestety nie trafiają do nas edycje limitowane. Szkoda, ponieważ Maybelline wypuściło kilka naprawdę intrygujących kolorów. Niektóre można trafić na Ebay lub na Allegro. Raczej nie będę ich specjalnie zamawiać, ponieważ Color Tatto nie okazały się rewelacyjne, ale na pewno są godne uwagi  ze względu na oryginalne kolory.

Jaki kolor posiadacie?

12.03.2015

Otulający scrub cukrowy // PAT & RUB


Seria Otulająca jest chyba moją ulubioną z całej oferty Pat&Rub. Zapach jest po prostu obłędny, słodki a jednocześnie orzeźwiający. W tym przypadku połączenie karmelu oraz wanilii z lekko cytrynową nutą było bardzo dobrym pomysłem. Nie jestem w stanie się nim znudzić i nawet robiąc zdjęcia do tego posta rozpływałam się nad aromatem peelingu. Wystarczy uchylić wieczko, a przyjemnie otulająca kompozycja od razu oddziaływuje na zmysły. No tak, oficjalnie wyszło na jaw że jestem od niego uzależniona ;) Na blogu opisywałam już otulający balsam do rąk /recenzja/, a w tym poście będzie kilka słów na temat scrubu cukrowego. Na stronie producenta kosztuje 89 zł.


Niestety sam produkt okazał się zupełnie inny niż sobie wyobrażałam. Peelingi cukrowe są jednymi z moich ulubionych i miałam do czynienia z przedstawicielami różnych firm. Zazwyczaj mają postać stałą z dużą ilością cukru zatopionego w olejku. W przypadku Pat & Rub jest trochę inaczej, ponieważ całość przypomina bardzo zbitą, jednolitą masę. Łatwo się nabiera, co ułatwia też opakowanie z dużym otworem, ale niestety gorzej rozprowadza na skórze. Konsystencja jest na tyle zwarta, że pozostaje w takiej samej formie nawet podczas rozcierania. W ogóle nie przyczepia się do ciała, a większe kawałki po prostu spadają. Nie ma mowy o mocnym masażu i ścieraniu martwego naskórka, a na to najbardziej się nastawiłam.


Zamiast tego otrzymałam scrub, który bardzo dobrze pielęgnuje. Zawiera mnóstwo nawilżających oraz natłuszczających składników jak oliwa i masło z oliwek, olej babassu, masło kakaowe, wosk pszczeli, masło z awokado. Pozostawia tłusty film o białym zabarwieniu. Zazwyczaj zostawiam go do wchłonięcia, dzięki czemu skóra staje się miękka i zregenerowana na dłużej. Po takim zabiegu czuję się komfortowo i nie używam dodatkowego balsamu ani masła. Zapach utrzymuje się na skórze i dlatego upodobałam sobie stosowanie peelingu wieczorem, żeby koił oraz otulał mnie do snu :)

Pomimo cudownych właściwości oraz zniewalającego zapachu nie jestem w stanie go polecić. Przypuszczam, że sama też nie sięgnę po niego ponownie. Od tego typu produktów oczekuję mocnego peelingowania oraz przyjaznej aplikacji, więc mam nadzieję że Pat & Rub pomyśli nad zmianą formuły.  Natomiast otulenia będę szukać w pozostałych kosmetykach z tej serii.

10.03.2015

Róż do policzków TARTE // Amazonian Clay 12-Hour Blush Dollface



Kolejnym kosmetykiem Tarte, który zaraz po podkładzie mineralnym /recenzja/ zyskał moje uznanie jest róż do policzków Amazonian Clay 12-Hour Blush. Słyszałam o nim tyle dobrego, że musiałam mieć chociaż jeden egzemplarz. Wybór jest całkiem spory, ponieważ dostępnych jest 15 odcieni w stałej kolekcji oraz pojawiają się nowe - sezonowe (obecnie jest nią Tartelette). Wykończenia są matowe lub perłowe, nasycone kolorem, który można stopniować od subtelnego po wyrazisty. Producent obiecuje, że kolory idealnie dopasują się do każdej tonacji, niezależnie czy jest ciepła czy zimna. Wybór był trudny, ale ostatecznie zdecydowałam się na bezpieczny jasny róż o nazwie Dollface. Na stronie Sephora.com kosztuje 26 $.



