31.08.2015

Ulubieńcy sierpnia // MAYBELLINE, ASTOR, FITOMED, L'OREAL, PHENOME


Nie mogę uwierzyć, że sierpień dobiegł końca, a wraz z nim praktycznie kończy się lato. Za każdym razem pisząc posta z ulubieńcami dochodzę do tego samego wniosku: czas płynie bardzo szybko! Z tegorocznym sierpniem na pewno będzie mi się kojarzyć lakier Astor, który nosiłam niemal przez cały miesiąc w połączeniu z różnymi kolorami.


ASTOR Quick & Shine  #502 Hot Chocolate Season - Lakier do paznokci
Na początku nie byłam do niego przekonana, bo patrząc po buteleczce sądziłam że posiada perłowe wykończenie. Dopiero po aplikacji okazało się, że jest foliowe, czyli metaliczne z wyraźnie widocznymi drobinkami. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Bardzo spodobał mi się efekt jaki pozostawia na płytce oraz sam kolor, czyli chłodny brąz ze złotymi drobinami. Całość stonowana, ale rzucająca się w oczy. Jakościowo również okazał się świetny! Do jednolitego pokrycia płytki wystarcza jedna warstwa. Lakier nie smuży i szybko wysycha (nie w 45 sekund jak obiecuje producent, ale kilka minut, co też jest dobrym wynikiem). Rewelacyjnie sprawdza się jako dodatkowy akcent, więc zazwyczaj maluję nim tylko palec wskazujący lub serdeczny. Najczęściej noszę go w połączeniu z beżem lub brązem, o czym możecie przekonać się na Instagramie /klik/.



W ulubieńcach sierpnia nie mogło również zabraknąć mojego faworyta do brwi. Kredki Maybelline używam nieprzerwanie od dnia zakupu i jestem z niej ogromnie zadowolona. Odpowiada mi kolor, konsystencja, trwałość oraz mały rozmiar. Malowanie brwi przy jej pomocy jest dziecinnie proste i zawsze wygląda naturalnie. Nie dawno pisałam o niej recenzję, więc zachęcam do przeczytania.


FITOMED Maseczka - peeling K+K
Za krótko jeszcze używam maseczki, żebym mogła całkowicie rozliczyć z działania, ale już teraz widzę znaczną poprawę w wyglądzie cery. Maseczka oparta jest na kwasie mlekowym, mającym właściwości złuszczające oraz na korundzie, który działa mechanicznie, przez co wzmaga jej działanie. Moja mieszana cera polubiła ją od pierwszego użycia. Niby używam regularnie peelingów zamiennie ze szczoteczką Clarisonic, ale po maseczce Fitomed widzę znaczną różnicę. Cera stała się wygładzona oraz rozjaśniona, zmniejszyła się ilość zaskórników i nie powstają nowe, a to dopiero początek! Jestem ciekawa jakie będę dalsze efekty, ale zanosi się na małą rewolucję w mojej pielęgnacji ;)



L'OREAL Volume Million Lashes Mascara FELINE - Tusz do rzęs /recenzja/
Feline to najnowsza odsłona popularnej maskary L'oreal. Na blogu opisywałam już So Couture /recenzja/ oraz Excess Noir /recenzja/, z czego tę pierwszą uważam za najlepszą. Natomiast Feline depcze jej po piętach, bo oprócz szczoteczki nie widzę między nimi większej różnicy. Formuła jest tak samo dobra, wręcz idealna. Pięknie oraz równomiernie podkreśla rzęsy, bez grudek czy 'owadzich nóżek'. Efekt podkręcenia i pogrubienia utrzymuje się do końca dnia. Nie osypuje się i nie spływa, gwarantowany brak 'pandy'. Jedyne do czego mogę się przyczepić to zmywanie, ponieważ tusz rozpuszcza tylko płyn dwufazowy. Warto jednak zwrócić na niego uwagę, bo pod każdym innym względem sprawdza się rewelacyjnie.


PHENOME Tangerine Spa - Warming Hand Therapy - Krem do rąk
W porównaniu do innych kremów, które ostatnio zużyłam /klik/, ten miał najlepsze właściwości pielęgnacyjne! Przypomina lekki balsam, ale działanie jest bardzo konkretne. Świetnie nawilża, wygładza i błyskawicznie niweluje uczucie ściągnięcia. Podobno rozgrzewa, ale nie odczułam tego na własnej skórze. Posiada przyjemny korzenny zapach, więc będzie idealny na nadchodzącą jesień. Jeśli poszukujecie dobrze regenerującego kremu, to ten mogę szczerze polecić.

28.08.2015

EMPTY // BIODERMA, LUKSJA, ORIGINAL SOURCE, YVES ROCHER, LIRENE, TOŁPA


Nareszcie udało mi się uszczuplić zapasy do pielęgnacji ciała. Nie to żebym miała jakieś ogromne ilości, tylko wiecie jak to jest - otworzy się kilka z ciekawości, a później stoją zajmując miejsce w łazience. Na szczęście upalne lato mi w tym pomogło i w miarę szybko uporałam się z zalegającymi żelami pod prysznic oraz innymi kosmetykami. Większość z nich ani razu nie pojawiła się na blogu, więc mam nadzieję że post okaże się interesujący :)


ORIGINAL SOURCE Bath Orange oil and ginger - Płyn do kąpieli
Po remoncie łazienki pozbyłam się wanny na rzecz prysznica, więc miałam okazję wypróbować ten kosmetyk w dwojaki sposób - w roli płynu do kąpieli oraz żelu. Muszę przyznać, że lepiej sprawdził się pod prysznicem, a do tego był jeszcze bardziej wydajny. Jak przystało na produkt tej marki miał oryginalny zapach. Nie wiem jak to robią, ale większość ich kompozycji mi się podoba. Nie są przesadzone i nie męczą przy dłuższym używaniu. Lubię pomarańczę, lubię imbir, więc płyn niezmiernie przypadł mi do gustu. Właściwości myjące również były dobre, tylko wlany do wanny słabo się pienił, natomiast aplikowany przy pomocy myjki nie sprawiał żadnych problemów. 

YVES ROCHER Tradition de Hammam - Olejek pod prysznic z olejkiem arganowym
Z tej serii miałam jeszcze maskę do włosów i twarzy oraz peeling do ciała /recenzja/. Wszystkie kosmetyki pachną niemal identycznie, czyli orientalnie i otulająco. Zapach jest niepowtarzalny i w zasadzie mogłabym kupować te kosmetyki tylko z jego powodu. Na szczęście żaden z nich nie rozczarował mnie w większym stopniu, a olejek okazał się bardzo fajnym produktem pod prysznic. Miał postać lejącego, nietłustego żelu, który w połączeniu z wodą zmieniał się w lekką emulsję. Słabo się pienił, ale dobrze rozprowadzał, dzięki zawartości olejku. Nie pozostawiał żadnego filmu na skórze, za to świetnie nawilżał i pielęgnował. Ogólnie w działaniu sprawdził się doskonale, więc szczerze polecam wypróbować.

YVES ROCHER Un Matin au Jardin Fresh Rose - Żel pod prysznic
Otrzymałam go w zestawie razem z wodą toaletową. Największą zaletą jest oczywiście różany zapach - delikatny oraz świeży, idealny na lato. Niezwykle mi się podoba i ubolewam, że sama woda toaletowa tak krótko utrzymuje się na skórze, bo wracałabym do tej serii regularnie. Co do żelu, to oprócz zapachu nie wybił się ponad przeciętną - myje, nie przesusza i dobrze się pieni. Warto się skusić, jeśli lubicie kwiatowe zapachy.

Sądziłam że olejek będzie dobrym, tańszym odpowiednikiem migdałowego z L'occitane. Niestety rozczarował mnie swoim dziwnym zapachem. W opakowaniu nawet pachnie przyjemnie, ale podczas aplikacji okazuje się podszyty jakąś rybną nutą. Niby zużyłam olejek do końca, ale za każdym razem kręciłam nosem. A tak poza tym to bardzo dobry produkt, który świetnie pielęgnuje oraz myje ciało i nawet sprawdza się podczas depilacji, stosowany zamiast pianki czy żelu. Gdyby nie ten zapach na pewno bym do niego wróciła.  



LIRENE Krem do stóp - Stop pękającym piętom
Miałam okazję używać różnych wersji kremów Lirene i chyba ten najbardziej przypadł mi do gustu. Posiada lekką, a zarazem treściwą konsystencję, która pozostawia na skórze nietłusty film. Najlepiej sprawdza się stosowany na noc, razem z bawełnianymi skarpetkami. Rano pięty są zmiękczone oraz odpowiednio nawilżone. Niestety nie jest w stanie pomóc w walce z pękającymi piętami. W tym celu sprezentowałam go mamie i nie odczuła żadnej poprawy, pomimo częstego oraz regularnego używania. Sprawdzi się jedynie przy niewymagających stopach.

Zawsze kupuję te kremy w miniaturowej tubce 30 ml, bo są idealne do torebki. Teraz zmienili szatę graficzną, więc nie sugerujcie się opakowaniem. Krem ma lekką konsystencję, która błyskawicznie się wchłania. Dobrze nawilża dłonie, ale nie pielęgnuje długofalowo, więc to taki akuratny produkt do szybkiego użycia. Wygodny ze względu na małą tubkę i do tego bardzo aromatyczny. Zawsze słyszę zachwyty na temat zapachu, więc to chyba jego największa zaleta. 

TOŁPA Czarna Róża - Odżywczy krem - kokon do rąk
Zawsze kiedy czytam opinie na temat tego kosmetyku, to każdy zachwyca się jego zapachem. Ja również należę do tej grupy i tak samo jak pozostali nie potrafię go opisać. Bardzo oryginalny, na pewno kwiatowy i niezwykle przyjemny, ale sklasyfikowanie go nastręcza wielu trudności. Do tej pory nie spotkałam podobnego, więc zasługuje na uznanie. W kwestii działania miałam mieszane uczucia. Czasami sprawiał wrażenie dobrego nawilżacza i nawet natłuszczał skórki, innym razem wydawał się niewystarczający. Nie jestem przekonana czy warto kupić go ponownie. Z resztą mam tak ze wszystkimi kosmetykami tej marki, co potwierdza też kolejna moja opinia o:

TOŁPA Biały Hibiskus - Rewitalizujący krem uelastyczniający pod oczy
Czytałam o nim same pozytywne opinie i miałam nadzieję, że chociaż tym razem się nie zawiodę. Niestety krem nie sprostał moim oczekiwaniom. Ogólnie całkiem dobrze nawilżał, szybko się wchłaniał i nie podrażniał. Jednak jego działanie okazało się dla mnie niedostateczne, po prostu za mało skuteczne. Znam kilka innych kosmetyków z tej samej półki cenowej, które potrafią o wiele więcej i lepiej. Nie wygładził i nie poprawił wyglądu skóry wokół oczu, więc do niego nie wrócę. Razem z nim przeszła mi ochota na inne kosmetyki tej marki - przelała się czara goryczy ;)


NIVEA Diamond Gloss - Szampon nadający blask
Na moich włosach zupełnie się nie sprawdził i w zasadzie całość zużył mój partner. To jest ten rodzaj szamponu, który nie sprawdza się w ogóle przy cienkich oraz przetłuszczających włosach. Niesamowicie je obciążał, pozostawiał niedomyte i co najgorsze zbijały się w strąki. Koszmar! Nawet nie pamiętam jaki miał zapach, ale muszę wyryć sobie w pamięci, żeby przez przypadek ponownie go nie kupić.

Jeden jedyny, najulubieńszy i najbardziej odpowiedni dla mojego typu cery. Ogólnie niezastąpiony i z każdą zużytą buteleczką jeszcze bardziej utwierdzam się w tym przekonaniu. Ja wiem, że jest wiele tańszych płynów oraz tak samo dobrze zmywających makijaż, ale w moim przypadku tylko Bioderma dodatkowo pielęgnuję cerę. W kryzysowych sytuacjach z powodzeniem zastępuje żel do twarzy i nie wymaga zmywania wodą. No po prostu najlepszy!

GILLETTE Satin Care - Żel do golenia
Samemu kosmetykowi nie mam nic do zarzucenia. Żel jak żel, dobrze się rozprowadzał, przyjemnie oraz nienachalnie pachniał i ułatwiał depilację. Natomiast bardzo szybko się skończył i nie wiem czy to była wina opakowania (tak przypuszczam), czy może było go znacznie mniej w środku, niż wskazuje na to pojemnik (nie ma informacji o pojemności). Na pewno felerny okazał się przycisk, bo już przy delikatnym dotyku wystrzeliwał serpentynę z żelu, która lądowała niestety na ścianie. Po kilku użyciach zaciął się całkowicie, albo żel się po prostu skończył. Nie wiem,  już nie wnikam i na wszelki wypadek kupiłam rodzimy produkt.