Opis producenta jest naprawdę imponujący, ponieważ róż wypiekany jest przez słońce (!) i szczyci się naturalnymi składnikami, wolnymi od parabenów, oleju mineralnego, sulfatów i ftalanów. Zawiera amazońską glinkę, witaminę A, E oraz C, które mają dodatkowo pielęgnować skórę. Dla przykładu osoby z cerą tłustą mogą liczyć na regulację wydzielania sebum oraz minimalizowanie rozszerzonych porów; z cerą suchą na odpowiednie nawilżenie, natomiast osoby ze skórą mieszaną zyskują podwójnie ;) Osobiście nie zauważyłam żadnego cudownego wpływu na moją cerę, natomiast mam pewne obawy ze względu na talk, który widnieje na pierwszym miejscu w składzie. Niestety moje dotychczasowe przygody z talkiem w roli głównej kończyły się źle, dlatego obchodzę się z produktem ostrożnie, unikając regularnego używania. Pomijając tę drażliwą kwestię - róż jest naprawdę świetny!


Posiada piękne tłoczenie, charakterystyczne dla produktów tej marki. Kolor opakowania odpowiada zawartości, co jest niezwykle praktyczne jeśli posiadamy kilka odcieni. Kolejną zaletą jest solidnie wykonana kasetka z dużym lusterkiem. Nie bez powodu opakowanie nazwałam kasetką, ponieważ ma mocowanie magnetyczne i róż można bez problemu przełożyć do większej paletki. Producent ułatwił również proces wyjmowania, umieszczając pod spodem otworek, przez który można podważyć kosmetyk. Proste i bardzo pomysłowe!


Kolor Dollface przez producenta określony jako 'light pink', przypomina typowy odcień Barbie - różu. W opakowaniu jest ciemniejszy niż kolor wyjściowy. Utrzymany jest w chłodnej tonacji, co daje efekt dziewczęcego rumieńca. Cera prezentuje się świeżo i promiennie, dodaje blasku. Wykończenie jest satynowe, nie podkreśla rozszerzonych porów oraz niedoskonałości. Przypomina mi poniekąd MAC Well Dressed, z tym że Tarte jest zdecydowanie lepiej napigmentowany, więc można z nim łatwo przesadzić. Sprawia wrażenie bardzo zbitego, ale bez problemu nabiera się na pędzel. Podczas aplikacji wystarczy delikatnie omieść powierzchnię kosmetyku, żeby uzyskać na policzkach naturalny efekt. W tym celu najlepiej sprawdzają się puchate pędzle i moim faworytem jest Blush Brush z Real Techniques /recenzja/ oraz pędzel do pudru Sense & Body /recenzja/. Oba dozują odpowiednią ilość i równomiernie rozprowadzają róż.


Największym atutem Tarte Amazonian Clay 12-Hour Blush jest trwałość! Nie miałam jeszcze kosmetyku, który tak długo utrzymywałby się na policzkach. Zazwyczaj moje rozpuszczone włosy przyczyniają się do stopniowego zanikania różu, ale nie w tym przypadku. Tak jak napisał producent: trzyma się lepiej, dłużej i dokładniej, nie zmieniając odcienia. Teraz całkowicie rozumiem jego fenomen oraz podzielam zachwyty kobiet, które miały okazję go używać. Jest jedyny w swoim rodzaju, warty swojej ceny i godny polecenia. Jeśli będziecie mieć szansę zakupu, nie zastanawiajcie się czy kupić, tylko który kolor wybrać ;)