LUKSJA Nostalgia - Mydła w kostce
Bardzo fajne naturalne mydła polskiej marki, wykonane na bazie olejków roślinnych. Wersja z werbeną  to mój niekwestionowany faworyt, ale glicerynowe z miodem nie pozostaje daleko w tyle. Kostki są większe niż standardowe, bo mają po 200 g, więc jak dla mnie są też poręczniejsze w użyciu. Sprawdzają się nie tylko do mycia rąk, ale też całego ciała. Nie wysuszają i dobrze się pienią. Okazały się całkiem wydajne i co najważniejsze nie rozpuszczają się w mydelniczce (chociaż ja zamieniłam tradycyjną na magnetyczną, więc problem mam już z głowy). Całkowicie zdetronizowały moich dotychczasowych ulubieńców z Alterry. 

PROSALON Argan Oil - Maska do włosów 
Miniaturkę maski otrzymałam w pudełku beGlossy by Hebe /klik/ i bardzo polubiłam. Okazała się niezwykle wydajna, szczególnie przy moich krótkich (obecnie) włosach. Zapach miała dosyć neutralny, nawet już go nie pamiętam, za to bardzo spodobało mi się jej działanie oraz konsystencja. Maska była lekko żelowa, łatwo się rozprowadzała nawet przy niewielkiej ilości. Włosy po niej były sypkie oraz zdyscyplinowane, bez ciężkiego efektu. Według mnie idealna również do codziennego stosowania, więc w przyszłości skuszę się na większe opakowanie.

Żałuję że się skończyła, bo miała dobroczynny wpływ na moją cerę. Głównie pomogła mi uporać się z przetłuszczającą strefą T oraz ograniczyć pojawianie pryszczy. Stworzona jest na bazie glinki, ale nie wysycha w tak szybkim tempie i bez problemu się zmywa. Zawiera olejek z drzewa herbacianego, więc ma działanie antybakteryjne. Przynosi także ulgę podczas kataru, ponieważ oprócz charakterystycznego zapachu olejku czuć również mentol. Niezwykle odświeżające doznanie i pewnie kupiłabym ją ponownie, gdyby nie chęć wypróbowania czegoś nowego.

26.08.2015

Szampon i odżywka nawilżająca // L'OREAL EVER RICHE Nourishing & Flowing


Seria Ever Riche marki L'Oreal niestety nie jest u nas dostępna, ale pojawia się od czasu do czasu na Allegro albo w sklepach internetowych, dlatego postanowiłam poświęcić jej osobnego posta. Poza tym na blogu pojawiła się już recenzja maski -  L'Oreal Ever Riche Nourishing Intense Mask /klik/ , z której nie byłam do końca zadowolona, za to szampon i odżywka to już zupełnie inny temat ;) Do tej pory wypowiadałam się o nich w samych superlatywach, a tak naprawdę oba kosmetyki mają swoje plusy oraz minusy, na szczęście z przewagą tych pierwszych.


Swój zestaw kupiłam na stronie Feelunique (darmowa wysyłka) i za każdy płaciłam około 5-6 £ za sztukę. Ogólnie seria Ever Riche przeznaczona jest dla włosów zniszczonych, suchych, wymagających regeneracji oraz odżywienia. Natomiast wersja Nourishing & Flowing, którą wybrałam, dedykowana jest włosom cienkim. Kosmetyki nie zawierają SLS, tylko ich łagodniejszy, naturalny zamiennik, wytwarzany na bazie oleju kokosowego. Poza tym wzbogacone są olejami z moreli, słonecznika i lnicznika. Dostępne są w opakowaniach 250 ml i mają bardzo treściwą konsystencję. Oczywiście odżywka jest gęstsza, ale oba nie spływają z dłoni i nie przeciekają przez palce.

Na uwagę zasługuje przede wszystkim zapach, który jest oryginalny i niezwykle przyjemny. Ciepły oraz otulający za sprawą głównej - migdałowej nuty, a zarazem wyrafinowany, trochę orientalny. Ogólnie złożony i jak dla mnie ciężki do opisania, ale na pewno od pierwszego użycia zachwyca, a także pozostaje na długo w pamięci. Mimo że jest wyraźny oraz charakterystyczny, to na swój sposób subtelny, więc nie męczy przy regularnym stosowaniu. Długo się utrzymuje, bo czuję go nawet rano kiedy rozpuszczam włosy z nocnego koczka. Pod tym względem ta seria nie ma sobie równych ;)


Szampon świetnie oczyszcza włosy, bez problemu usuwa mocniejsze środki do stylizacji włosów i oleje. Do jednorazowego mycia wystarcza niewielka ilość (przykładowo wielkości borówki :D), ponieważ dobrze się pieni i rozprowadza na włosach. Dzięki dobrym właściwościom pielęgnacyjnym często używam go solo. Włosy po samym szamponie są puszyste, uniesione u nasady, ale też odżywione i nawilżone. W zasadzie odkąd go używam nie odczuwam potrzeby stosowania odżywki, która w tym przypadku świetnie sprawdza się jako maska. Wynika to też z tego, że odżywka jest naprawdę mocno regenerująca i kiedy przesadzę z jej ilością w ciągu dnia końcówki zbierają się w strąki. Dlatego wolę ją stosować z umiarem, co drugi - trzeci dzień, dzięki czemu włosy zachowują puszysty wygląd, bez widocznego obciążenia.

Stosowanie tego duetu bardzo pozytywnie wpłynęło na ogólny wygląd moich włosów. Przede wszystkim stały się mocniejsze oraz grubsze, nabrały połysku i widać gołym okiem, że są odżywione. Odkąd zaczęłam używać serii Ever Riche odstawiłam maski, olejki oraz wszelkiego rodzaju serum na końcówki. Po prostu oba kosmetyki z powodzeniem zastępują inne produkty. Do tego okazały się niezwykle wydajne - używam ich już prawie pół roku. Zazwyczaj szampon wystarcza mi na miesiąc, odżywka na dwa, a w tym przypadku wynik jest oszałamiający. Oczywiście zdarzyło mi się w między czasie zużywać jakieś miniaturki lub próbki, ale Ever Riche w działaniu jest niezastąpiony ;) Warto się zainteresować tym zestawem, mimo że nie jest dostępny w Polsce.

24.08.2015

Idealny duet do brwi // L'OREAL, MAYBELLINE


Od dłuższego czasu rozglądałam się za nowymi produktami do podkreślania brwi i w końcu udało mi się je znaleźć. Do tej pory używałam kredki Illamsqua, która idealnie pasuje mi pod względem kolorystycznym oraz jakościowym. Niestety została wycofana ze sprzedaży, dlatego rozpoczęłam poszukiwania. Oba produkty udało mi się znaleźć na drogeryjnej półce w stosunkowo niskiej cenie. O żelu do brwi marki L'Oreal słyszałam już wiele dobrego, więc wiedziałam że się nie zawiodę. Natomiast kredkę Maybelline Brow Satin kupiłam w ciemno, sugerując się jedynie kolorem. Na szczęście okazała się strzałem w dziesiątkę, więc postanowiłam napisać pełną recenzję.


MAYBELLINE Brow Satin - dwustronna kredka do brwi
Dostępna jest tylko w trzech odcieniach. Wybrałam dla siebie najciemniejszy, czyli Dark Brown, ponieważ wydał mi się najchłodniejszy. Być może zdecyduję się jeszcze na średni odcień, ale boję się że po roztarciu będzie zbyt ciepły (tak na przykład było z popularną kredką Catrice Eye Brow Stylist w odcieniu 020 Day with Ash-ton), więc liczę na Wasze podpowiedzi :)
Na jednym końcu Brow Satin znajduje się tradycyjna kredka, służąca do obrysowania kształtu, natomiast po drugiej stronie mamy sypki cień w gąbeczce do wypełnienia brwi. Cienia użyłam raptem kilka razy i szybko zaprzestałam, bo w sumie nigdy nie lubiłam takiej formy. W przypadku tego kosmetyku fenomenem okazała się sama kredka. Posiada małą średnicę, dzięki której można bardzo precyzyjnie podkreślić brwi. Dla mnie ma to ogromne znaczenie, ponieważ moje brwi są bardzo jasne i rzadkie, więc muszę je po prostu dorysować. Kredka świetnie je wypełnia i pomaga nadać odpowiedni kształt, bez przerysowanego efektu. Po rozczesaniu wygląda naturalnie i w zasadzie nie jest widoczna. Posiada odpowiednio twardą, woskową konsystencję, więc nie kruszy się oraz nie rozmazuje w ciągu dnia. Trwałość to jej kolejna zaleta, ponieważ do wieczornego demakijażu trzyma się nienagannie. Nawet podczas upałów nie pojawiły się żadne ubytki, ale muszę tutaj jeszcze nadmienić, że zawsze przed wykonaniem makijażu oprószam brwi pudrem matującym (obecnie MAC Prep + Prime Transparent Finishing Powder /recenzja/). 
Podsumowując Maybelline Brow Satin ma idealnie chłodny kolor i dodatkowo jest łatwa oraz szybka w użyciu. Jeszcze nie wiem jak będzie z jej wydajnością, ale i tak cieszę się że znalazłam dobry zamiennik mojej ulubionej kredki Illamasqua. Jej regularna cena oscyluje w granicach 30 zł, a obecnie można ją kupić w Rossmannie za 20 zł.



L'OREAL Brow Artist Plumper Mascara - żel do brwi
Ten kosmetyk również dostępny jest w trzech odcieniach, jednak dla siebie wybrałam wersję transparentną. Moje włoski nie wymagają silnego utrwalenia, raczej subtelnego przeczesania żeby ujednolicić wygląd (bez prześwitów) i nadać im odpowiedni kształt. Jakiś czas temu opisywałam kilka innych żeli do brwi /klik/, w międzyczasie miałam jeszcze jeden marki Revlon, ale tylko L'Oreal okazał się godny polecania. Na największą uwagę zasługuje szczoteczka, która jest idealnie mała i pozwala na precyzyjne rozczesanie oraz podkreślenie brwi. Dozuje odpowiednią ilość produktu, ale czasami na jej końcu powstaje 'czapa', więc trzeba uważać. Żel trzyma się do końca dnia i co najważniejsze - nie krystalizuje się! Niestety większość produktów do brwi ma taką tendencję, co zawsze bardzo mnie irytowało (najgorszy był Revlon). Na szczęście L'OREAL Brow Artist Plumper Mascara do tej kategorii nie należy i jest po prostu najlepszy. Idealnie wyczesuje włoski, usztywnia na długo i pozostawia naturalny efekt, więc nie mogę się do niczego przyczepić. Kosztuje około 36 zł, ale jak wiadomo można kupić znacznie taniej dzięki licznym akcjom promocyjnym.


Z obu kosmetyków jestem ogromnie zadowolona. Poszukiwania idealnego duetu uważam za zakończone sukcesem.

20.08.2015

Mleczna pianka do mycia ciała // ORGANIQUE CREAMY WHIP MILK



Pianka do mycia ciała Organique to dla mnie całkowita innowacja. Robiąc pierwszy raz zakupy w ich salonie byłam oczarowana, nie tylko formułą, ale też szeroką gamą zapachów. Pojawiają się również limitowane wersje, więc naprawdę jest w czym wybierać. Nie wiedziałam jednak czy taka forma będzie mi odpowiadać, dlatego zdecydowałam się wziąć na próbę jedno opakowanie o bardziej neutralnym zapachu - Milk. W tej kwestii nazwa niestety jest myląca, ponieważ pianka pachnie słodko, subtelnie i bardziej zakwalifikowałabym ją do 'czystych' woni, niż typowo mlecznych. Mimo to zapach jest oryginalny oraz niezwykle przyjemny, więc wydaje mi się że każdy będzie z niego zadowolony.


Konsystencja natomiast to już typowa biała pianka, która przypomina mi bitą śmietanę. Jest na tyle zwarta, że można ją nabierać w kawałkach. Jeśli wcześniej zwilżę dłonie, to rozsmarowuje się niczym balsam, zmieniając swoją konsystencję w mleczną emulsję. Nie rozpływa się w opakowaniu, więc można ją aplikować według upodobań. Najlepiej nałożyć mały kawałek na wilgotną dłoń i wmasować w skórę do uzyskania jednolitej konsystencji. Gładko się rozprowadza, ale często trzeba ponawiać aplikację. Wystarczy jednak niewielka ilość do umycia całego ciała, więc jest dosyć wydajna. Dobrze oczyszcza i odświeża, nie wysuszając skóry. Producent szczyci się, że pianka zawiera ponad 30 % organicznej gliceryny, która ma za zadanie dodatkowo pielęgnować. I faktycznie pianka jest bardzo delikatna i nie powoduje podrażnień. Po spłukaniu nie pozostawia po sobie żadnej odczuwalnej warstwy, za to miękką oraz nawilżoną skórę.



Opakowanie jest klasyczne, czyli plastikowy słoiczek z metalową nakrętką, dostępny w dwóch rozmiarach o pojemności 100 ml i 200 ml. Całość jest dosyć lekka, więc nie powinniśmy się martwić że spadnie na stopę i wyrządzi krzywdę ;) Pod prysznicem może nie jest to najwygodniejsza forma, ale trzeba się z tym liczyć dokonując zakupu. Osobiście nie mam zastrzeżeń.