08.03.2015

NOWOŚCI // THE BODY SHOP, ALPHA-H, KORRES, LAURA MERCIER, CHANEL, BOURJOIS


W zeszłym tygodniu dzięki pomocy Marty z bloga Hunger for Beauty dotarła do mnie przesyłka z kosmetykami The Body Shop. Wszystko pochodzi ze styczniowych wyprzedaży w UK, które w porównaniu do naszych były bardzo atrakcyjne. Lubię kosmetyki tej marki, mają świetne działanie oraz przyjemne zapachy, dlatego pozwoliłam sobie na małe szaleństwo. Kupiłam kokosowy zestaw świąteczny z masłem, peelingiem, żelem, mydłem oraz myjką. Na blogu pojawiła się już recenzja masła /klik/, które ubóstwiam i sądzę że z pozostałych produktów będę tak samo zadowolona. Poza tym żel pod prysznic, masło oraz peeling o zapachu orzechów brazylijskich i peeling brzoskwiniowy. Najbliższe miesiące zapowiadają się bardzo aromatycznie!


Po udanej przygodzie z tonikiem z kwasem glikolowym Alpha-H postanowiłam spróbować kolejnego kosmetyku tej marki i stanęło na bardzo chwalonym mleczku do oczyszczania twarzy Balancing Cleanser with aloe-veraWoda Serozinc La Roche Posay marzyła mi się od dawna i otrzymałam ją w prezencie od Marty. Żałuję, że nie jest u nas bezpośrednio dostępna.


Na koniec garść nowości z różnych sklepów. Na stronie Strawberrynet.com kupiłam puder Secret Brightening Powder Laura Mercier, który służy mi do utrwalania korektora pod oczami. Pierwsze wrażenie jest bardzo pozytywne! Do wirtualnego koszyka wpadło jeszcze koloryzujące masełko Korress w odcieniu Pomegranate. W Rossmannie w końcu trafiłam na nową serię pomadek Bourjois Rouge Edition Velvet. Wybrałam dla siebie #10 i jestem zakochana w tym produkcie. Ma idealny kolor oraz niesamowitą trwałość. Natomiast w Sephorze korzystając z dni VIP skusiłam się na pomadkę Chanel Rouge Coco Shine #98 Etourde z wiosennej kolekcji. Chyba w życiu każdej kobiety przychodzi taka chwila, kiedy decyduje się na zakup kosmetyku tej marki. Nie zawiodłam się! Podoba mi się jej wykończenie, subtelny odcień jaki nadaje ustom oraz różany zapach. Już wiem, że to nie będzie ostatnia sztuka, więc wszelkie podpowiedzi odnośnie kolorów będą mile widziane ;) 

07.03.2015

Paletka cieni NAKED 2 Basics // URBAN DECAY



Paletki marki Urban Decay są jednymi z moich ulubionych. Najpierw pojawiła się kolorowa Preen Palette /recenzja/, zwana potocznie Peacock. Później nastała era paletek Naked i skusiłam się na Naked 2 /recenzja/ oraz Naked 3 /recenzja/. W międzyczasie dołączyła jeszcze Smoked /recenzja/. Wszystkie zamawiałam z zagranicznych stron, najczęściej z Lookfantastic.com. Różnią się kolorystycznie, więc świetnie się uzupełniają. Jednak w dalszym ciągu brakowało mi paletki z neutralnymi odcieniami, którą mogłabym wykonać szybki makijaż. Z tego powodu już podczas zapowiedzi moją uwagę przykuła Naked 2 Basics. Wydała mi się idealnie skomponowana, bo jest utrzymana w chłodniejszej tonacji niż jej poprzednia wersja. Decyzję o zakupie przypieczętowała wiadomość o pojawieniu się marki w polskiej sieci perfumerii Sephora. W regularnej cenie kosztuje 119 zł, jednak udało mi się ją kupić trochę taniej podczas dni VIP.