Chyba nie da się ukryć, że bardzo polubiłam mleczną piankę. Zabieg przy jej użyciu jest niezwykle relaksujący, a oryginalny zapach dodatkowo uprzyjemnia cały proces. Szkoda tylko, że nie utrzymuje się dłużej na skórze. Jak dla mnie nie jest to kosmetyk do codziennego stosowania ze względu na formę oraz cenę. Nie pamiętam ile za nią zapłaciłam, ponieważ robiłam zakupy podczas akcji promocyjnej, ale na stronie producenta mniejsza kosztuje 16 zł, natomiast większa 30 zł. Od czasu do czasu można sobie pozwolić na taki przyjemny gadżet, zwłaszcza że jest tyle wspaniałych wariantów do wyboru!

Na blogu znajdziecie kilka innych recenzji kosmetyków tej marki:

18.08.2015

Rozświetlający korektor // MAC Prep + Prime Highlighter #Radiant Rose



Wspominałam na blogu, między innymi w poście z ulubionymi kosmetykami pod oczy /klik/ o rewelacyjnym rozświetlaczu MAC Prep + Prime Highlighter. Dostępne są trzy odcienie: beżowy Light Boost, pomarańczowy Bright Forecast oraz różowy Radiant Rose. Jako posiadaczka chłodnej i bardzo jasnej karnacji wybrałam różowy Radiant Rose.


Na pierwszy rzut oka kolor może przerazić, ponieważ jest naprawdę różowy. Dopiero po roztarciu stapia się z odcieniem skóry i subtelnie ją rozjaśnia. Nie zawiera żadnych rozświetlających drobinek, ani nie tworzy opalizującej poświaty. Rozświetlacz jest zupełnie kremowy i oprócz koloru pozostawia po sobie subtelny efekt glow. Posiada lekką konsystencję, która bez problemu rozprowadza się na skórze. Do roztarcia najczęściej używam po prostu palca, dzięki czemu uzyskuję naturalne wykończenie. Nie zbiera się w załamaniach i trzyma do końca dnia. Produkt użyty w większej ilości potrafi być kryjący, ale wtedy bardzo uwydatnia się kolor, co wygląda karykaturalnie. Może spełniać funkcję korektora jedynie w przypadku odcienia Light Boost.



MAC Prep + Prime Highlighter świetnie sprawdzi się do rozświetlenia kości policzkowych, łuku brwiowego i łuku kupidyna, ale osobiście najczęściej używam go pod oczy. W tej roli okazał się wręcz niezastąpiony. Doskonale komponuje się z beżowym korektorem (obecnie NYX HD Photogenic Concealer /recenzja/) i rewelacyjnie odświeża spojrzenie. Nie mam dużych cieni pod oczami, dlatego zazwyczaj aplikuję jedną kropkę korektora w wewnętrznym kąciku, a na pozostałej części rozświetlacz MAC. Rozcierając całość od wewnętrznej strony otrzymuję ładne krycie oraz sporą dawkę rozjaśnienia. Jak dla mnie jest to najlepsza metoda do poprawienia wyglądu 'doliny łez', która niestety z wiekiem stała się u mnie dosyć widoczna.

Wypadałoby jeszcze wspomnieć o opakowaniu, które ma postać aplikatora z pędzelkiem. Jak do tej pory nie miałam z nim większych problemów, więc mogę uznać że jest solidne i dobrze wykonane. Na początku musiałam się trochę 'nakręcić', żeby rozświetlacz pojawił się na pędzelku, ale teraz już po jednym obrocie dozuje odpowiednią ilość produktu. Natomiast sam pędzelek wykonany jest z przyjemnego w dotyku syntetycznego włosia, które w bardzo szybki i łatwy sposób można oczyścić oraz zdezynfekować.



MAC Prep + Prime Highlighter kosztuje równo 100 zł i dostępny jest w firmowych salonach i na stronie producenta. Z tej serii polecam jeszcze puder transparentny MAC Prep +Prime Transparent Finishing Powder /recenzja/. Natomiast jeśli szukacie drogeryjnego zamiennika, to szczerze polecam L'oreal Lumi Magique /recenzja/. Osobiście jestem bardzo zadowolona z produktu MAC i cieszę się, że odkryłam taką perełkę ze stałej oferty.

16.08.2015

Letnia kosmetyczka - pielęgnacja ciała i włosów // BATH & BODY WORKS, LIRENE, LUKSJA, L'OREAL, BUMBLE & BUMBLE


W poprzednim poście z prezentacją letniej kosmetyczki /klik/ pokazałam produkty do pielęgnacji twarzy. W tym natomiast znajdą się kosmetyki do ciała oraz włosów. Jak już wspominałam wcześniej starałam się mocno ograniczyć zawartość, dlatego nie zabierałam ze sobą np kremu do rąk czy stóp, stosując zamiast nich zwykły balsam do ciała. Poza tym większość kosmetyków, które nie były miniaturowe odlałam do pojemniczków zastępczych o mniejszej pojemności, dzięki czemu zaoszczędziłam sporo miejsca w bagażu. W ten sposób udało mi się zachować całkowity minimalizm i mogę śmiało napisać, że niczego mi nie brakowało.


Kiedy tylko kupiłam duet Bath & Body Works Coconut Lime Breeze, czyli żel oraz balsam do ciała, wiedziałam że zachowam go z myślą o letnim urlopie. Jak przystało na markę mają nietypowy zapach, który jest połączeniem kokosa z limonką. Niezwykle przyjemny oraz wakacyjny. Dodatkowo oba kosmetyki zawierają masło shea i witaminę E, więc w kwestii pielęgnacji sprawdziły się świetnie. Żel dobrze się pienił i oczyszczał ciało, natomiast balsam błyskawicznie się wchłaniał. Największym atutem oczywiście jest zapach, który po zastosowaniu duetu długo utrzymywał się na skórze. To był dobry wybór!


Do opalania zabrałam ze sobą duet Lirene - emulsję do opalania oraz balsam po przedawkowaniu słońca. W sumie tego drugiego praktycznie nie potrzebowałam, ponieważ emulsja świetnie sprawdziła się w swojej roli. Zapewniła mi całkowitą ochronę, dzięki czemu nie miałam problemu z poparzoną skórą. Jestem dosyć blada i zawsze po ekspozycji słonecznej moja skóra była podrażniona, ale tym razem dzięki regularnemu stosowaniu emulsji nabrała brązowego odcienia. Poza tym błyskawicznie się wchłaniała, więc aplikacja nie nastręczała żadnych problemów i z przyjemnością ponawiałam tę czynność. Natomiast balsam po opalaniu nie znalazł większego zastosowania podczas urlopowego wyjazdu. Doszłam jednak do wniosku, że skoro już go zabrałam, to będę stosować profilaktycznie przed snem. Przynosił natychmiastowe ukojenie oraz odpowiednie nawilżenie skóry i tak samo jak emulsja bardzo szybko się wchłaniał, nie pozostawiając po sobie lepkiej warstwy. Poza tym spodobał mi się jego subtelny i nienachalny zapach, więc nawet po powrocie do domu nie przestałam go używać. Muszę jeszcze nadmienić, że w obu przypadkach opakowania w formie tubki okazały się bardzo praktyczne i wygodne.  


Do pielęgnacji włosów zabrałam duet L'oreal Ever Riche, czyli szampon i odżywkę o właściwościach nawilżających. Oba kosmetyki są pioruńsko wydajne, bo używam ich już pół roku! W moim przypadku to jest coś nieprawdopodobnego, ponieważ zazwyczaj szampon wystarcza mi na około dwa miesiące używania, a odżywka na miesiąc. Mam wrażenie że nie są to typowe kosmetyki, tylko koncentraty, więc do aplikacji wystarcza minimalna ilość. Poza tym oba kosmetyki doskonale pielęgnują oraz nawilżają, dlatego odkąd je stosuję nie wspomagam się żadnym innym produktem. Całkowicie mi wystarczają i żałuję, że ta seria nie jest dostępna na naszych rodzimych półkach (dla zainteresowanych duet kupiłam na stronie Lookfantastic, gdzie obowiązuje darmowa wysyłka). Poza tym mają niesamowity zapach, który długo utrzymuje się na włosach. Coś jak połączenie kokosa i migdałów z czymś bardziej wyrafinowanym. Po prostu obłęd.

Natomiast do stylizacji standardowo wybrałam Bumble & Bumble Thickenig Spray, czyli produkt dodający objętości. Mam również pełnowymiarowe opakowanie i odkąd je kupiłam nie mogę się obejść bez tego kosmetyku. Jest łatwy w użyciu i do tego niezwykle skuteczny. Tak naprawdę nie tylko dodaje objętości fryzurze, ale też utrwala, nawilża, odżywia i ułatwia układanie. Jak widać kosmetyk wielozadaniowy, więc spokojnie zastępuje kilka innych. 


Zrobiłam jednak błąd zabierając ze sobą antyperspirant Garnier Mineral InvisiClear. Kupiłam go w zastępstwie wycofanego Neutrala /recenzja/, ale nie sądziłam że okaże się taki beznadziejny. Według mnie zbyt intensywnie pachnie cytryną, taką typową - toaletową. Niestety nie zapewnia skutecznej ochrony przy dużym wysiłku lub przy wyższych temperaturach i co najgorsze podrażnia skórę po depilacji. Na plus mogę mu jedynie zaliczyć konsystencję, która dosyć szybko się wchłaniała oraz cenę, bo kosztował niecałe 7 zł. Jednak po tej nieudanej przygodzie ponownie zamówiłam mojego faworyta, czyli zieloną kulkę Vichy. 

W kosmetyczce nie mogło również zabraknąć żelu do golenia, tym razem był to Gillette Satin Care. Do marki nie jestem jakoś szczególnie przywiązana, ale udało mi się kupić maszynkę z miniaturką żelu. No cóż... może dawno nie miałam kosmetyków tej marki, ale do grona ulubieńców na pewno jej nie zaliczę. To znaczy przy depilacji sprawdzała się bardzo dobrze, jednak minusem okazało się opakowanie. Przycisk od samego początku nie działał jak należy, dozując zbyt dużą ilość. Do tego po tygodniu okazało się, że kosmetyk się skończył, a użyłam go raptem kilka razy. Według mnie to stanowczo za krótko i do dzisiaj zastanawiam się czy na pewno dobił dna, czy może przycisk się zepsuł i zablokował. Nie wiem, ale na wszelki wypadek kolejny żel kupiłam rodzimej marki Joanna. 

Na koniec jedno z moich ostatnich odkryć, czyli mydło w kostce Luksja Nostalgia. Do tej pory byłam wierna naturalnym mydłom Alterra, ale Luksja całkowicie je zdyskwalifikowała. Przede wszystkim kostki są większe, więc jak dla mnie poręczniejsze. Stworzone są na bazie naturalnych składników pochodzenia roślinnego, głównie oleju palmowego i kokosowego, dodatkowo wzbogacone olejkami eterycznymi. Kostek do tej pory używałam głównie do mycia rąk, ale od czasu do czasu również do mycia ciała. Świetnie się pieni przy pomocy myjki, bardzo dobrze oczyszcza skórę, zwłaszcza z pozostałości innych kosmetyków, nie wysusza i nie podrażnia. Ogólnie jestem bardzo zadowolona i obecnie używam mydeł Luksja zamiast żelu pod prysznic, o co nigdy bym siebie nie podejrzewała ;) 

10.08.2015

Letnia kosmetyczka - pielęgnacja twarzy // LA ROCHE POSAY, BIODERMA, VICHY, CLINIQUE, PAT & RUB, UNDER TWENTY, CARMEX



Jeszcze kilka lat temu moja kosmetyczka zajmowała sporą część bagażu. Oddzielnie pakowałam kosmetyki do twarzy, ciała oraz makijażu. Najczęściej kończyło się tym, że połowy arsenału nawet nie używałam. Dopiero z wiekiem wyrobiłam sobie urlopowy minimalizm, a w tym roku pierwszy raz nie zabrałam kolorówki (oprócz kremu BB). Moja cera skłonna do zanieczyszczeń bardzo lubi taki odpoczynek i za każdym razem po urlopie prezentuje się lepiej. Co do zawartości kosmetyczki, to chyba nie zaskoczę Was niczym nowym. Większości produktów używam regularnie od lat, więc często pojawiają się na blogu i zasługują na najlepsze rekomendacje.