W porównaniu do poprzednich nie miała dołączonego żadnego pędzelka, błyszczyka, kredki czy bazy pod cienie, ale jak przystało na markę Urban Decay wykonana jest z solidnego plastiku. Jedynym mankamentem opakowania jest zamknięcie, ponieważ trzyma bardzo mocno i szczerze mówiąc czasami mam problemy z otwarciem. Mogli to lepiej wyprofilować, żebym nie musiała łamać sobie paznokci ;) W środku znajduje się spore lusterko oraz sześć cieni. Praktycznie wszystkie mają wykończenie matowe.


Zaczynając od najjaśniejszego:

Skimp - cielisty, jasny kolor o satynowym wykończeniu, który dobrze sprawdza się w roli subtelnego rozświetlacza. Lubię go nakładać również na ruchomą część powieki, ale żeby wydobyć z niego więcej koloru nakładam na białą kredkę Jumbo Pencil marki NYX w odcieniu Milk /recenzja/.

Stark - matowy beż z domieszką różu. Dla mnie jest trochę za ciemny, aby używać go jako baza, za to bardzo dobrze sprawdza się nakładany na całą ruchomą powiekę lub do rozcierania ciemniejszego koloru.

Frisk -  matowy odcień taupe, czyli szarość złamana nutką fioletu i brązu. To mój zdecydowany ulubieniec, ponieważ jest lżejszą wersją 358 z Inglota /recenzja/.

Cover - matowy brąz i jedyny cieplejszy odcień z całej paletki.

Primal - również matowy brąz, ale utrzymany w chłodnej tonacji. Rewelacyjnie sprawdza się do podkreślania brwi!

Undone - w paletce wygląda jak czarny, ale w rzeczywistości jest to bardzo ciemny matowy brąz. Najbardziej lubię go wykorzystywać do malowania kreski wzdłuż linii rzęs oraz zaznaczać nim zewnętrzny kącik oka.


Przy wykonywaniu mojego makijażu każdy pojedynczy cień ma swoje zastosowanie, dlatego według mnie Naked 2 Basics  jest niezwykle praktyczna. Kolorystyka odpowiada mi od początku do końca i doskonale komponuje się z innymi paletkami Urban Decay. Cienie mają kremowo - pudrową konsystencję, są dobrze napigmentowane, rozcierają się bez tracenia koloru, łatwo łączą z pozostałymi. Jakość cieni jednak pozostawia trochę do życzenia, ponieważ podczas nabierania pylą i nadmiernie się osypują. Wpływa to na ich szybsze zużywanie, bo za każdym razem zostaje sporo pyłku. Zawsze używam bazy pod cienie, więc ciężko mi się wypowiedzieć na temat trwałości. Obecnie stosuję 'Put a lid on it' The Balm /recenzja/ i w takim połączeniu makijaż trzyma się idealnie do końca dnia.

Mimo małego mankamentu jestem bardzo zadowolona z Naked 2 Basics. Na dodatek wypada bardzo korzystnie w porównaniu do pojedynczych cieni, ponieważ solo każdy kosztuje 85 zł i waży 1,5 g. Natomiast w paletce mamy sześć po 1,3 g za znacznie przyjemniejszą kwotę. Warto w nie inwestować, ponieważ służą długie lata ;)

Co sądzicie o najnowszej Basics ? Posiadacie jakąś paletkę Urban Decay?

.

JAKO AUTORKA BLOGA NIE WYRAŻAM ZGODY NA KOPIOWANIE, POWIELANIE LUB JAKIEKOLWIEK INNE WYKORZYSTYWANIE W CAŁOŚCI LUB WE FRAGMENTACH TEKSTÓW I ZDJĘĆ Z SERWISU INTERNETOWEGO www.iwetto.com BEZ MOJEJ WIEDZY I ZGODY (PODSTAWA PRAWNA: DZ. U. 94 NR 24 POZ. 83, SPROST.: DZ. U. 94 NR 43 POZ. 170).