Podstawą mojej pielęgnacji (zawsze!) jest Krem Effaclar DUO [+] La Roche Posay /recenzja/ . Używam go na wszelkie możliwe sposoby w zależności od obecnych preferencji, czyli albo na noc, albo na dzień, a często po prostu punktowo. W każdym przypadku sprawdza się rewelacyjnie, usuwając niedoskonałości, niwelując przebarwienia lub stany zapalne. Stosowany regularnie przyczynia się do ogólnej poprawy cery, czyli wyrównuje koloryt, rozjaśnia i zapobiega powstawaniu zaskórników. Mam nadzieję, że nigdy go nie wycofają ze sprzedaży ;)


Na przemian z DUO stosowałam Lekki krem głęboko nawilżający Pharmaceris A /recenzja/. Niedawno o nim wspominałam, więc nie chcę się szerzej rozwodzić. Napiszę tylko że spełnia obietnice producenta i faktycznie bardzo dobrze i długotrwale nawilża cerę. Dodatkowo po ekspozycji słonecznej świetnie koił skórę oraz przynosił ulgę. Posiada co prawda SPF 20, ale według mnie to za mała ochrona 'na plażę', dlatego wspomagałam się Emulsją matującą SPF 50 Vichy Capital Soleil. Nie doczekała się recenzji na łamach bloga i chyba już nie napiszę o niej więcej, ponieważ w tym sezonie została wprowadzona pod nową nazwą, z lekko zmienioną szatą graficzną. Dla mnie jest to kosmetyk niezastąpiony o tej porze roku i kupiłam ją kolejny raz. Doskonale chroni cerę przed promieniowaniem słonecznym, szybko się wchłania do matu, nie bieli i dobrze współpracuje z podkładami. Natomiast na usta zawsze stosuję Carmex Moisturising Lip Balm, który posiada SPF 15. Jak wiecie jestem od niego uzależniona i używam w każdej postaci. Tym razem zabrałam wersję klasyczną w słoiczku.


Do oczyszczania twarzy wzięłam ze sobą Żel Effaclar La Roche Posay /recenzja/ . Stosowałam go rano oraz wieczorem, standardowo w małej ilości. Naprawdę niewiele go potrzeba, aby dokładnie umyć całą twarz. Doskonale usuwa resztki makijażu oraz pozostałości innych kosmetyków. Używany systematycznie pomaga w walce z zaskórnikami, a przy tym jest dosyć łagodny. Potrafi jednak przesuszyć skórę, dlatego zawsze wspomagam się jeszcze tonikiem. W tym celu zabrałam Różaną mgiełkę do twarzy Pat & Rub /receznja/. Odświeża i tonizuje twarz, koi oraz posiada właściwości ściągające. Poza tym subtelnie pachnie różami, więc jej stosowanie to sama przyjemność. Do wstępnego zmywania makijażu, a raczej szybkiego przemycia twarzy wzięłam ze sobą Płyn micelarny Bioderma Sensibio H2O /recenzja/. W mojej kosmetyczce jest to kolejny niezastąpiony kosmetyk. Bardzo dobrze oczyszcza cerę z sebum, kurzu oraz kosmetyków. Nie wymaga zmywania wodą i świetnie sprawdza się w roli toniku. Pozostawia miękką i nawilżoną skórę, więc podczas wieczornej pielęgnacji nakładałam po nim już tylko krem.


Na koniec dwa kosmetyki, które są nowością w mojej kosmetyczce. Skoro jesteśmy przy pielęgnacji, to zacznę od miniaturki Kremu pod oczy All About Eyes marki Clinique. Świadomie nie zabrałam ze sobą serum Yonelle /klik/, które ostatnio tak zachwalałam, ponieważ oba kosmetyki się nie lubią. Kiedy stosowałam je w duecie niestety pod oczami pojawiały się niedoskonałości, które ciężko było w jakikolwiek sposób usunąć. Musiałam po prostu przeczekać. Wracając jednak do samego kremu, a w zasadzie kremowego - żelu, to jestem z niego zadowolona. Posiada lekką konsystencję, która błyskawicznie się wchłania, nie pozostawiając po sobie uczucia ściągnięcia. Nie wiem czy działa przeciwzmarszczkowo, ponieważ już wcześniej serum Yonelle bardzo poprawiło wygląd skóry, ale na pewno dobrze nawilża i pomaga w walce z worami pod oczami. Ogólnie jestem zadowolona i korci mnie wypróbowanie jeszcze wersji Rich.

Tegorocznym odkryciem okazał się Matujący krem BB Anti Acne firmy Under Twenty. Pewnie sama nie zwróciłabym na niego uwagi, gdybym nie otrzymała go w ramach współpracy. Odcień Jasny #01 idealnie komponuje się z moją karnacją, więc po wstępnych testach postanowiłam go dorzucić do wakacyjnej kosmetyczki. Spodobała mi się jego lekka formuła i całkiem niezłe właściwości kryjące. Nie powodował przetłuszczania strefy T, więc poniekąd posiadał właściwości matujące. Jednak na skórze pozostawia typowy efekt 'glow' czyli lekko świecący. Wystarczy oprószyć twarz pudrem, aby go zniwelować. Sięgałam po niego niemal codziennie, nawet po powrocie z urlopu. Nie zauważyłam żadnego pogorszenia stanu cery, więc mam nadzieję że okaże się niekomadogenny. Kosztuje około 15 zł i zawiera 75 ml, czyli ponad dwa razy więcej niż przeciętny podkład! Przetestuję go jeszcze i napiszę oddzielną recenzję, bo chyba na to zasłużył. 

07.08.2015

Tusz wydłużająco-pogrubiający // CLARINS Be Long Mascara



Pierwszy raz kupiłam tusz do rzęs marki Clarins i szczerze mówiąc zrobiłam to w ciemno. Nie czytałam o nim wcześniej żadnej recenzji, więc nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. Bardzo spodobała mi się szczoteczka oraz eleganckie opakowanie, więc postanowiłam zaryzykować. Zakup początkowo okazał się udany, na tyle że trafił nawet do ulubieńców kwietnia /klik/. Jednak w trakcie używania pokazał swoje prawdziwe oblicze, dlatego postanowiłam napisać o nim pełną recenzję.


Be Long Mascara opisywana jest jako tusz wydłużająco-pogrubiający. Spotkałam się jeszcze z informacją, że ma również podkręcać rzęsy. Według mnie tego nie robi, natomiast znacząco wydłuża rzęsy i jeśli wcześniej podkręcę je zalotką, efekt utrzymuje się do końca dnia. Co do pogrubienia, to faktycznie można je uzyskać, jednak lepiej tego unikać. Pewnie spytacie dlaczego? Tusz standardowo na początku był wodnisty, ale nie musiałam długo czekać żeby nabrał właściwej konsystencji. Równomiernie pokrywał i przyciemniał rzęsy, bez karykaturalnego efektu. Dobrze rozczesywał nie tworząc 'owadzich nóżek'. Dopiero kiedy zaczął powoli gęstnieć, zaczęły się problemy z grudkami oraz osypywaniem. Zauważyłam, że ma to miejsce kiedy nakładam więcej niż dwie warstwy, w celu uzyskania obiecanego pogrubienia. Niestety w przypadku tego tuszu wskazany jest umiar, co bardzo mija się z założeniami producenta o 'spojrzeniu urzekającym głębią i wyrazem'.


Największą zaletą tuszu jest szczoteczka. Posiada idealny mały rozmiar, dzięki czemu aplikacja jest precyzyjna. Z dużą łatwością można nią pomalować zarówno górną, jak i dolną linię rzęs. Bez problemu dociera nawet do cienkich i krótkich włosków, nie robiąc przy tym odbić na powiece. Do tego ma lekko zakrzywiony kształt, co znacznie ułatwia manewrowanie. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić, to materiał z jakiego została wykonana. Mianowicie jest silikonowa, ale przy rozczesywaniu stawia opór. Z jednej strony jest to przydatne, kiedy chcę dokładnie rozdzielić włoski, ale wolałabym żeby była bardziej elastyczna. Narzekać jednak nie mogę, ponieważ doskonale sprawdza się w swojej roli.

W dalszym ciągu uważam, że tusz nie jest zły, ale początkowy zachwyt ustąpił lekkiemu rozczarowaniu. Spodziewałam się czegoś lepszego po kosmetyku kosztującym około 100 zł. Najbardziej zawiniła konsystencja, która po miesiącu używania zmieniła się na gorsze. Na pewno nie kupię go ponownie, ale jestem ciekawa czy mają coś lepszego w swojej ofercie. Jeśli używaliście, to dajcie znać w komentarzach!

04.08.2015

Ulubieńcy lipca // MARC JACOBS, VICHY, OPI


Mój urlop dobiegł już końca, więc najwyższa pora wrócić do blogowania. Na pewno w najbliższych dniach pokażę Wam zawartość wakacyjnej kosmetyczki, ale najpierw kilka słów o ulubieńcach minionego miesiąca. Podczas urlopu zupełnie sobie odpuściłam makijaż twarzy i w zasadzie robiłam go okazjonalnie. Kiedy już decydowałam się na malowanie sięgałam  najczęściej po kosmetyki firmy Marc Jacobs. Mam je od nie dawna, ale używam namiętnie i bardzo je polubiłam. Pozostałe produkty to stały element mojej letniej pielęgnacji, więc nie mogło ich tutaj zabraknąć.


MARC JACOBS Dot - Woda perfumowana
Miniaturkę wody otrzymałam w Sephora Boxie /klik/ i od pierwszej aplikacji przypadła mi do gustu. Zapach typowy dla mnie, czyli z gatunku kwiatowo - owocowych. Lekki oraz przyjemny, odrobinę słodki, ale niedominujący. Na mojej skórze utrzymuje się do samego wieczora, więc nie wymagał ponownej aplikacji. Bardzo mi się spodobał i tegoroczne lato na zawsze będzie mi się z nim kojarzyć.


MARC JACOBS Magic Marc'er - Eyeliner w pisaku /recenzja/
Jak wiecie z własnych doświadczeń ciężko trafić na dobry eyeliner w pisaku. Zazwyczaj szybko wysychają lub ciężko nimi namalować precyzyjną kreskę. Nie w tym przypadku. Zanim zdecydowałam się na zakup czytałam o nim sporo pozytywnych opinii i obecnie całkowicie je podzielam. Eyeliner posiada cienką końcówkę, która jest bardzo dobrze nawilżona. Dozuje odpowiednią ilość produktu i niezależnie od umiejętności, malowanie kreski przychodzi z ogromną łatwością. Do tego jest bardzo trwała, nawet podczas upałów. Cieszę się, że liner mnie nie zawiódł w tym gorącym okresie ;)


OPI Party in my cabana - Lakier do paznokci
Jest to jeden z moich ulubionych letnich kolorów! Pochodzi z kolekcji South Beach i trafił do mnie ponad dwa lata temu, ale w dalszym ciągu jest dostępny w sprzedaży. Świetnie prezentuje się zarówno na paznokciach u stóp, jak i dłoni. Wyrazisty, lekko neonowy róż z domieszką koralu. W zależności od padającego światła zmienia zabarwienie, dzięki czemu kolor jest naprawdę nietuzinkowy. Jak przystało na lakiery tej marki nie mam nic do zarzucenia pod względem jakości, natomiast aplikacja to sama przyjemność. Pomimo swojego wieku w ogóle nie zmienił konsystencji i cały czas jest w wyśmienitej formie. Kolejny lakier OPI, który okazał się dobrą inwestycją na lata.


VICHY Capital Soleil SPF 50 - Matujący filtr do twarzy
W tym sezonie została wypuszczona nowa wersja z minimalnie zmienioną szatą graficzną oraz nową nazwą - Ideal Soleil. Zawartość jednak niczym się różni, dlatego kupiłam poprzednią wersję w okazyjnej cenie. Używałam jej również w zeszłym roku, więc nawet nie próbowałam niczego nowego. W końcu znalazłam filtr do twarzy, który pomimo wysokiej ochrony nie bieli, szybko się wchłania i nie pozostawia świecącej poświaty. Ideał dla cer tłustych oraz mieszanych.


MARC JACOBS Lust For Lacquer - Błyszczyk w odcieniu Kissability

Nigdy nie przepadałam za błyszczykami i szczerze mówiąc najczęściej używam pomadek. W tym przypadku spodobał mi się kolor, dlatego postanowiłam zaryzykować. Lekko barwi, dodając przy tym subtelnego blasku. Posiada drobinki rozświetlające, ale zupełnie niewyczuwalne i niemigrujące poza kontur ust. Aplikację uprzyjemnia chłodzący efekt, który przy obecnych temperaturach przynosi chwilę wytchnienia. Miałam już kilka podobnych błyszczyków, ale tylko ten okazał się delikatny w działaniu. Ogólnie bardzo go polubiłam i podczas urlopu używałam najczęściej. 

.

JAKO AUTORKA BLOGA NIE WYRAŻAM ZGODY NA KOPIOWANIE, POWIELANIE LUB JAKIEKOLWIEK INNE WYKORZYSTYWANIE W CAŁOŚCI LUB WE FRAGMENTACH TEKSTÓW I ZDJĘĆ Z SERWISU INTERNETOWEGO www.iwetto.com BEZ MOJEJ WIEDZY I ZGODY (PODSTAWA PRAWNA: DZ. U. 94 NR 24 POZ. 83, SPROST.: DZ. U. 94 NR 43 POZ. 170).